Azzair

Graan Môragena

Epeisôid I: Derhen (fragment)

(...)

Rok 1351 Ery Sowy, 57 dzień fómhar am,
Wilczy Trakt, godzina konnej do Derhen, południowo – zachodni kraniec Deverand.

Zatrzymaliśmy się w Gospodzie na Rozdrożu. Musimy się trochę ogrzać i dać koniom odetchnąć. Jand właśnie wyszedł je napoić. Pozostało jeszcze niespełna dwadzieścia mil do Derhen, ale ja chciałbym ruszać w drogę jak najprędzej, choć mam najgorsze przeczucia. Kapitan Ingaar ma jednak rację – lepiej by konie były wypoczęte po przybyciu na miejsce. Sprawcy mogą tam jeszcze być, a wtedy będziemy musieli polegać na naszych wierzchowcach. A jeżeli dojdzie do walki... damy z siebie wszystko. Ci ludzie nie zasługiwali na taki los, bo kto mógłby zasługiwać?
Svarden właśnie próbował mnie rozweselić, lecz sam miał nietęgą minę. Mówił coś o kapitanie z sąsiedniego posterunku i żonie jednego z wojenników, nie pamiętam. Myślę tylko o tym, co możemy tam zastać. Nic innego teraz się nie liczy.
To, czego się dziś dowiedzieliśmy... nadal nie mogę w to uwierzyć... a może ci ludzie się mylili?
Kapitan właśnie dał znak. Czas ruszać w drogę.

Beorn Veinderhoeg
Starszy Gwardzista VII Brygady
Legion Emphera Divo
Armia Lewiatan Królestwa Deverand

Wyjechali sporo przed północą. Pogoda stała się bardziej przyjazna. Mróz nadal skuwał ziemię twardym pancerzem, lecz wiatr jakby zelżał, a z nieba zaczęły nieśmiało prószyć delikatne płatki śniegu. Jeźdźcy zdawali się tego nawet nie zauważać. Jechali długi czas nie odzywając się ani słowem. Droga prowadziła wąskim gościńcem, który kluczył pomiędzy stromiznami wzgórz, skałami i gęstwiną zarośli i drzew. Ciemne kontury okazałych dębów, lip i grabów przemykały raz po raz po obu stronach drogi rzucając nań pasiaste cienie. Ogołocone z liści konary wyglądały teraz niczym upiorne macki sięgające po swoją zdobycz i leniwie poddając się podmuchom wiatru co rusz skrzypiały złowrogo. Gdzieś w oddali samotny wilk zawył przeciągle, by po krótkiej chwili uzyskać głuchą odpowiedź ze spowitych mrokiem zakątków okolicznych lasów. Zdawało się, że to przenikliwe wycie dochodzi teraz z wszystkich stron jednocześnie. Zbliżali się do Wilczego Traktu.
Creod, któremu spośród wszystkich w grupie mówienie w obecnej sytuacji sprawiało najwyraźniej najmniejszy problem, niepewnie podjechał do rosłego Corindorczyka i począł mu się uważnie przyglądać. Svarden był doprawdy imponujących rozmiarów człowiekiem, a ostre rysy twarzy, ogolona gładko głowa i pokaźna, zapuszczona jedynie na dolnej szczęce broda w większości przypadków byłyby zapewne wystarczającym atutem, aby bezkrwawo rozstrzygnąć konflikt. Lecz nie w przypadku Beorna, który to dwa dni wcześniej ku uciesze Landora dzielnie, choć dość lekkomyślnie stawił olbrzymowi czoła:

- Coś ty powiedział behemocie? - rzekł łamiącym się głosem jasnowłosy gwardzista. Kilku żołnierzy zajadających się właśnie gorącą potrawą z dziczyzny nie zwracało na niego uwagi.
- Nie rzekłem nic ponad to, że gwardziści zbyt łatwo poddali flanki podczas Bitwy nad Igis. To mogłoby przesądzić o porażce. - odrzekł głębokim głosem olbrzym.
- Czy próbujesz mi wmówić, że mój oj... że gwardziści nie wywiązali się ze swojego zadania? - Beorn ostrożnie postąpił krok naprzód. Corindorczyk udawał, że nie dostrzega zamiaru.
- Nie próbuję. Ja to właśnie powiedziałem. I tak też uważam.
Łucznik z wściekłości aż parsknął śliną i rzucił się na Svardena. Usiłował uderzyć go w twarz zawzięcie wymierzając ciosy, lecz za każdym razem wielkolud odpychał go długimi ramionami i trzymał na dystans. Dyszący wściekle młodzieniec nie poddawał się jednak. Ruszył na przeciwnika markując kolejny cios prawą ręką, lecz nagle schylił się unikając chwytu i przenosząc cały ciężar na lewą nogę wymierzył solidnego kopniaka w jedyne nieumięśnione miejsce. Corindorczyk padł na kolana trzymając się za krocze. Wokół było już pełno przekrzykujących się w dopingu gwardzistów. Usiłując dokończyć dzieło Beorn skoczył na Svardena próbując go przewrócić. Jednak ten podniósłszy się już na jedno kolano chwycił przeciwnika w locie i pewnie przycisnął do ziemi, wciąż pojękując i krzywiąc się z bólu. To był koniec walki, a jedynym, który na tym dobrze wyszedł, jak zazwyczaj w przypadku większego zamieszania, był Landor.

Creod jadąc obok Svardena wyglądał teraz dość zabawnie. Był on bowiem Deverandczykiem obdarzonym niepomiernie filigranową posturą. Nadrabiał za to ciętym jęzorem i niewyparzoną gębą. Jego lewe oko, które patrzyło lekko w bok nadawało drobnej twarzy nieco komiczny wyraz, ujmując jej tym samym powagi. Jechali tak przez kilka dobrych chwil. Olbrzym udawał, że nie dostrzega nagłego zainteresowania swoją osobą, jechał wyprężony na potężnym bragońskim rumaku, z których hodowli jego rodacy byli niebywale dumni.
Człowieczek nadal uważnie obserwując jadącego dumnie mężczyznę postanowił dać upust swej niewyparzonej gębie.
- Powiedz mi no Svarden, - zagaił - czy to prawda, co mówią o Corindorczykach? – tu zrobił wyraźną pauzę, jakby szukając właściwych słów, po czym podjął utwierdziwszy się zapewne w przekonaniu, że owe słowa znalazł - Macie dużo ikry, bo bab macie za mało?
Wielkolud udał, że nie usłyszał pytania.
- Psiamać, Creod! - huknął jadący z tyłu Jand - Nie masz pojęcia, o czym mówisz... nigdy nie masz, jak gadasz o babach.
Chyba po raz pierwszy w życiu gaduła zaniemówił. Ci, którzy jechali wystarczająco blisko skwitowali ripostę szczerym wybuchem śmiechu przywołując w pamięci spektakularną próbę uwiedzenia wieśniaczki. Cel był szczytny i w mniemaniu Creoda wart zachodu, jako że nie grzesząca urodą dzierlatka w teorii nie powinna również grzeszyć wymaganiami. Przedsięwzięcie owe mogłoby być nawet zwieńczone spektakularnym sukcesem, gdyby nie fakt, iż rzeczona wieśniaczka okazała się być chłopskim wyrostkiem.
Svarden jednak nie śmiał się w ogóle. Wiedział, że słowach Creoda kryło się ziarno prawdy.
Humor poprawił im się jeszcze bardziej, gdy dotarli do miejsca, gdzie mogli odrobinę odetchnąć.
Gospoda na Rozdrożu zawdzięczała nazwę swojej lokalizacji. Znajdowała się ona bowiem w miejscu, gdzie dróżka prowadząca do Wzgórz Roeven, łączyła się z biegnącym wzdłuż pasma Barr Teragh Wilczym Traktem. Tą drewnianą ostoję wzniesiono tuż przy okazałym dębie, pod którym podróżni zwykli odpoczywać i posilać się przed ruszeniem w dalszą drogę. A nie wiedzieć czemu gospoda zawsze pękała w szwach. Być może dlatego, że tutejsze piwo miało najwspanialszy smak goryczki w południowo – zachodnim Deverandzie. Albo dlatego, że stanowiła ona wyśmienita alternatywę dla chłopów znużonych ciągłym narzekaniem swoich bab. Albo wreszcie dlatego, że znajdowała się ona dokładnie w połowie drogi pomiędzy Borgendorfem a Faldagaarem – nieźle prosperującymi ośrodkami handlowymi. Lecz tej nocy było inaczej, bo w gospodzie gościło tylko kilku bywalców.

Gdy grupa zmarzniętych żołnierzy wraz z lodowatym wiatrem przekroczyła próg, wewnątrz zapanowała grobowa cisza.
W gospodzie czuć było tylko zapach chmielu i palonego w kamiennym kominku drewna. Nie licząc karczmarza, w pomieszczeniu znajdowało się czworo osób. Siedzieli przy stoliku tuż przy oknie po lewej stronie drzwi wyraźnie zajęci rozmową. Jednak gdy dostrzegli gwardzistów, natychmiast przerwali debaty. Wyglądali na srogo przestraszonych. Jeden z nich, drobny mężczyzna o nadzwyczaj wyłupiastych oczach i bladej cerze, nerwowo przebierał nogami. Zerkając na gości szeptał coś do siedzącego obok obdartusa. Ten tylko kiwał głową.
Wreszcie Ingaar rzucił głośno:
- Nie zabawimy tu długo. Szynkarzu, dajcie no grzanego wina, a bystro! Spieszno nam w drogę ruszać.
Oberżysta zamknął otwarte ze zdziwienia usta, przetarł nerwowo szynkwas i począł energicznie przygotowywać trunek, obserwując sytuację spode łba.
- A wy, kmiotkowie, zajmijcie się lepiej opróżnianiem tych kufli. - dodał spokojnie kapitan, zajmując miejsce przy długim stoliku na prawo od drzwi. - Zajęcie to o wiele bezpieczniejsze i przyjemniejsze, niźli w nas gały wlepiać.
Beorn usiadł tyłem do czwórki bywalców karczmy i rozejrzał się uważnie. Bywał tu często, lecz rzadko widział tu pusty stolik. Zwykle też wynajęcie na noc jednego z sześciu niewielkich pokoików na piętrze graniczyło niemal z cudem. Przy szynkwasie i po sali zawsze bez wytchnienia pląsało kilka karczmianych dziewek, a piwo i wino lało się strumieniami zwalając z nóg kogo popadnie. Młodzieniec przywoływał myślach kila miłych chwil, które spędził w tym przybytku, lecz przerwał mu dobiegający zza pleców głos.
- Panie! - jeden z kmiotków który siedział do tej pory w kącie, zerwał się na równe nogi. - Panie, nie jedźcie tam. Tam was śmierć czeka! Tam czart swe nasienie rozpuścił! I zło wielkie czyha!
Starzec wyglądający na lokalnego włóczęgę, począł wtórować kmiotkowi.
- Prawdę rzecze, chłopina. Dobrze wam radzi. Zawróćcie, nie czas dla was umierać.
Szynkarz zaczął właśnie podawać grzane wino.
- Beorn, o czym oni majaczą? - zapytał Creod, przysunąwszy się nieznacznie i pociągając z kufla.
- Wygląda na to, że oni już wiedzą co wydarzyło się w Derhen, trzeba ich wypytać. - odparł Beorn cicho, po czym szybko wstał i chwycił wrzeszczącego kmiotka za kołnierz – Mów natychmiast, wszystko co wiesz! Kto napadł Derhen?
Chłop wybałuszył oczy i skulił się przestraszony.
- Na Derhen? Mości dobrodzieju! Ja nic o Derhen nie wiem. Ja o Traddos mówię! I o Faldagaarze! - zaczął szlochać jak dziecko.
Beorn powoli rozluźnił chwyt i uwolnił biedaka. Spojrzał na towarzyszy, którzy siedzieli teraz z otwartymi ustami, nie mogąc uwierzyć w to co usłyszeli. Struga parującego wina wyciekała z przewróconego kufla na podłogę.
Przerażony już do granic możliwości kmiotek wybiegł z gospody. Za nim ruszyło dwóch innych kompanów. Pozostał tylko włóczęga. Znów zapanowała cisza. Ingaar niewzruszenie pociągnął z kufla kilka łyków.
- Karczmarzu! - odwrócił głowę i dostrzegł pusty szynkwas. - Cholera! Gdzie on się podział? - westchnął z rezygnacją - Dopijcie wino. Ruszamy niebawem.
Beorn stał jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się i wyszedł z gospody. Niedługo po nim wyszedł też Svarden.
- A ten co tam tak ślęczy? – Creod wskazał na staruszka, który zaczął sapać dziwnie – Hej, dziadku, dobrze się czujecie?
Mały Deverandczyk wstał i podszedł do niego ostrożnie. Obdartus oparłszy się łokciem na stole zwisał teraz głową w dół mamrocząc coś pod nosem i dysząc ciężko. Creod schylił się, aby spojrzeć mu w twarz. Nagle starzec przestał sapać i podniósł głowę. Teraz widać było, że dawno temu stracił jedno oko a w jego miejscu ział pusty oczodół. Drugie oko było uważnie wpatrzone w pociągłą twarz pochylonego nad nim gwardzisty.
- Wszystkim wam, Carath'laa, pisana śmierć – powiedział cicho nieludzkim głosem, dobywającym się niemal z głębi piersi, po czym uśmiechnął się paskudnie – lecz ty, synku, tuż przedtem ujrzysz jej potworne oblicze, zaś od niewiasty dostaniesz to, czego pragniesz, a ciemność przed tobą ustąpi. - starzec znów opuścił głowę i stęknął.
- Bredzicie coś, dziadku, od rzeczy! - Creod wyprostował się i już miał wrócić do stolika by wychylić przed wyjściem ostatni łyk wina, kiedy znów usłyszał głos starca:
- Myślisz, że łżę, Carath'laa? Drwali też ostrzegałem... ale oni wiarę mają... kamieniami obrzucili, psami poszczuli... - zaśmiał się szyderczo ze zwieszoną na piersi głową i zamilkł.
Creod udał, że nie dosłyszał szeptu i nie dopiwszy już wina wyszedł wraz z pozostałymi. Gdy wyszedł z karczmy poczuł się nieco lepiej. Usłyszane słowa jednak jeszcze długo zaprzątały mu myśli. Nadal drżał. Nie był pewien, czy powodem było zimno, czy też ochrypły głos rozbrzmiewający echem w jego głowie.

Jechali ostrożnie. Derhen znajdowało około 15 mil w głębi Zachodniego Lasu. Pierwotnie było to obozowisko drwali, którzy wartkim nurtem rzeki Barkledy spławiali pnie cennego dębu królewskiego. Ten rzadki gatunek można było spotkać jedynie w tym rejonie, czego nikt do tej pory nie potrafił logicznie wyjaśnić.
Jednym z pierwszych rębaczy, którzy tutaj dotarli był brat Beorna - Danis. Praca była ciężka, jak każda praca drwala, lecz prawdziwym problemem dla osadników nie było przemęczenie i dzika okolica, lecz to, co znajdowało na zachodzie. Niespełna dzień konnej jazdy bowiem dzielił ich od terenów powszechnie uznawanych za przeklęte. Rozległa kraina, w której rzeka Barkleda miała swoje źródło, w języku enadrilskim zwano Krainą Cienia, zaś w starożytnym dialekcie rhaalu-hlaath nazywano ją Sehra’Maar - Domeną Zjaw. Zdarzało się, że zapuszczający się zbyt daleko na zachód drwale ginęli bez śladu, jednak drewno trzeba było dostarczać. A trzeba przyznać, że po pewnym czasie można było na tym zbić niemałą fortunę, więc chętnych do pracy nie brakowało. Ostatecznie obozowisko rozrosło się, tworząc małą, niespełna stuosobową osadę.

- Stać! - Ingaar zawrócił konia i ustawił się przodem do podwładnych. - Derhen tuż przed nami, za tym zakrętem jest niewielkie wzniesienie. Stamtąd już ćwierć mili krętą dróżka wśród zarośli. Ja, Creod, Beorn i Havre wjedziemy główną bramą od południowego - zachodu. Svarden, przed wzniesieniem jest niewielka przecinka, którą możesz poprowadzić resztę na wschód. Wtopicie się w las, okrążycie lasem palisadę i wkroczycie od północy. W drogę.
Wiatr, który nie przestawał huczeć w koronach mijanych drzew, uparcie smagał twarz. Słychać było tylko monotonny świst i stukot kopyt, a kłęby pary raz za razem wydobywały się z końskich pysków. Jedynie tak złowieszczy księżyc, zdawał się teraz podnosić na duchu, oświetlając swym blaskiem każdą przeszkodę. Była też druga strona medalu. Nadciągająca grupa Ingaara była wyraźnie widoczna.
- Kapitanie, coś jest nie tak – wyszeptał Havre, gdy na wielkiej polanie dostrzegli już regularne kontury chat – Nie ma dymu. Kto by nie grzał się przy ogniu w taką noc... Ingaar skinął głową. Jechali teraz stępa wąską dróżką w dół wzniesienia, uważnie obserwując okolicę. Gdzieś dalej za oblepionym gęstwiną wzniesieniem na zachodzie szumiał wartki nurt Barkledy, lecz gdyby nie wiedzieli o jej położeniu, pewnikiem uznaliby to za odgłos wiatru hulającego w konarach drzew. Na tym odcinku rzeka już nieco zwalniała swój bieg, lecz nadal stanowiła nie lada przeszkodę dla kogoś, kto chciałby przebyć ją wpław. Jedyną możliwością była przeprawa tratwą, lub Mostem Starego Harwena na południowym – zachodzie. Zdawało się oczywiste, że atak nie mógł nadejść z zachodu.
Grupa Ingaara znajdowała się już około dwustu jardów od palisady. Beorn trzymał już w dłoni łuk. Ostrożnie i cicho, rozglądając się uważnie na boki, wjechali do osady.
Kilkanaście niewielkich porozrzucanych bezładnie drewnianych chat było w nienaruszonym stanie. Niektóre z nich posiadały niewielką zagrodę, niektóre stały samotnie, lecz wszystkie wyglądały teraz na opuszczone. Gdzieś z oddali smagana wiatrem okiennica stukała monotonnie o drewnianą ścianę, a konary wielkiej lipy rosnącej tuż za palisadą skrzypiały leniwie. W blasku księżyca osada wyglądała upiornie, a cienie dodatkowo płatały figle nadwyrężonym oczom. Jednak jedno nie ulegało wątpliwości: nie było widać żadnych ludzi ani ciał.
- Podobno Sfora zostawia za sobą jedynie popiół i zgliszcza. - mruknął pod nosem Beorn patrząc na właśnie na dom swojego brata wciśnięty pomiędzy dwie inne chaty. Jako jeden z niewielu pokryty był gontem. Havre już zeskoczył z konia i ostrożnie zbliżał się do uchylonych drzwi. Beorn przełknął ślinę, gdy jego towarzysz popchnął drzwi i wszedł do środka niknąca w mroku. Ta chwila dłużyła się w nieskończoność. Łucznik obawiał się teraz krzyku z wnętrza nakazującego wszystkim wkroczyć do chaty. Obawiał się, że w półmroku rozpozna martwe ciało brata i jego rodziny. Nie musiał się już obawiać - Havre wyszedł i kiwając głową schował miecz.
- Tam! - rzucił nagle Ingaar wskazując ponad strzechy domów. Zza jednej z chat wystawała niewielka wieża wyglądająca jak cześć prymitywnej kaplicy. - Byłem tu niespełna rok temu, ten budynek wzniesiono niedawno.
Havre zwinnie wskoczył na konia i dogonił towarzyszy, którzy kierowali się w jej stronę nowej budowli. Nagle zauważyli zmasakrowane truchła zwierząt i wyraźne ślady walki choć ciał ludzi nadal nie było. Martwe psy, krowy i świnie leżały porozrzucane po zagrodach i obejściu. Część z nich była po prostu rozszarpana na kawałki, część spalona żywcem.
- Na Opiekuna, co to psiakrew jest? - rzucił z niedowierzaniem Creod, prawdopodobnie nie zdając sobie sprawy z trafności użytego przekleństwa. Ingaar jechał przechylony na bok, aby lepiej odczytać ślady walki. Wyprostował się nagle.
- Cokolwiek tego dokonało, nie miało raczej żadnych skrupułów. Liczyło się zniszczenie wszelkiego życia w osadzie.
- Ślady nie pasują do żadnych, znanych mi występujących tutaj zwierząt. - dodał Beorn – poza tym coś, co potrafi oderwać krowie głowę i odrzucić ją aż tam, pod kaplicę...
- Chwila... - przerwał mu kapitan - spójrzcie na kaplicę!
Budynek nie mógł mieć więcej, niż czterdzieści stóp długości i trzydzieści szerokości. Był ulokowany na prawo od północnego wyjścia z obozu. Wokół widniało kilka stosów świeżych, nieokorowanych bel drewna i wóz służący prawdopodobnie do ich transportu. Po przeciwnej stronie umownej drożynki, na lewo od wyjścia, stało kilka pokrytych strzechą chat. To, co ich teraz uderzyło, to zawarte kapliczne drzwi. Rozejrzeli się wokół - drzwi kaplicy były jedynymi, które wciąż były zamknięte.
Beorn upuścił łuk, zeskoczył z konia i potykając się o szczątki zwierząt pognał w stronę wysokiego budynku.
- Co on do cholery wyprawia? - syknął zdenerwowany Creod i również zeskoczywszy z konia pobiegł za nim dobywając miecza.
Kaplica, tak jak inne budynki była nienaruszona. Beorn dopadł do drzwi próbując je otworzyć. Bezskutecznie. Dobiegł do niego Creod trzymając w ręku miecz i badając uważnie otoczenie. Ingaar i Havre prowadzili w tyle konie.
- Musimy dostać się do środka - rzekł drżącym głosem łucznik – ktoś może jeszcze żyć!
Mały Deverandczyk zajrzał z boku kaplicy, na wysokości dziesięciu stóp był rząd niewielkich okienek. W sam raz - pomyślał. Chwilę później stojąc na barkach Beorna, Creod wciskał się przez otwór.
Wewnątrz kaplicy, poza kilkoma punktami rozświetlonymi przez wpadające okno światło księżyca, ciężko było cokolwiek dostrzec. Creod wczołgał się ostrożnie i zawisł nogami w dół na małym parapecie. Oceniając odległość na podobna tej na zewnątrz, rozluźnił uchwyt. Nie pomylił się - wylądował na kamiennej posadzce, delikatnie i z gracją, po czym dobywszy miecza zaczął posuwać się po omacku w szacowanym kierunku drzwi. Droga usiana była przeszkodami, potknął się raz, i drugi, lecz nie przewróci się. W miarę zbliżania się do rygla, przeszkód było coraz więcej, Creod nie zastanawiał się jednak, parł na przód, chciał zobaczyć wnętrze jak najprędzej, choćby przy świetle księżyca. Drzwi skrzypnęły głucho, a wiatr wdarł się do środka hucząc złowrogo w pustych oknach.
- Mocniej - poradził Creod pchającym z przeciwnej strony towarzyszom, sam ciągnąc ile sil. Gdy się odwrócił, jego oczom okazało się wnętrze kaplicy skąpane w bladym, szerokim na wymiar drzwi świetle. Widok był przerażający. Właśnie uświadomił sobie, że przeszkodami, o które potykał się wcześniej były ludzkie ciała. Trzech pozostałych gwardzistów weszło do środka. Beorn natychmiast zwymiotował i wybiegł, by zaczerpnąć świeżego powietrza.
Kilkadziesiąt ciał w rożnych pozycjach porozrzucanych było chaotycznie po kamiennej posadzce. Byli mężczyźni, byli starcy, były tez kobiety, niektóre z nich tkwiły nadal w pozycji osłaniającej ich dzieci.
- O kurwa psia mać! - krzyknął Havre, kiedy odwrócił najbliżej leżące ciało drwala. Odskoczył w tył, potknął się i wypadł na zewnątrz sapiąc.
Martwy mężczyzna nie posiadał żadnych widocznych obrażeń ciała, jednak jego twarz nie przypominała już ludzkiej. Była nienaturalnie zniekształcona, zastygła w grymasie śmiertelnego przerażenia. Palce jego rąk były również nienaturalnie wygięte i przyjęły teraz kształt czegoś, co przypominało łapy atakującego zwierzęcia.
Beorn właśnie stanął na powrotem w drzwiach.
- Kapitanie, czy myśli pan, że...
- Nie, nie sadze, Beornie... - przerwał mu Ingaar, by wyjaśnić sytuację jak najszybciej - przykro mi… na prawdę mi przykro. - wziął głęboki oddech i wszedł głębiej do kaplicy. Im dalej szedł tym widok był bardziej makabryczny.
- Ileż zła potrzeba mieć sobie, by coś takiego uczynić? - pomyślał - I jakąż moc...
Postarał się jednak stłumić emocje i skupić na chłodnej analizie faktów.
- Beorn, notuj, co mowie.
Młody gwardzista wyciągnął swój pamiętnik i pióro oraz otrzymaną od ojca buteleczkę na inkaust. Ułożył kajet na kolanie.

W kaplicy Leganthara Opiekuna w Derhen, w nocy z 57 na 58 dnia fómhar am patrol gwardzistów deverandzkich odnalazł co następuje:
Denaci w liczbie pięćdziesięciu trzech istnień, szesnastu mężów, prawdopodobnie drwali i cieśli, trzydzieści trzy kobiety, czwórka dzieci w wieku poniżej piętnastu lat. Ciała w całości zachowane, rozrzucone bez ładu na kamiennej posadzce. Brak śladów krwi, ani walki. Przyczyna zgonu pozostaje nieznana, choć pewne jest, ze ofiary konały w potwornym przerażeniu, co imputują nad wyraz zniekształcone oblicza denatów. Działanie sił nadludzkich wysoce prawdopodobne. Wskazana interwencja xenguriona.

Kapitan Ingaar Bervanhoeven
Legion Emphera Divo Armii Lewiatan
capto gaardi na Posterunku Białego Kruka

Creod postanowił poszukać czegoś, co mogłoby rozjaśnić mrok w kaplicy. Wkrótce zobaczył leżący przy boku jednej z kobiet kaganek.
- Oddaj to, skarbie - schylił się mrucząc pod nosem - tobie, już się nie przyda, a ja tego potrzebuję.
Chwycił kaganek i usadowił się w strudze słabego światła, po czym przy pomocy hubki i krzesiwa jął rozpalać ogień. Ingaar obserwował uważnie, widział jak ciemność ustępuje przed światłem bijącym zza pleców Creoda. Ten powoli wstał i odwracając się rzekł tryumfalnie:
- Kapitanie, starszy wojennik Creod Carvalen melduje zapalenie… - nagle stanął jak wryty. Przypomniał sobie słowa starca. Poczuł jak ciarki wędrują mu po plecach, a ciało oblał zimny pot.
- W porządku, dobra robota. - Ingaar odebrał od niego kaganek i rozpoczął oględziny zwłok i wnętrza. Dołączył do niego Beorn, zakrywając usta ręką. Creod zaś zafrasowany stanął przy drzwiach starając się otrząsnąć i zebrać myśli.
W końcu coś przykuło ich uwagę – mniej więcej pośrodku sali, tuż za jedną z prymitywnych ław dostrzegli wypalone miejsce. Jakby z jakiegoś powodu zadziałała tu bardzo wysoka temperatura.
- Cóż to może być? - zaciekawił się Beorn.
- Niestety niewiele przychodzi mi do głowy, ale jest tego więcej. Tu, tutaj i tam. - dowódca wskazał kilka miejsc, po czym ciągnął dalej – Poza tym, jak zapewne zauważyłeś nie ma tu twojego brata, a pięćdziesiąt trzy osoby to chyba nie wszyscy mieszkańcy tej osady. Gdzie są pozostali?
Naraz usłyszeli wyraźny odgłos, jakby coś ciężkiego uderzyło o dach budynku i sturlało się na ziemię. Havre i Creod już wybiegli na zewnątrz. Ingaar zdusił ogień i dobył miecza. Beorn sięgnął po łuk. Nie miał łuku. Upuścił go, gdy biegł do kaplicy. Psiakrew! - skarcił się w myślach – że też mogłem być tak bezmyślny! W jego dłoni zabłysnął krótki miecz, drugą dobył sztyletu. Wybiegli.
Na zewnątrz wciąż uparcie dął wiatr, lecz poza tym nie mogli dostrzec niczego nadzwyczajnego. Okrążyli ostrożnie kaplicę, przy północnym wejściu do obozu przycupnęła grupa Svardena. Byli ledwie widoczni, bo najwyraźniej unikali czyjegoś wzroku. Gwardziści nawiązali kontakt wzrokowy, widzieli, że olbrzym gestem daje znać, by się ukryli. Zaczął też wskazywać na kierunek, z którego wcześniej nadjechała grupa Ingaara.
Ujrzeli czarny kształt kroczący na czterech łapach pomiędzy chatami. Istota miała dobre dziewięć stóp wysokości i szła uparcie w ich kierunku. Beorn przez chwile był pewien, że to zabłąkany koń, lecz szybko zmienił zdanie, gdy z okolic głowy istoty buchnął czerwony dym.
- Kryć się, szybko. - wyszeptał stanowczo Ingaar. Każdy z nich znalazł sobie natychmiast coś, za czym mógł się schować. Ingaar wskoczył za belki drewna, Beorn i Havre skryli się za chatę na lewo od północnego wyjścia z obozu, zaś Creod przykucnął za niewielkim drewnianym wozem, nieco przed kapitanem.
Bestia zbliżała, przystając i węsząc podejrzliwie.
- Cholera, konie. - wyszeptał Havre - Zażre nam konie.
Ingaar także zdał sobie z tego sprawę, lecz nie mógł już nic zrobić. Widział, jak bestia zbliżała się do wierzchowców. Niczego nieświadome zwierzęta dostrzegły ją za późno, zarżały przerażone i rzuciły się do ucieczki. Koń Creoda obrał najbardziej niefortunny kierunek. Bestia, mimo potężnego cielska była nadzwyczaj szybka. Gdy była już blisko niego, ukazała się gwardzistom w całej okazałości.
Muskularne cielsko najbardziej przywodziło na myśl olbrzymiego pozbawionego sierści wilka. Kończyny jednak nie były zakończone pazurami, lecz czymś, co przypominało zniekształcone ludzkie dłonie. Najbardziej budzące zgrozę było jednak oblicze kreatury. Można było odnieść wrażenie, że była to twarz człowieka, choć bardzo zdeformowana, a w niej ział szeroki otwór usiany dwoma rzędami ostrych jak igły zębów.
Bestia przecięła drogę przerażonemu zwierzęciu i rzuciła się na nie z boku. Koń zawył rozpaczliwie, gdy zęby wpiły mu się w grzbiet i zwaliło się na ziemię wciąż wyjąc z bólu. Bestia przycisnęła ofiarę do ziemi i zaczęła odrywać kawałki skóry i mięsa z żywego ciała wierzchowca Koń szarpał się i wierzgał nogami w potwornych męczarniach.
Beorn zagryzł zęby.
- Ta poczwara nawet nie zjada mięsa. Nie zabiła jeszcze ofiary, choć ma ku temu sposobność. - rzekł drżącym głosem obserwująca agonię konia. - To coś... żywi się cierpieniem. - dodał, po czym pewnie wyciągnął rękę w stronę Havre. - Daj mi swój łuk.
Beorn wychylił się zza rogu domu, napiął cięciwę i wstrzymał oddech. Wszystko ucichło, słyszał jedynie bicie swojego serca. Uwolnił strzałę, sekundę później zwierzę ucichło.
Bestia podniosła swoje ziejące pustką oczy. Martwe zwierzę najwyraźniej przestało ją już interesować, lecz znalazła coś, co wynagrodzi jej stratę z nawiązką. Rozwarła szeroko paszczę i ryknęła przeciągle. Ryk przypominał krzyk dziesiątek ludzi i zwierząt naraz, zaakcentowany wysokim tonem przy końcu. Był to najbardziej przeraźliwy dźwięk, jaki Beorn słyszał w życiu. Nie był pewien czy to niesione lasem echo, czy ta przeraźliwa kakofonia zakotwiczyła się w jego umyśle wydzierając na wierzch najgłębiej skrywane lęki. Przepełniało go uczucie pustki. Nie dostrzegał sensu w walce z tak potężnym przeciwnikiem. Widział jak Havre złapał się za uszy i zacisnął powieki kuląc się za węgłem. Paszcza kreatury nie zamykała się jednak, a z jej wnętrza, podobnie jak z oczu, buchnęły płomienie. Ogień uformował się w kulę i wystrzelił gwałtownie w stronę chaty, za którą przyczaili się dwaj gwardziści.
- Kryj się! - usłyszał Beorn i w ostatniej chwili odskoczył wzdłuż ściany domu pociągając za sobą przestraszonego Havre. Zobaczyli tylko błysk czerwonożółtego światła wybuchającego zza rogu i rozproszone jęzory ognia pociągnięte dalej torem lotu kuli. Fala gorąca odrzuciła ich jeszcze dalej, poczuli swąd palonych włosów. Wszystko wydawało się teraz zwolnić, w uszach piszczało od eksplozji. Drewniana chata zaczęła się natychmiast palić, a płomienie powoli lizały już strzechę rozświetlając okolicę. Beorn spojrzał na krótki żołnierski miecz u swego pasa, wiedział, że to może być koniec. Setki myśli kłębiły mu się w głowie. To beznadziejna walka, ucieknę w las, może się uda. A towarzysze? Nie, oni nie uciekną... Ingaar się nie ugnie... będą walczyć do końca... Patrzył, jak przez mgłę, czas jakby zwolnił. Widział kapitana, który przykucnąwszy za stosem belek z mieczem i tarczą w ręku, desperacko wydawał komendy. Słyszał z oddali krzyki gwardzistów, gruby głos Svardena i szaleńczy krzyk Creoda. Havre szlochał. Zobaczył, jak Ingaar szykuje się do ataku obok niego świsnęły w mgnieniu oka strzały. Ryk bestii. Krzyk Creoda.
- Havre, wstawaj! Na nogi żołnierzu, walcz! - uderzył go w twarz. Ten natychmiast oprzytomniał. Obaj wstali, Havre dobył miecza, Beorn podniósł łuk. Ruszyli w stronę kapitana, który zasłaniał się teraz tarczą. Gdy wybiegli zza domu, dostrzegli kreaturę, która wściekle szarżowała w stronę Ingaara. Havre ruszył naprzód, Beorn napiął cięciwę i wypuścił strzałę. Lekko, zwinnie, celnie. Zaskoczona bestia uderzyła siłą pędu w stos belek, które wystrzeliły w powietrze na kilka stóp. Kapitan musiał uskoczyć, bo w mgnieniu oka pojawił się obok bestii szukając okazji do zadania ciosu. Znalazł. Ciął w bok, pięknym, dopracowanym do perfekcji ciosem, po czym odskoczył zwinnie. Bestia ryknęła i kłapiąc zębami skoczyła na Ingaara, lecz atakująca już od północnego wejścia grupa Svardena z mieczami i tarczami w dłoniach dopadła ją z tyłu. Każdy z nich teraz szukał miejsca do zadania ciosu. I każdy z nich znajdował. Skóra kreatury mimo że ustępowała pod verhadeńską stalą, zdawała się być zbyt gruba, by miecz mógł wyrządzić krzywdę bestii. Potwór walczył zaciekle. W jednej chwili zamaszystym ciosem potwornej łapy odtrącił trzech gwardzistów i rzucił się na Svardena. Lecz olbrzym skutecznie opierał się atakom łap. Teraz on ryknął w przypływie szału i nacierając serią morderczych ciosów, parł na przód w nadziei, że znajdzie jakieś czułe miejsce przeciwnika. Beorn wystrzelił ponownie. Strzała wbiła się głęboko w bok potwora znów odwracając jego uwagę. Ingaar odrzuciwszy tarczę stał już na jednej z rozrzuconych belek. Rozpędził się. Skoczył. Miecz do połowy zatopił się w grzbiecie potwora. Ten szarpnął cielskiem i cisnął natrętem na kilka dobrych jardów. Kapitan uderzył w palisadę padł na ziemię bez ruchu. Svarden ciął kolejny raz, tym razem przez paskudną głowę bestii. Nie zrobiło to jednak na niej żadnego wrażenia, a rozoranej paszczy znów wyjrzały płomienie.
- Kryć się, zieje ogniem! - krzyknął Svarden rozpaczliwie, widział kilku rannych towarzyszy, którzy czołgali się na ziemi, kilku innych stało w osłupieniu czekając na wyrok. Widział kondensujący się w pysku ogień. Usmaży ich - pomyślał - spali żywcem. Odrzucił miecz i wyciągnąwszy z buta długi sztylet skoczył w kierunku głowy unikając łap dzięki szybkiemu skłonowi. Dzięki, Beorn, przydało się - pomyślał, a przez posępną zwykle twarz Corindorczyka, przemknął ulotny uśmiech. Beorn dostrzegł manewr, wiedział co zamierza zrobić. Wydawało mu się, że Svarden zerknął na niego i kiwnął głową, jakby w geście podziękowania. Widział, jak wielkolud skacze na głowę bestii wbijając sztylet głęboko w jej prawą skroń. Słychać było krzyk triumfu i potwornego wysiłku. Svarden zaparł się nogami i zaczął ciągnąć za rękojeść, mimo że jego zbroja już stanęła w płomieniach. Parł nadal krzycząc z wściekłości i bólu. Wszyscy teraz patrzyli z podziwem i niedowierzaniem. Bestia nie mogąc już utrzymać ognia w pysku, wypuściła kulę proso w Corindorczyka. Wybuch był tak duży, że odrzucił jego ciało aż pod północne przejście. Gdzieś w oddali koń zarzęził rozpaczliwie. Wybuch zdawał się również na krótką chwilę ogłuszyć potwora. Beorn wpadł we wściekłość. Wyskoczył zza zasłony, wyprostował się i zaczął pruć z łuku tak szybko, jak potrafił.
- Czego chcesz od naszego ludu! - parł na przód krzycząc drżącym głosem. Łzy same napłynęły mu do oczu. - Precz z naszego świata, pomiocie! Rozkazuję ci, giń!
Strzała za strzałą trafiała w cel, a ciało bestii było już nimi gęsto najeżone. Amunicja jednak szybko się skończyła. Beorn chwycił za miecz i rzucił się z furią w kierunku poczwary. Kątem oka dostrzegł, że kapitan i pozostali gwardziści z okrzykiem na ustach ruszyli wraz z nim w desperackim akcje poświęcenia. To już koniec - pomyślał – ojcze, jeśli cię już tu nie ma, pozwól mi umrzeć godną śmiercią. Bestia była już gotowa do ataku. Beorn wciąż miał przed oczami twarz Svardena, który tuż przed śmiercią za coś mu dziękował. Wiedział, że będzie pierwszym, który dotrze w zasięg łap potwora, że będzie głównym celem jego ataku. Umrzeć godną śmiercią, tak jak Svarden. Lecz za co mi dziękowałeś, przyjacielu? Widział już wlepione w niego ślepia i mrożące krew w żyłach oblicze poczwary. Zawył wściekle. Skoczył. Poczuł mocne uderzenie w bok. Podniósł głowę, leżał ziemi, w oczach dwoiło się i troiło. Ingaar walczył z bestią... nagle ryk, inny niż przedtem, głuchnący, słabnący. Widział teraz nieco wyraźniej - Ingaar oparty na mieczu przyklęknął, dysząc ciężko. Po leżącym bezwładnie ciele potwora pełzały niebieskie iskry. Beorn podniósł się nieco, choć tępy ból w lewym boku, nie pozwalał mu na nic więcej. Na tle płonącej chaty dostrzegł postać w ciemnym płaszczu i spiczastym kapturze powoli zbliżającą się do kapitana. Trzymana jednorącz kusza, nadal sypała błękitnymi iskrami.
- Geld! - krzyknął głucho Beorn, ból jednak zdławił okrzyk - Dzięki ci, Opiekunie. - dodał szepcząc.
Widział jak Creod z zasłoniętą rękoma twarzą klęczał nad dymiącym ciałem Svardena. Szeptał coś pod nosem kołysząc się w tył i w przód.
Spojrzał teraz na ocalałych gwardzistów - na widok Szkarłatnego Tropiciela, na ich twarze powróciła nadzieja, a nowy duch wstąpił w ich ciała.
- Rozumiem Corindorczyku, teraz rozumiem. – nagle poczuł jak drętwieją mu nogi, a oczy zachodzą mgłą. Stracił przytomność.

(...)

Azzair

Skomentuj na forum