Epeisôid I: Derhen (fragment)
(...)
Rok 1351 Ery Sowy, 57 dzień fómhar am,
Wilczy Trakt, godzina konnej do Derhen, południowo – zachodni kraniec Deverand.
Zatrzymaliśmy się w Gospodzie na Rozdrożu. Musimy się trochę ogrzać i dać koniom odetchnąć. Jand właśnie wyszedł je napoić. Pozostało jeszcze niespełna dwadzieścia mil do Derhen, ale ja chciałbym ruszać w drogę jak najprędzej, choć mam najgorsze przeczucia. Kapitan Ingaar ma jednak rację – lepiej by konie były wypoczęte po przybyciu na miejsce. Sprawcy mogą tam jeszcze być, a wtedy będziemy musieli polegać na naszych wierzchowcach. A jeżeli dojdzie do walki... damy z siebie wszystko. Ci ludzie nie zasługiwali na taki los, bo kto mógłby zasługiwać?
Svarden właśnie próbował mnie rozweselić, lecz sam miał nietęgą minę. Mówił coś o kapitanie z sąsiedniego posterunku i żonie jednego z wojenników, nie pamiętam. Myślę tylko o tym, co możemy tam zastać. Nic innego teraz się nie liczy.
To, czego się dziś dowiedzieliśmy... nadal nie mogę w to uwierzyć... a może ci ludzie się mylili?
Kapitan właśnie dał znak. Czas ruszać w drogę.
Beorn Veinderhoeg
Starszy Gwardzista VII Brygady
Legion Emphera Divo
Armia Lewiatan Królestwa Deverand
- Coś ty powiedział behemocie? - rzekł łamiącym się głosem jasnowłosy gwardzista. Kilku żołnierzy zajadających się właśnie gorącą potrawą z dziczyzny nie zwracało na niego uwagi.
- Nie rzekłem nic ponad to, że gwardziści zbyt łatwo poddali flanki podczas Bitwy nad Igis. To mogłoby przesądzić o porażce. - odrzekł głębokim głosem olbrzym.
- Czy próbujesz mi wmówić, że mój oj... że gwardziści nie wywiązali się ze swojego zadania? - Beorn ostrożnie postąpił krok naprzód. Corindorczyk udawał, że nie dostrzega zamiaru.
- Nie próbuję. Ja to właśnie powiedziałem. I tak też uważam.
Łucznik z wściekłości aż parsknął śliną i rzucił się na Svardena. Usiłował uderzyć go w twarz zawzięcie wymierzając ciosy, lecz za każdym razem wielkolud odpychał go długimi ramionami i trzymał na dystans. Dyszący wściekle młodzieniec nie poddawał się jednak. Ruszył na przeciwnika markując kolejny cios prawą ręką, lecz nagle schylił się unikając chwytu i przenosząc cały ciężar na lewą nogę wymierzył solidnego kopniaka w jedyne nieumięśnione miejsce. Corindorczyk padł na kolana trzymając się za krocze. Wokół było już pełno przekrzykujących się w dopingu gwardzistów. Usiłując dokończyć dzieło Beorn skoczył na Svardena próbując go przewrócić. Jednak ten podniósłszy się już na jedno kolano chwycił przeciwnika w locie i pewnie przycisnął do ziemi, wciąż pojękując i krzywiąc się z bólu. To był koniec walki, a jedynym, który na tym dobrze wyszedł, jak zazwyczaj w przypadku większego zamieszania, był Landor.
Creod jadąc obok Svardena wyglądał teraz dość zabawnie. Był on bowiem Deverandczykiem obdarzonym niepomiernie filigranową posturą. Nadrabiał za to ciętym jęzorem i niewyparzoną gębą. Jego lewe oko, które patrzyło lekko w bok nadawało drobnej twarzy nieco komiczny wyraz, ujmując jej tym samym powagi. Jechali tak przez kilka dobrych chwil. Olbrzym udawał, że nie dostrzega nagłego zainteresowania swoją osobą, jechał wyprężony na potężnym bragońskim rumaku, z których hodowli jego rodacy byli niebywale dumni.
Człowieczek nadal uważnie obserwując jadącego dumnie mężczyznę postanowił dać upust swej niewyparzonej gębie.
- Powiedz mi no Svarden, - zagaił - czy to prawda, co mówią o Corindorczykach? – tu zrobił wyraźną pauzę, jakby szukając właściwych słów, po czym podjął utwierdziwszy się zapewne w przekonaniu, że owe słowa znalazł - Macie dużo ikry, bo bab macie za mało?
Wielkolud udał, że nie usłyszał pytania.
- Psiamać, Creod! - huknął jadący z tyłu Jand - Nie masz pojęcia, o czym mówisz... nigdy nie masz, jak gadasz o babach.
Chyba po raz pierwszy w życiu gaduła zaniemówił. Ci, którzy jechali wystarczająco blisko skwitowali ripostę szczerym wybuchem śmiechu przywołując w pamięci spektakularną próbę uwiedzenia wieśniaczki. Cel był szczytny i w mniemaniu Creoda wart zachodu, jako że nie grzesząca urodą dzierlatka w teorii nie powinna również grzeszyć wymaganiami. Przedsięwzięcie owe mogłoby być nawet zwieńczone spektakularnym sukcesem, gdyby nie fakt, iż rzeczona wieśniaczka okazała się być chłopskim wyrostkiem.
Svarden jednak nie śmiał się w ogóle. Wiedział, że słowach Creoda kryło się ziarno prawdy.
Humor poprawił im się jeszcze bardziej, gdy dotarli do miejsca, gdzie mogli odrobinę odetchnąć.
Gospoda na Rozdrożu zawdzięczała nazwę swojej lokalizacji. Znajdowała się ona bowiem w miejscu, gdzie dróżka prowadząca do Wzgórz Roeven, łączyła się z biegnącym wzdłuż pasma Barr Teragh Wilczym Traktem. Tą drewnianą ostoję wzniesiono tuż przy okazałym dębie, pod którym podróżni zwykli odpoczywać i posilać się przed ruszeniem w dalszą drogę. A nie wiedzieć czemu gospoda zawsze pękała w szwach. Być może dlatego, że tutejsze piwo miało najwspanialszy smak goryczki w południowo – zachodnim Deverandzie. Albo dlatego, że stanowiła ona wyśmienita alternatywę dla chłopów znużonych ciągłym narzekaniem swoich bab. Albo wreszcie dlatego, że znajdowała się ona dokładnie w połowie drogi pomiędzy Borgendorfem a Faldagaarem – nieźle prosperującymi ośrodkami handlowymi. Lecz tej nocy było inaczej, bo w gospodzie gościło tylko kilku bywalców.
Gdy grupa zmarzniętych żołnierzy wraz z lodowatym wiatrem przekroczyła próg, wewnątrz zapanowała grobowa cisza.
W gospodzie czuć było tylko zapach chmielu i palonego w kamiennym kominku drewna. Nie licząc karczmarza, w pomieszczeniu znajdowało się czworo osób. Siedzieli przy stoliku tuż przy oknie po lewej stronie drzwi wyraźnie zajęci rozmową. Jednak gdy dostrzegli gwardzistów, natychmiast przerwali debaty. Wyglądali na srogo przestraszonych. Jeden z nich, drobny mężczyzna o nadzwyczaj wyłupiastych oczach i bladej cerze, nerwowo przebierał nogami. Zerkając na gości szeptał coś do siedzącego obok obdartusa. Ten tylko kiwał głową.
Wreszcie Ingaar rzucił głośno:
- Nie zabawimy tu długo. Szynkarzu, dajcie no grzanego wina, a bystro! Spieszno nam w drogę ruszać.
Oberżysta zamknął otwarte ze zdziwienia usta, przetarł nerwowo szynkwas i począł energicznie przygotowywać trunek, obserwując sytuację spode łba.
- A wy, kmiotkowie, zajmijcie się lepiej opróżnianiem tych kufli. - dodał spokojnie kapitan, zajmując miejsce przy długim stoliku na prawo od drzwi. - Zajęcie to o wiele bezpieczniejsze i przyjemniejsze, niźli w nas gały wlepiać.
Beorn usiadł tyłem do czwórki bywalców karczmy i rozejrzał się uważnie. Bywał tu często, lecz rzadko widział tu pusty stolik. Zwykle też wynajęcie na noc jednego z sześciu niewielkich pokoików na piętrze graniczyło niemal z cudem. Przy szynkwasie i po sali zawsze bez wytchnienia pląsało kilka karczmianych dziewek, a piwo i wino lało się strumieniami zwalając z nóg kogo popadnie. Młodzieniec przywoływał myślach kila miłych chwil, które spędził w tym przybytku, lecz przerwał mu dobiegający zza pleców głos.
- Panie! - jeden z kmiotków który siedział do tej pory w kącie, zerwał się na równe nogi. - Panie, nie jedźcie tam. Tam was śmierć czeka! Tam czart swe nasienie rozpuścił! I zło wielkie czyha!
Starzec wyglądający na lokalnego włóczęgę, począł wtórować kmiotkowi.
- Prawdę rzecze, chłopina. Dobrze wam radzi. Zawróćcie, nie czas dla was umierać.
Szynkarz zaczął właśnie podawać grzane wino.
- Beorn, o czym oni majaczą? - zapytał Creod, przysunąwszy się nieznacznie i pociągając z kufla.
- Wygląda na to, że oni już wiedzą co wydarzyło się w Derhen, trzeba ich wypytać. - odparł Beorn cicho, po czym szybko wstał i chwycił wrzeszczącego kmiotka za kołnierz – Mów natychmiast, wszystko co wiesz! Kto napadł Derhen?
Chłop wybałuszył oczy i skulił się przestraszony.
- Na Derhen? Mości dobrodzieju! Ja nic o Derhen nie wiem. Ja o Traddos mówię! I o Faldagaarze! - zaczął szlochać jak dziecko.
Beorn powoli rozluźnił chwyt i uwolnił biedaka. Spojrzał na towarzyszy, którzy siedzieli teraz z otwartymi ustami, nie mogąc uwierzyć w to co usłyszeli. Struga parującego wina wyciekała z przewróconego kufla na podłogę.
Przerażony już do granic możliwości kmiotek wybiegł z gospody. Za nim ruszyło dwóch innych kompanów. Pozostał tylko włóczęga. Znów zapanowała cisza. Ingaar niewzruszenie pociągnął z kufla kilka łyków.
- Karczmarzu! - odwrócił głowę i dostrzegł pusty szynkwas. - Cholera! Gdzie on się podział? - westchnął z rezygnacją - Dopijcie wino. Ruszamy niebawem.
Beorn stał jeszcze przez chwilę, po czym odwrócił się i wyszedł z gospody. Niedługo po nim wyszedł też Svarden.
- A ten co tam tak ślęczy? – Creod wskazał na staruszka, który zaczął sapać dziwnie – Hej, dziadku, dobrze się czujecie?
Mały Deverandczyk wstał i podszedł do niego ostrożnie. Obdartus oparłszy się łokciem na stole zwisał teraz głową w dół mamrocząc coś pod nosem i dysząc ciężko. Creod schylił się, aby spojrzeć mu w twarz. Nagle starzec przestał sapać i podniósł głowę. Teraz widać było, że dawno temu stracił jedno oko a w jego miejscu ział pusty oczodół. Drugie oko było uważnie wpatrzone w pociągłą twarz pochylonego nad nim gwardzisty.
- Wszystkim wam, Carath'laa, pisana śmierć – powiedział cicho nieludzkim głosem, dobywającym się niemal z głębi piersi, po czym uśmiechnął się paskudnie – lecz ty, synku, tuż przedtem ujrzysz jej potworne oblicze, zaś od niewiasty dostaniesz to, czego pragniesz, a ciemność przed tobą ustąpi. - starzec znów opuścił głowę i stęknął.
- Bredzicie coś, dziadku, od rzeczy! - Creod wyprostował się i już miał wrócić do stolika by wychylić przed wyjściem ostatni łyk wina, kiedy znów usłyszał głos starca:
- Myślisz, że łżę, Carath'laa? Drwali też ostrzegałem... ale oni wiarę mają... kamieniami obrzucili, psami poszczuli... - zaśmiał się szyderczo ze zwieszoną na piersi głową i zamilkł.
Creod udał, że nie dosłyszał szeptu i nie dopiwszy już wina wyszedł wraz z pozostałymi. Gdy wyszedł z karczmy poczuł się nieco lepiej. Usłyszane słowa jednak jeszcze długo zaprzątały mu myśli. Nadal drżał. Nie był pewien, czy powodem było zimno, czy też ochrypły głos rozbrzmiewający echem w jego głowie.
Jechali ostrożnie. Derhen znajdowało około 15 mil w głębi Zachodniego Lasu. Pierwotnie było to obozowisko drwali, którzy wartkim nurtem rzeki Barkledy spławiali pnie cennego dębu królewskiego. Ten rzadki gatunek można było spotkać jedynie w tym rejonie, czego nikt do tej pory nie potrafił logicznie wyjaśnić.
Jednym z pierwszych rębaczy, którzy tutaj dotarli był brat Beorna - Danis. Praca była ciężka, jak każda praca drwala, lecz prawdziwym problemem dla osadników nie było przemęczenie i dzika okolica, lecz to, co znajdowało na zachodzie. Niespełna dzień konnej jazdy bowiem dzielił ich od terenów powszechnie uznawanych za przeklęte. Rozległa kraina, w której rzeka Barkleda miała swoje źródło, w języku enadrilskim zwano Krainą Cienia, zaś w starożytnym dialekcie rhaalu-hlaath nazywano ją Sehra’Maar - Domeną Zjaw. Zdarzało się, że zapuszczający się zbyt daleko na zachód drwale ginęli bez śladu, jednak drewno trzeba było dostarczać. A trzeba przyznać, że po pewnym czasie można było na tym zbić niemałą fortunę, więc chętnych do pracy nie brakowało. Ostatecznie obozowisko rozrosło się, tworząc małą, niespełna stuosobową osadę.
- Stać! - Ingaar zawrócił konia i ustawił się przodem do podwładnych. - Derhen tuż przed nami, za tym zakrętem jest niewielkie wzniesienie. Stamtąd już ćwierć mili krętą dróżka wśród zarośli. Ja, Creod, Beorn i Havre wjedziemy główną bramą od południowego - zachodu. Svarden, przed wzniesieniem jest niewielka przecinka, którą możesz poprowadzić resztę na wschód. Wtopicie się w las, okrążycie lasem palisadę i wkroczycie od północy. W drogę.
Wiatr, który nie przestawał huczeć w koronach mijanych drzew, uparcie smagał twarz. Słychać było tylko monotonny świst i stukot kopyt, a kłęby pary raz za razem wydobywały się z końskich pysków. Jedynie tak złowieszczy księżyc, zdawał się teraz podnosić na duchu, oświetlając swym blaskiem każdą przeszkodę. Była też druga strona medalu. Nadciągająca grupa Ingaara była wyraźnie widoczna.
- Kapitanie, coś jest nie tak – wyszeptał Havre, gdy na wielkiej polanie dostrzegli już regularne kontury chat – Nie ma dymu. Kto by nie grzał się przy ogniu w taką noc...
Ingaar skinął głową. Jechali teraz stępa wąską dróżką w dół wzniesienia, uważnie obserwując okolicę. Gdzieś dalej za oblepionym gęstwiną wzniesieniem na zachodzie szumiał wartki nurt Barkledy, lecz gdyby nie wiedzieli o jej położeniu, pewnikiem uznaliby to za odgłos wiatru hulającego w konarach drzew. Na tym odcinku rzeka już nieco zwalniała swój bieg, lecz nadal stanowiła nie lada przeszkodę dla kogoś, kto chciałby przebyć ją wpław. Jedyną możliwością była przeprawa tratwą, lub Mostem Starego Harwena na południowym – zachodzie. Zdawało się oczywiste, że atak nie mógł nadejść z zachodu.
Grupa Ingaara znajdowała się już około dwustu jardów od palisady. Beorn trzymał już w dłoni łuk. Ostrożnie i cicho, rozglądając się uważnie na boki, wjechali do osady.
Kilkanaście niewielkich porozrzucanych bezładnie drewnianych chat było w nienaruszonym stanie. Niektóre z nich posiadały niewielką zagrodę, niektóre stały samotnie, lecz wszystkie wyglądały teraz na opuszczone. Gdzieś z oddali smagana wiatrem okiennica stukała monotonnie o drewnianą ścianę, a konary wielkiej lipy rosnącej tuż za palisadą skrzypiały leniwie. W blasku księżyca osada wyglądała upiornie, a cienie dodatkowo płatały figle nadwyrężonym oczom. Jednak jedno nie ulegało wątpliwości: nie było widać żadnych ludzi ani ciał.
- Podobno Sfora zostawia za sobą jedynie popiół i zgliszcza. - mruknął pod nosem Beorn patrząc na właśnie na dom swojego brata wciśnięty pomiędzy dwie inne chaty. Jako jeden z niewielu pokryty był gontem. Havre już zeskoczył z konia i ostrożnie zbliżał się do uchylonych drzwi. Beorn przełknął ślinę, gdy jego towarzysz popchnął drzwi i wszedł do środka niknąca w mroku. Ta chwila dłużyła się w nieskończoność. Łucznik obawiał się teraz krzyku z wnętrza nakazującego wszystkim wkroczyć do chaty. Obawiał się, że w półmroku rozpozna martwe ciało brata i jego rodziny. Nie musiał się już obawiać - Havre wyszedł i kiwając głową schował miecz.
- Tam! - rzucił nagle Ingaar wskazując ponad strzechy domów. Zza jednej z chat wystawała niewielka wieża wyglądająca jak cześć prymitywnej kaplicy. - Byłem tu niespełna rok temu, ten budynek wzniesiono niedawno.
Havre zwinnie wskoczył na konia i dogonił towarzyszy, którzy kierowali się w jej stronę nowej budowli. Nagle zauważyli zmasakrowane truchła zwierząt i wyraźne ślady walki choć ciał ludzi nadal nie było. Martwe psy, krowy i świnie leżały porozrzucane po zagrodach i obejściu. Część z nich była po prostu rozszarpana na kawałki, część spalona żywcem.
- Na Opiekuna, co to psiakrew jest? - rzucił z niedowierzaniem Creod, prawdopodobnie nie zdając sobie sprawy z trafności użytego przekleństwa. Ingaar jechał przechylony na bok, aby lepiej odczytać ślady walki. Wyprostował się nagle.
- Cokolwiek tego dokonało, nie miało raczej żadnych skrupułów. Liczyło się zniszczenie wszelkiego życia w osadzie.
- Ślady nie pasują do żadnych, znanych mi występujących tutaj zwierząt. - dodał Beorn – poza tym coś, co potrafi oderwać krowie głowę i odrzucić ją aż tam, pod kaplicę...
- Chwila... - przerwał mu kapitan - spójrzcie na kaplicę!
Budynek nie mógł mieć więcej, niż czterdzieści stóp długości i trzydzieści szerokości. Był ulokowany na prawo od północnego wyjścia z obozu. Wokół widniało kilka stosów świeżych, nieokorowanych bel drewna i wóz służący prawdopodobnie do ich transportu. Po przeciwnej stronie umownej drożynki, na lewo od wyjścia, stało kilka pokrytych strzechą chat. To, co ich teraz uderzyło, to zawarte kapliczne drzwi. Rozejrzeli się wokół - drzwi kaplicy były jedynymi, które wciąż były zamknięte.
Beorn upuścił łuk, zeskoczył z konia i potykając się o szczątki zwierząt pognał w stronę wysokiego budynku.
- Co on do cholery wyprawia? - syknął zdenerwowany Creod i również zeskoczywszy z konia pobiegł za nim dobywając miecza.
Kaplica, tak jak inne budynki była nienaruszona. Beorn dopadł do drzwi próbując je otworzyć. Bezskutecznie. Dobiegł do niego Creod trzymając w ręku miecz i badając uważnie otoczenie. Ingaar i Havre prowadzili w tyle konie.
- Musimy dostać się do środka - rzekł drżącym głosem łucznik – ktoś może jeszcze żyć!
Mały Deverandczyk zajrzał z boku kaplicy, na wysokości dziesięciu stóp był rząd niewielkich okienek. W sam raz - pomyślał. Chwilę później stojąc na barkach Beorna, Creod wciskał się przez otwór.
Wewnątrz kaplicy, poza kilkoma punktami rozświetlonymi przez wpadające okno światło księżyca, ciężko było cokolwiek dostrzec. Creod wczołgał się ostrożnie i zawisł nogami w dół na małym parapecie. Oceniając odległość na podobna tej na zewnątrz, rozluźnił uchwyt. Nie pomylił się - wylądował na kamiennej posadzce, delikatnie i z gracją, po czym dobywszy miecza zaczął posuwać się po omacku w szacowanym kierunku drzwi. Droga usiana była przeszkodami, potknął się raz, i drugi, lecz nie przewróci się. W miarę zbliżania się do rygla, przeszkód było coraz więcej, Creod nie zastanawiał się jednak, parł na przód, chciał zobaczyć wnętrze jak najprędzej, choćby przy świetle księżyca. Drzwi skrzypnęły głucho, a wiatr wdarł się do środka hucząc złowrogo w pustych oknach.
- Mocniej - poradził Creod pchającym z przeciwnej strony towarzyszom, sam ciągnąc ile sil. Gdy się odwrócił, jego oczom okazało się wnętrze kaplicy skąpane w bladym, szerokim na wymiar drzwi świetle. Widok był przerażający. Właśnie uświadomił sobie, że przeszkodami, o które potykał się wcześniej były ludzkie ciała. Trzech pozostałych gwardzistów weszło do środka. Beorn natychmiast zwymiotował i wybiegł, by zaczerpnąć świeżego powietrza.
Kilkadziesiąt ciał w rożnych pozycjach porozrzucanych było chaotycznie po kamiennej posadzce. Byli mężczyźni, byli starcy, były tez kobiety, niektóre z nich tkwiły nadal w pozycji osłaniającej ich dzieci.
- O kurwa psia mać! - krzyknął Havre, kiedy odwrócił najbliżej leżące ciało drwala. Odskoczył w tył, potknął się i wypadł na zewnątrz sapiąc.
Martwy mężczyzna nie posiadał żadnych widocznych obrażeń ciała, jednak jego twarz nie przypominała już ludzkiej. Była nienaturalnie zniekształcona, zastygła w grymasie śmiertelnego przerażenia. Palce jego rąk były również nienaturalnie wygięte i przyjęły teraz kształt czegoś, co przypominało łapy atakującego zwierzęcia.
Beorn właśnie stanął na powrotem w drzwiach.
- Kapitanie, czy myśli pan, że...
- Nie, nie sadze, Beornie... - przerwał mu Ingaar, by wyjaśnić sytuację jak najszybciej - przykro mi… na prawdę mi przykro. - wziął głęboki oddech i wszedł głębiej do kaplicy. Im dalej szedł tym widok był bardziej makabryczny.
- Ileż zła potrzeba mieć sobie, by coś takiego uczynić? - pomyślał - I jakąż moc...
Postarał się jednak stłumić emocje i skupić na chłodnej analizie faktów.
- Beorn, notuj, co mowie.
Młody gwardzista wyciągnął swój pamiętnik i pióro oraz otrzymaną od ojca buteleczkę na inkaust. Ułożył kajet na kolanie.
W kaplicy Leganthara Opiekuna w Derhen, w nocy z 57 na 58 dnia fómhar am patrol gwardzistów deverandzkich odnalazł co następuje:
Denaci w liczbie pięćdziesięciu trzech istnień, szesnastu mężów, prawdopodobnie drwali i cieśli, trzydzieści trzy kobiety, czwórka dzieci w wieku poniżej piętnastu lat. Ciała w całości zachowane, rozrzucone bez ładu na kamiennej posadzce. Brak śladów krwi, ani walki. Przyczyna zgonu pozostaje nieznana, choć pewne jest, ze ofiary konały w potwornym przerażeniu, co imputują nad wyraz zniekształcone oblicza denatów. Działanie sił nadludzkich wysoce prawdopodobne. Wskazana interwencja xenguriona.
Kapitan Ingaar Bervanhoeven
Legion Emphera Divo Armii Lewiatan
capto gaardi na Posterunku Białego Kruka
(...)
Azzair