Dom był piękny. Stary, drewniany, na wysokiej podmurówce z białego kamienia. Od frontu duży balkon z fantazyjnymi zdobieniami, a przed drzwiami wejściowymi weranda z kamienną posadzką, na której już widziałam oczyma wyobrazni wiklinowe fotele i okrągły stoliczek. Wokół domu rosły choinki i kilka sosen, a na wzgórzu za domem stary sad owocowy rozsiewał aromat kwitnących drzew. Kamienne schodki werandy płynnie przechodziły w chodniczek z dębowych klocków obsadzony z obu stron berberysem. Za solidną metalową bramą, żwirowaną aleją, przy której rosły sędziwe wierzby, wiodła droga do szerokigo świata. Wnętrze domu urządzone było w stylu wiejskiej posiadłości. Na parterze jadalnia oddzielona od kuchni barkiem, sypialnia, którą w myślach przekwalifikowałam na biblioteczkę, gdzie znalazłyby schronienie ogromne ilosci moich książek, oraz duży salon z kominkiem i dwuskrzydłowymi drzwiami, które prowadziły na taras. Na poddaszu znajdowała sie łazienka i dwa pokoje. Mniejszy z widokiem na kwitnącą o tej porze roku łąkę i przecinającą ją błękitną wstęgę rzeki wybrałam na swoją sypialnię. Miał okno od wschodu, a ja uwielbiam patrzeć na wschodzące słońce. Większy z oknami od południa i zachodu przeznaczyłam na pracownię. Z okien rozciągał się widok na brzozowy zagajnik i drogę dojazdową oraz podjazd i znaczną część podwórka. Zachwyciłam się tym domem i zrozumiałam, że mogę zamieszkać tylko tu i nigdzie więcej. Kupiłam go oczywiście i dzień, w którym stanęłam na jego progu jako prawowita właścicielka, był jednym z najszczęśliwszych dni w moim życiu.
Na stałe przeniosłam się do mojego wymarzonego domu w pierwszych dniach lipca, choc jeszcze nie wszystko było urządzone tak jak powinno, i właśnie wtedy po raz pierwszy go ujrzałam. Był duży jak na zwykłego kota, miał gęste, lśniące rude futerko w kasztanowate pręgi i cętki. Puchatym ogonkiem owinął sobie przednie łapki i patrzył na mnie badawczo dużymi oczmi, które lśniły w słońcu złoto- różowo- pomarańczowo. Usiadłam na schodkach werandy z kubkiem herbaty w ręku i zaczęłam spoglądać na kota równie badawczo jak on na mnie. W bardzo dystyngowany sposób zwierzątko umyło sobie pyszczek i uszka, potem ziewnęło szeroko, wstało i spokojnym krokiem odeszło, by zniknąć w cieniu jaśminowego krzewu. Po tym spotkaniu zaczęłam widywać kota coraz częściej w obrębie działki, jak wygrzewał się w słońcu na dachu drewutni lub zaglądał do domu w słotne dni przez okno balkonowe. Wiedziałam, że noce spędza na tarasie, bo wyraznie mówiły o tym ślady łapek i sierści na fotelach, zaczęłam więc zostawiać na noc spodeczek z jedzeniem, który rano znajdowałam wylizany do czysta. Nieświadomie zżyłam się bardzo z cichym rezydentem mojej posiadłości, więc zmartwiłam się bardzo, gdy pewnego ranka mięsko nie zostało zjedzone, a poduszki na fotelach nie nosiły śladów kociej obecności. Przez kilka kolejnych tygodni nadal zostawiałam spodeczek, a rano zabierałam jedzenie nietknięte. Za dnia rozglądałam się z nadzieją, że ujrzę gdzieś rude futerko i uważnie spoglądające oczy. Tymczasem zawsze wracałam rozczarowana. Mój mały przyjaciel przepadł jak kamień w wodę.
Był już koniec września. Pewnego dnia wstałam bladym świtem, słońce dopiero wschodziło nad linią drzew rosnących przy rzece. Mgła podniosła się nad łąką, ukazując roziskrzoną rosą trawę, a w powietrzu czułam już chłód nadchodzącej jesieni. Stałam w drzwiach w piżamie i zachwyt ścisnął moje serce, na chwilę pozbawiając oddechu. Pomyślałam , że wezmę sztalugi, farby i utrwalę to piękno godne najwybredniejszych oczu. A potem poczułam ogromny smutek i jak zawsze przyszły mi do głowy słowa piosenki: "A mnie jest szkoda lata i letnich pięknych wspomnień....". I pewnie tego dnia dopadłby mnie, jak ja to nazywam, ból istnienia, choć według innych jest to chandra lub dołek psychiczny, gdyby nie wyrwał mnie z zamyślenia czyjś głos. W ogóle nie zwróciłam uwagi na słowa, które zostały wypowiedziane, bo miejsce i pora wykluczały ludzką obecność, poza moją osobą. Nawet nie rozejrzałam się wokół, tak absurdalna wydawała mi się myśl, że ktoś mógł być w pobliżu i wtedy usłyszałam ponownie
- Nie smuć się, że nadchodzi jesień, to głupi powód do smutku.
Drgnęłam, nieprzyjemnie zaskoczona czyjąś obecnością i uważnie się rozejrzałam. Nie zauważyłam nikogo, kto mógłby być autorem skierowanych do mnie słów. Potrząsnęłam głową przekonana, że musiałam się przesłyszeć i wchodząc do domu, odwróciłam się, rzucając ostatnie uważne spojrzenie, aby upewnić się, że na pewno nikogo nie ma w pobliżu. Dopiero wtedy go zauważyłam. Stał w cieniu rozłożystego jaśminu i patrzył na mnie uważnie swoimi złoto- różowo- pomarańczowymi oczami. Widząc go , najpierw poczułam ogromną radość i uśmiechając się szeroko przemówiłam
- Witaj kotku. Strasznie się o ciebie martwiłam. Gdzie się tak długo podziewałeś?
- Chyba raczej nie chciałabyś wiedzieć, a zresztą tak naprawdę to nic ciekawego.
Z głośnym sapnięciem wypuściłam z płuc powietrze i zamarłam w bezruchu, nie mając odwagi oddychać. Bez wątpienia kot do mnie przemawiał, a może raczej jego głos rozlegał się w mojej głowie! Byłam tak zaskoczona, że w tym momencie uważałam to za szczegół niegodny uwagi. Stojąc bez ruchu, starałam się przeanalizować sytuację, biorąc ją na zdrowy rozsądek i powoli przez pokłady szoku dotarło do mnie, że o rozsądku nie może być tu mowy i jedynym wytłumaczeniem dla tej sytuacji jest to, że zwariowałam. Kot zrobił kilka kroków w moją stronę, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Nie zwariowałaś, możesz być tego pewna. Jesteś najnormalniejszą osobą pod słońcem...
- To znaczy, że ty jesteś nienormalnym kotem? - spytałam bez przekonania - To niemożliwe takie rzeczy się nie zdarzają!
W chwili, kiedy to powiedziałam, zaczęła docierać do mnie absurdalność sytuacji, bo tak naprawdę często czytałam niesamowite opowieści o duchach, kosmitach, przenikaniu światów równoległych i niesamowitych istotach, które nie figurują oficjalnie wśród gatunków zaludniających naszą ziemię. Relacje o takich niesamowitych zdarzeniach składali ludzie jedni w poszukiwaniu rozgłosu i żądni sensacji, inni wręcz przeciwnie, spokojni obywatele, którzy opowiadając o niezwykłych wydarzeniach z ich życia, czuli się zawstydzeni i zażenowani. Pomyślałam, że przecież zawsze w skrytości ducha chciałam, aby i mnie w życiu spotkało coś niezwykłego, więc dlaczego nie miałby to być gadający kot? Bardzo chciałam zaakceptować tę sytuację, choć ciągle gdzieś głęboko czaiła się myśl, że jestem schizofreniczką. Bardzo się bałam, że właśnie to okaże się prawdą.
- Nie jesteś wariatką, nie obawiaj się tego! - kot poirytowany, mówiąc te słowa, zaczął lekko poruszać ogonem
- Czytasz w moich myślach? - spytałam, choć tak naprawdę w tej i tak niezwykłej sytuacji nie miało to dla mnie większego znaczenia.
- Raczej z twojej twarzy, aż tak niezwykły niestety nie jestem - odparł
Milczałam przez chwilę, nie wiedząc, co odpowiedzieć, i wtedy otworzyłam szeroko drzwi domu i gestem zaprosiłam go do środka. Nie musiałam go namawiać. Dostojnie wszedł do domu z dumnie zadartym ogonem. Od razu skierował swe kroki do salonu, wskoczył na fotel i zwinął w zgrabny kłębuszek.
- Jestem straszliwie zmęczony, pozwolisz, że się prześpię? - mówiąc to, ziewnął szeroko, rzucił mi ostatnie spojrzenie i zasnął.
Jeszcze chwilę stałam w drzwiach i patrzyłam na mojego niezwykłego gościa. Wyglądał tak spokojnie i naturalnie, że aż przyszła mi do głowy myśl, że tu właśnie jest jego miejsce. Gdyby nawet był najzwyklejszym kotem pod słońcem, powinien mieszkać w moim domu i spać na moim fotelu.
Nadeszła jesień. Na dworze często szalał wiatr albo padał deszcz. Gdy dni zrobiły się krótkie, większość wolnych wieczorów spędzałam w domu. Często siadywałam w fotelu z książką w dłoni i wpatrzona w blask ognia płonącego w kominku, słuchałam wycia wichru za oknem lub w pokoju na poddaszu usypiał mnie stukot kropel deszczu tłukącego o dach. Lisek, bo tak właśnie nazwałam mojego kociego przyjaciela, na początku przychodził w dzień do domu, a noce spędzał na włóczędze, załatwiając swoje kocie sprawy. Jednak nigdy już nie zdarzyło się, aby znikał na kilka dni wiedząc, że się martwię. Najczęściej leżał na dywaniku lub w fotelu i odsypiał nocne włóczęgi. W chwilach wolnych od snu obserwował moje poczynania. Mówić nie przestał, dając upust swej elokwencji, towarzysząc mi w pracowni, gdy krytykował lub chwalił moje obrazy. Miał zazwyczaj zadziwiająco celne uwagi i nauczyłam się cenić jego zdanie, wiedząc, że ma dobry gust.
Niepostrzeżenie jesień przeszła w zimę. Wieczór był spokojny, za oknami padał śnieg, pokrywając wszystko nieskazitelną bielą i potęgując jeszcze wrażenie nierealności i odosobnienia. Chwyciłam za aparat i tak jak stałam wybiegłam na dwór. Zamruczałam pod nosem jakieś niecenzuralne słowo, gdy moje bose stopy boleśnie odczuły zetknięcie ze śniegiem.
- Przeziebisz się albo, co gorsze, dostaniesz zapalenia płuc!
Odwróciłam się, słysząc ten głos. Lisek biegł za mną, wysoko unosząc łapki. Widocznie były równie wrażliwe na zimno jak moje stopy. Nie odpowiedziałam, tylko z zapamiętaniem robiłam zdjęcia. Obsypane śniegiem choinki skąpane w niebieskawym świetle latarni były pięknym tematem na obraz. Zrobiłam jeszcze kilka ujęć mojej chatki i wróciłam do domu. Usiadłam na kanapie, a Lisek wskoczył mi na kolana.
- Mogłaś chociaż nałożyć buty! - prychnął z wyrzutem.
- Zapomniałam - a widząc jego minę dodałam - Nie martw się! Nic mi nie będzie!
Włączyłam telewizor i bez większego zainteresowania zaczęłam oglądać film.
- Zobacz! To jest serial na podstawie świetnej powieści, a jednocześnie dowód na to, że nawet z najlepszej książki można zrobić beznadziejny film. Gdybym go obejrzała zanim sięgnęłam po książkę, w życiu bym jej nie przeczytała - powiedziałam.
Lisek przez chwilę patrzył w telewizor.
- Masz rację, nic ciekawego! Kiepskie zdjęcia, beznadziejne efekty! - przy tych słowach ziewnął szeroko - I kto mógł wymyślić tak beznadziejne dialogi?
- Nie patrz tak na mnie, to nie ja! - zaprzeczyłam impulsywnie.
- To oczywiste, ty jesteś zdolną i inteligentną dziewczynką!
Spojrzałam w jego różowo- pomarańczowe oczy i poczułam przypływ dumy, że ma o mnie tak dobre zdanie. Bezwiednie zaczęłam gładzić jego delikatne futerko. Wiedziałam, że sprawia mu to przyjemność, ale nie zaczął mruczeć.
Nigdy mruczał. Łasił się do mnie i chętnie wylegiwał na moich kolanach.Wiedziałam, że mnie lubi, lecz nigdy nie słyszałam tego magicznego dzwięku, który sprawiał, że jakieś niespotykane ciepło przepełniało serce, a więz łącząca kota z człowiekiem zamykała w magicznym kręgu porozumienia dwie bliskie sobie choć tak różne istoty. Tęskniłam do tego dzwięku, choć nigdy nie poruszałam tego tematu w rozmowie z kotem, instynktownie wyczuwając, że jest to dla niego temat drażliwy.
- Bzdurny ten film, chyba pójdę spać. Jutro mam ciężki dzień i powinnam być wypoczęta - mówiąc to, przetarłam dłonią oczy i wyłączyłam telewizor.
W pokoju zapanował półmrok. Śnieg przestał padać, a na niebie ukazał się księżyc, potęgując jeszcze srebrzysty połysk śniegowej bieli.
- Co dokładnie zamierzasz jutro robić? - kot przeciągnął się na moich kolanach.
- Czyżbyś chciał mi pomóc? - odparłam pytaniem na pytanie - Chociażby potężne zakupy. Za kilka dni święta i muszę się do nich odpowiednio przygotować. Uwielbiam święta Bożego Narodzenia! To najpiękniejsze, najwspanialsze dni w całym roku. Zawsze na nie czekam z utęsknieniem.
- Myślałem, że ludzie w twoim wieku wolą sylwestra.
- Och! Większość z pewnością, ale dla mnie nic nie może się równać z Bożym Narodzeniem. Jutro robię zakupy i zabieram się za porządki.
- Pięknie! Zwali się tu cała chmara ludzi i nie będzie kawałka cichego kąta dla kota lubiącego spokój...- w jego głosie brzmiała gorycz.
- Nie martw się, nikt się do nas nie zwali. Moja rodzina tu nie przyjedzie.
- To po co chcesz robić tyle zamieszania z zakupami i porządkami, skoro ty jedziesz do rodziców? Niech oni się martwią i przygotowują - spytał zdziwiony.
- Nigdzie nie jadę, siedzę w domu. Koniecznie muszę mieć żywą choinkę
- Jak to siedzisz w domu?! - spytał z niedowierzaniem - Nie możesz być sama w święta
- Nie będę Lisku, przecież mam ciebie - ziewnęłam przy tych słowach.
W kominku wesoło trzaskał ogień i rzucał złote refleksy ma pokój. Czułam ciepło bijące od puchatego ciałka i byłam prawie szczęśliwa.
- Będziesz. Olu, to są święta, a ja jestem kotem. Kot nie zastąpi rodziny w święta, choćby nie wiem jak się starał - był wyraznie zirytowany i zaczął gniewnie machać ogonem.
- A w ogóle to dlaczego twoi rodzice do ciebie nie przyjeżdżają? - dodał pochwili - Ludzkie matki nie opuszczają swojego potomstwa.
- Och Lisku, jesteś takim mądrym kotem, to powinieneś wiedzieć, że ludzkie matki też czasem opuszczają swoje dzieci.
- Niemożliwe!? Matka cię porzuciła? - prychnął gniewnie
- Nie. Umarła, a dokładniej zginęła w wypadku z moim ojcem. - Lisek zamilkł i patrzył na mnie z niedowierzaniem
- To smutne - mruknął po chwili - musiało ci być ciężko, ludzie zle znoszą takie rozstania.
- Rodzice mnie kochali - mówiłam bardziej do siebie niż do niego - ale znacznie bardziej kochali siebie. Kiedyś miałam żal, że zostawili mnie samą, ale pózniej pomyślałam, że tak musiało być. Byli ze sobą tak związani, że nie umieliby bez siebie żyć. Bóg też to wiedział, więc pozwolił im odejść razem. Miałam wtedy 17 lat...
- Przeszłaś od tego czasu długą drogę Olu.
- Czasami było ciężko, ale jakoś dawałam sobie radę. Mam nadzieję, że byliby ze mnie dumni.
- Oni są z ciebie dumni! Możesz być tego pewna
Spojrzałam w pomarańczowo-różowe oczy i zrobiło mi się ciepło koło serca. Pogładziłam rudy łepek i powiedziałam
- Czas już spać, chodz, wypuszczę cię na twoją nocną włóczęgę...
- Daruj sobie. Dziś zostaję w domu.
- Jak chcesz, ja idę na górę.
Szybko uwinęłam się z wieczorną toaletą i wskoczyłam do łóżka. Już prawie zasypiałam, kiedy poczułam jak łóżko ugina się lekko pod czyimś ciężarem. Drgnęłam i otworzyłam oczy, na łóżku siedział Lisek.
- Przestraszyłem cię? Przepraszam - mruknął skruszony
- Nic się nie stało, zupełnie zapomniałam, że dziś wyjątkowo nocujesz w domu - wyszeptałam sennie.
- Zapomniałaś zgasić lampkę nocną - powiedział, układając się na moich nogach.
- Nie zapomniałam, nigdy jej nie gaszę - zamknęłam oczy i dodałam gwoli wyjaśnienia - Boję się ciemności.
Kot nie skomentował moich słów i po chwili zasnęłam.
Ten dzień faktycznie okazał się ciężki. Urwałam się z zajęć, żeby mieć więcej czasu, który i tak straciłam grzęznąc w korkach. Do domu dotarłam po zmroku, ale zamiast rozpocząć porządki, dla poprawienia sobie humoru zaczęłam ubierać choinke. Lisek wiernie mi towarzyszył, choć był niezwykle milczący. Widocznie i jemu tego dnia humor niezbyt dopisywał. W końcu mruknął coś niewyraznie i wyniósł się na górę do sypialni. Wrócił, gdy oglądałam wiadomości i jak zwykle wskoczył mi na kolana.
- Lisku, czy wiesz, że dziś są moje urodziny? - spytałam, przytulając policzek do mięciutkiego futerka.
- No tak...Wiedziałem, że dziś jest jakaś okazja, bo...- kot pociągnął noskiem, prychnął i dokończył -...pijesz alkohol!
- Nie alkohol, Lisku, tylko szampana - sprostowałam
- A co to za różnica?- mruknął
- Nie wiem, ale chyba w bąbelkach - odparłam niezbyt mądrze i dodałam - niektórzy mówią, że "czasami życie na trzezwo jest nie do przyjęcia".
- Co ty nie powiesz? I ciebie to "czasami" dopadło właśnie dziś, w twoje urodziny!?
- Zapomniałeś dodać, że w dwudzieste pierwsze!
Kot popatrzył na mnie z politowaniem i zaczął sobie myć pyszczek. Spojrzałam w swoje odbicie w lustrze wiszącym nad kominkiem. Mała, żałosna osóbka siedząca na sofie z rudym kotem u boku, w dodatku gadającym, moim zdaniem całkiem sensownie. Nagle Lisek przerwał toaletę, uniósł głowę i zastrzygł uszami.
- Ktoś do nas jedzie - powiedział.
- Bredzisz - odparłam,upijając łyk szampana - Dzisiaj nikt do nas nie zawita. Jesteśmy skazani tylko na siebie, JA i TY.
Mówiąc to, pstryknęłam go w ucho. Spojrzał na mnie z niesmakiem i warknął
- Upiłaś się, a ktoś do nas jedzie - powtórzył z naciskiem.
Wsłuchałam się dokładnie w odgłosy dobiegające z dworu i usłyszałam warkot silnika, a potem zobaczyłam błysk świateł.
- Cholera, miałeś rację! - spojrzałam w dół na swoje spodnie i bluzkę.
- Myślisz, że mogę wyjść tak do ludzi? - spytałam - Zresztą co mi tam, wszystko jedno jak wyglądam!
Za oknem trzasnęły drzwi auta i dało się słyszeć kroki.
- Naprawdę? To Michał - odparł drwiąco.
Zamarłam w pól kroku do drzwi.
- Poważnie?! Cholerka, w takim razie muszę się przebrać!
- Spiesz się, już dawno wysiadł z samochodu. A może przyjmij go w tych dziurawych spodniach i bluzce z hmmmm.... duzym dekoltem. Mnie się podobasz - łobuz najwyrazniej się ze mnie naśmiewał - Jemu też sie spodobasz. Na ludzki gust, biust masz całkiem, całkiem...
- Ty obleśny zgniłku! Uduszę cię albo oddam psom sąsiada na pożarcie!!! - wycharczałam
- Nie oddasz. Jestem twoim jedynym prawdziwym przyjacielem - powiedział podkreślając ostatnie słowa - Idz, bo już stoi na werandzie.
Drugie spodnie zapinałam pod drzwiami, a bluzka, niestety, pozostała ta sama z powodu braku czasu na jej wymianę. Gdy otworzyłam drzwi, na progu faktycznie stał Michał. Jak zwykle usmiechniety, z łobuzerskim błyskiem w oczach o nieprzyzwoicie długich rzęsach.
- Cześć Olu, nie przeskadzam? Przejeżdżałem obok i pomyślałem, że wpadnę zobaczyć jak się miewasz - powiedział.
Przez chwilę, która dla mnie trwała wieczność, zbieralam myśli, a finalnie i tak nie powiedzialam nic błyskotliwego. Gdy weszliśmy do salonu, Lisek zeskoczył z kanapy i czmychnął gdzieś w sobie tylko znanym celu.
Jak zwykle w towarzystwie Michała bawilam się doskonale. Nie brakowało nam tematów do rozmów, od banalnego dowcipkowania po zapalone dyskusje, przy których czas przestaje istnieć. Znaliśmy się ładnych kilka lat, więc nie mogło być mowy o jakimkolwiek skrępowaniu między nami, choć Michał był odemnie o 6 lat starszy. Bardzo go lubiłam, być może dlatego, że jego rodzice przyjaznili się z moimi rodzicami. Jego osoba kojarzyła mi się ze starymi dobrymi czasami, gdy żyli moi rodzice, a Michał często odgrywał w moim życiu rolę starszego brata. Wieczór 21 urodzin upłynął mi szybko i miło. Zegar wybił północ, gdy żegnałam mojego gościa. Otworzyłam drzwi i nagle zrobiło mi się smutno. Wychodząc, Michał odwrócił się do mnie i wsunął mi do kieszonki jakiś pakuneczek. Już na schodach werandy powiedział.
- Kupię ci psa, nie możesz mieszkać sama na tym odludziu.
- Nie mieszkam sama, mam kota - odparłam.
- Musisz mieć psa Olu, kot cię nie obroni - po tych słowach zniknął za rogiem.
- Ale to jest bardzo niezwykły kot - wymamrotałam cicho do siebie.
Wróciłam do domu i poczułam się jakby uszło ze mnie powietrze, byłam senna i zmęczona. Lisek siedział przed kominkiem.
- Podkochujesz się w nim - powiedział.
- Nieprawda! - zaprzeczyłam impulsywnie, aby uciąć rozmowę na ten temat.
- Prawda. Widać to na pierwszy rzut oka - przy tych słowach ziewnął szeroko, ukazując różowy język i białe zęby.
Zdrętwiałam cała, bo skoro kot to widział to Michał też mógł zauważyć.
- Co ty możesz wiedzieć o ludzkich uczuciach - odparłam lekceważąco - Jesteś tylko kotem, który w dodatku nie umie mruczeć
Strzał był celny, Lisek prychnął urażony.
- Jestem mężczyzną i znam się na tych sprawach. Miałem mnóstwo narzeczonych.
- Co ty nie powiesz? Mam cię od dziś nazywać Casanową? Idę się wykąpać.
Tymi słowami skończylam niewygodny dla mnie temat rozmowy i poszłam do łazienki. Długo stałam pod prysznicem i pozwalałam, aby ciepła woda zmyła ze mnie napięcie i trudy minionego dnia. Poczułam, że wracam do równowagi i w głębi duszy zrozumiałam, że kot mówił prawdę, choć nie chciałam się do tego przyznać nawet sama przed sobą. Zakręciłam wodę, otworzyłam drzwi kabiny i wychodząc, zamarłam w bezruchu. Na posadzce w łazience z ogonem owiniętym wokół przednich łapek siedział Lisek. Miał zadowoloną minę i błysk rozbawienia w oczach.
- Co ty tutaj robisz? - spytałam ze złością.
- Siedzę - odparł lakonicznie.
Poczułam jak gniew we mnie rośnie i osiąga rozmiary niebezpieczne dla życia kota.
- To widzę, ale co robisz tutaj, kiedy się kąpię?!
- Patrzę? - było to stwierdzenie choć brzmiało jak pytanie.
- Podglądasz mnie? - warknęlam przez zęby - Wyjdz stąd natychmiast!!!
- Nie podglądam, przecież jestem kotem - w jego głosie słyszałam coraz większe rozbawienie.
- Przede wszystkim to ty jesteś facetem! - syknęłam i rzuciłam w niego szamponem. Rzut był celny, lecz cel szybszy od pocisku, usłyszałam tylko jego śmiech zbliżony do żabiego rechotu.
- Są w życiu rzeczy proste, ale ty jesteś najprostrzą!!! - krzyknęłam z gniewem w przestrzeń, aby wyładować swoją wściekłość.
Szczelnie owinięta w szlafrok uciekłam do sypialni i tam przebrałam się w piżamę. Kot pojawił się w pokoju chwilę po mnie i wcale nie skruszony ułożył się na poduszce przy mojej twarzy.
- Podobasz mu się... Nawet ma na ciebie chrapkę...- Lisek wrócił do tematu.
- Mężczyzna na kobietę ma ochotę a nie chrapkę, ale on nie ma - odparłam.
- Ma!. Już ja to widzę i ty też powinnaś. Musisz mieć mężczyznę, nie możesz ciągle być sama.
- Już ci mówiłam, nie jestem sama. - odparlam zniecierpliwiona.
- Cokolwiek byś nie mówiła, jesteś sama, a może raczej powinienem użyć określenia - samotna!!! Michał ciągle wysyła ci sygnały, ale ty się boisz zaryzykować. Dlaczego? Przecież coś czujesz do niego.
Nie odpowiedziałam na jego pytanie tylko zamknęłam oczy. Kot patrzył na mnie bardzo uważnie, wiedziałam to, choć nie uniosłam powiek. Upłynęła długa chwila milczenia, którego nie chciałam przerywać, a potem spojrzałam na niego. Wciąż patrzył na mnie tymi złoto-różowo-pomarańczowymi oczami jakby starał się ujrzeć moją duszę.
- Nie chcesz powiedzieć...?
Słysząc to zacisnęłam usta.
- Ja ci odpowiem. Chciałabyś być tak kochana jak twoja matka, być dla niego tą jedyną ukochaną, najpiękniejszą ze wszystkich kobiet. Pragniesz być dla niego ósmym cudem świata i jedyną istotą, dla której warto żyć. Oczekujesz od niego tego wszystkiego ponieważ sama możesz mu to dać, prawda?- zamilkł w końcu, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Zapanowała niczym nie zmącona cisza.
- Olu? - bardziej mruknął niż wymówił moje imię
Patrzyłam na niego, a potem odwracając wzrok, kiwnęłam głową potakująco. Nie miałam odwagi nic powiedzieć, jeszcze nie teraz.
- Jest jeszcze coś...- mówiąc to wciąż wpatrywał się we mnie badawczo. - Obchodzi cię Marta, choć prawie jej nie znasz, prawda?
Po tych słowach zdecydowałam się mówić, choć temat rozmowy nadal był dla mnie krępujący.
- Są dwie prognozy Lisku, ale żadna mnie nie satysfakcjonuje. Po pierwsze, są ze sobą dwa lata i mogliby się przezemnie rozstać, a ja nie chcę być przyczyną niczyich łez, nawet jeśli - jak mówisz- prawie Marty nie znam. Po drugie, mogłabym być tylko przygodą, epizodem w życiu Michała, a tego też nie chcę. Ani w pierwszym, ani w drugim przypadku nie mogłabym spokojnie spojrzeć sobie w oczy, więc chyba sam rozumiesz...- znów opuścilam powieki.
- Wyjmij z kieszeni prezent od niego.
Drgnęłam zaskoczona, skąd wie o prezencie, a potem pobiegłam do łazienki. Otworzyłam pudełeczko i moim oczom ukazał się złoty łańcuszek z krzyżykiem. Poczułam jak serce zalewa mi fala ciepła, a do oczu napływają łzy. Nałożyłam go na szyję i wróciłam potem do łóżka. Lisek ponownie ułożył się przy mojej twarzy.
- Lisku warto? - spytałam.
- Nikt tego nie wie, ale powinnaś spróbować. Cokolwiek zrobisz, możesz żałować, lecz właśnie na tym polega życie, odkrywasz jego uroki metodą prób i błędów. Michał docenia twoją urodę i nie potrafi się jej oprzeć, ale w jakim stopniu dostrzega piekno twojej duszy... Którz to wie?
-To wszystko musi ułożyć się samo. Ja nie uczynię pierwszego kroku, nie mogę! - szepnęłam.
- Cokolwiek się stanie dziecinko, pamiętaj, że to tylko facet! - powiedział.
- Masz rację Lisku, tylko facet - dotknęłam ręką złotego krzyżyka i poczułam przypływ dobrego humoru.
- Och, skończmy wreszcie tę rozmowę. Leżę w ciemnościach i zwierzam się kotu, to chore!
- Coś ty, masz szansę poczuć się jak Alicja w Krainie Czarów - odparował.
- Alicja w Krainie Czarów kotku, to przy mnie pikuś - mruknęłam - teraz ty coś poopowiadaj.
- Na przykład? - spytał.
- Opowiedz mi skąd się wziąłeś.
Cisza przedłużała się i już myślałam , że nie odpowie, a potem zaczął mówić powoli i z namysłem.
- Ja umarłem, Olu. Siedziałem na płocie przy drodze i z góry patrzyłem na moje zwłoki, nad którymi krążyły roje much. Chyba przejechał mnie samochód - zamyślił się na chwilę - Nie wiem. Nie pamiętam. Siedziałem na płocie dłuższą chwilę i miałem już odejść, bo zbrzydło mi patrzenie na moje ścierwo, gdy przyszła mała śliczna dziewczynka o dużych niebieskich oczach i blond włosach skręconych w niesforne loczki. Gdy zobaczyła w rowie moje zwłoki, jej oczy napełniły się łzami i zaczęła zawzięcie odganiać muchy, które natrętnie właziły mi do szklistych oczu i otwartego pyszczka. Mówiła coś przy tym szybko... Chyba chciała, żebym wstał i poszedł z nią do domu. Gdy zrozumiała, że jej prośby są bezowocne, a muchy nie zamierzają odlecieć, krzycząc pobiegła do domu. Przed bramką upadła, musiała boleśnie pozdzierać rączki i kolana, ale nawet nie zwróciła na to uwagi. Wstała i zniknęła za furtką. Po chwili znów pojawiła się na drodze, tym razem prowadząc za rękę matkę. Była zresztą do niej bardzo podobna. Gdy stanęły nade mną, płacz dziewczynki przeszedł w histeryczny krzyk...
- Co krzyczała dziewczynka, Lisku, pamiętasz? - pomarańczowo-różowe oczy na chwilę zniknęły w ciemnościach, a potem pojawiły się znowu.
- Krzyczała "mojego kotka coś zabiło!". Matka próbowała ją uspokoić i udało jej się to dopiero wtedy, gdy zawinęła moje martwe ciało w koc. A potem zabrały mnie z przydrożnego rowu. Poszedłem za nimi, bo nagle zaczęło mnie obchodzić, co się stanie z moim nieszczęsnym ciałem. Pochowały mnie pod wierzbą, a dziewczynka położyła kwiaty na moim grobie i spytała matkę, czy jeszcze kiedyś mnie zobaczy. Kobieta powiedziała, że na pewno, bo ci, których kochamy, nigdy tak naprawdę nie odchodzą - zamilkł na chwilę, a potem dodał z zadowoleniem - Chyba byłem lubianym kotem...
- Lisuniu, ty byłeś kotem KOCHANYM! - powiedziałam, kładąc nacisk na ostatnie słowo.
- Jesteś pewna? Skąd to wiesz? - spytał.
- Bo to ja jestem tą dziewczynką - odparłam szeptem i wtuliłam twarz w mięciutkie futerko. Po policzku spłynęła mi łza i spadła na rudy łepek. Na chwilę w pokoju zapadła niczym nie zmącona cisza, a potem usłyszałam najpiękniejszy dzwięk na świecie, którego nie słyszałam od bardzo, bardzo dawna - mruczenie kota.
Diuna