Gospoda stała nieopodal gościńca prowadzącego do warowni położonej na krańcach państwa króla Arontela. Za nią był już tylko kraj księcia Orlona, o którym mówiono, że jest równie dziki jak jego państwo. Dalej leżały ziemie, na które nieliczni tylko śmiałkowie zdołali się zapędzić. Nazywano je Ziemią Vengów. To właśnie stamtąd pochodzili najlepsi i najmniej ludzcy wojownicy jakich można bylo spotkać na Ziemiach Państw Zachodu.
Gospoda stojąca na polanie otoczonej starym lasem była prawdopodobnie jednym z nielicznych w tym regionie miejsc, w których człowiek mógł spędzić noc pod dachem, najeść się do syta i wypić kufel piwa bądź czarkę wina, grzejąc przy tym zmarznięte stopy przy kominku. Z jej okien ciepłym blaskiem wypływało światło, a gwar głosów dobiegający z wnętrza świadczył o grupie podróżnych, która widocznie świetnie się bawiła w tej małej oazie światła i ciepła. Noc była dziwnie ciemna, chmury wisiały nisko, opadając na ziemię chłodną mżawką. Było nienaturalnie spokojnie jak na październikową noc. A potem zerwał sie wiatr. Wiatr szalony, porywisty, gwałtownie gnący korony drzew ku ziemi. Szelest rozkołysanych traw, mieszał się z gniewnym szumem niepokornych drzew. Szaleństwo wiatru pędziło chmury po niebie, lecz noc pozostała ciemna i nieprzenikniona. W powietrzu czuło się napięcie i niepokój jakby przyroda stawiała czynny opór pierwszym jesiennym wichurom gwałtownie broniąc odejścia lata. Wichura i wilgotna ziemia skutecznie zagłuszyły tętent kopyt; zakapturzona postać wyłaniając się z mroku lasu wydawała się bardziej zjawą niż cielesną osobą. Jeździec zatrzymał się na chwilę. Czujnie rozejrzał się zanim pewnie wjechał na polanę. Minął drewniany płot i bramę by zatrzymać się w świetle latarni zawieszonych na werandzie. Zsiadł z konia i zanim zarzucił wodze na balustradę, delikatnie poklepał zwierzę po szyi. Wiatr wył przeraźliwie gdy z otwartych drzwi gospody buchnął na dziedziniec gwar, dym i światło. Zaciekawione spojrzenia zatrzymały się na przybyszu. Gwar przycichł nieco gdy kaptur płaszcza opadł na ramiona przybysza i biesiadnicy ujrzeli jego twarz. Gospodarz stojący dotąd w drzwiach kuchni poruszył się, gestem zapraszając gościa do zajęcia miejsca przy stole. Częściowo zatkniętą za pas ścierką usłużnie wycierał blat, spoglądając ukradkiem na twarz siadającej za stołem postaci. Była to kobieta o jasnych włosach niedbale związanych na karku. Rysy twarzy miała regularne, pełne usta i wyraźnie zaznaczony podbródek. Gdy siadała za stołem obrzuciła karczmarza spojrzeniem oczu bardzo niebieskich i bardzo nieufnych.
- Wyślijcie kogoś by zajął się mym koniem gospodarzu, jest bardzo zdrożony. Nie żałujcie owsa i siana. - głos miała melodyjny z lekką chrypką jakby nie przywykła do mówienia lub posługiwała się mową, która jest jej obca - A mi podajcie gorącą kawę i zupę, wszystko jedno jaką.
Spuściła oczy zajęta zdejmowaniem podróżnych rękawic wyraźnie dając do zrozumienia, że rozmowę uważa za zakończoną . Karczmarz odchodząc ukłonił się zapewniając gościa, że wszystko zostanie spełnione według rozkazu. Kobieta oparła się o ścianę od niechcenia obserwując otoczenie. Izba była obszerna, dobrze oświetlona ze stropem w dwóch miejscach podpartym belkami. Na ścianach wisiały trofea myśliwskie, a nad kominkiem umieszczono obraz ukazujący scenę z polowania.
Naprzeciwko kominka znajdowały się solidne, dębowe schody prawdopodobnie prowadzące do pokoi gościnnych znajdujących się na piętrze. Wszystko to omiotła szybkim spojrzeniem i skupiła uwagę na gościach. Kilku mężczyzn ubranych w stroje świadczące, że są na służbie u możnego, hałaśliwie dawało upust swej wesołości spowodowanej kilkoma kuflami wypitego piwa. Byli dobrze uzbrojeni, choć ubranie mieli znoszone i przybrudzone jakby od kilku dni znajdowali sie w podróży nieszczędzącej im niespodzianek, w których zdarzyło im się użyć oręża. Sześciu zabawiało się opowieściami ze swego życia, a kolejnych czterech siedząc przy osobnym stole oddawało się grze w kości. Wszyscy od czasu do czasu rzucali ukradkiem zaciekawione spojrzenia na kobietę niedbale opartą o ścianę, gdyż było rzeczą dziwną i niespotykaną by niewiasta samotnie podróżowała po terenach tak mało uczęszczanych jak granice państwa Duronów. Nieopodal zbrojnych siedziała kobieta, a raczej dziewczyna o długich włosach w mysim kolorze, ubrana w suknię szlachcianki. Towarzyszył jej mężczyzna o arystokratycznych rysach i włosach przyprószonych siwizną. Wyglądali na męża i żonę, gdzie mężczyzna jest dość despotycznym panem i władcą, a żona uległą niewiastą. Świadczyło o tym zalęknione spojrzenie, jakim spoglądała na mężczyznę, który z niesmakiem i pogardą wypisaną na twarzy rzucił kilka uwag w jej kierunku. Wesołość zbrojnych znacznie wzrosła gdy z kuchni wyszła gospodyni w średnim wieku o twarzy niezbyt ładnej lecz figurze rekompensującej to z naddatkiem. Kilka sprośnych uwag poleciało w jej kierunku, na co odpowiedziała głośnym śmiechem. Popielatowłosa dziewczyna zaczerwieniła się i niżej spuściła głowę. Karczmarka zwinnie wyminęła stoły, przy których siedzieli podchmieleni mężczyzni i w niepozbawiony gracji sposób ustawiła talerz i kubek z kawą przed samotnym gościem.
- Czy macie wolny pokój? Chciałabym zatrzymać się tu na noc.
Karczmarka oderwała spojrzenie od żolnierzy przestając się zalotnie uśmiechać
- Znajdzie się izba pani. Gości jak widzisz sporo, ale są jeszcze wolne miejsca.
- Przygotuj ją dla mnie, zapłacę za wszystko jeszcze dzisiaj. Wcześnie rano udaję się w dalszą drogę i nie chciałabym nikogo budzić. To zapłata - powiedziała głosem, w którym słychać było znurzenie.
Gospodyni wzięła w dłonie złotego orena i niezdarnie zaczęła szukać reszty w przepastnej kieszeni fartucha.
- Nie szukajcie reszty gospodyni, przyjdźcie tylko gdy zjem wskazać mi mój pokój.
- Oczywiście pani - dygnęła zgrabnie i oblekając twarz w zalotny uśmiech ruszyła do kuchni otwarcie zerkając na siedzących przy piwie mężczyzn. Jej przejściu towarzyszył śmiech i kilka wulgarnych, mocno zalatujących odorem piwa uwag. Jasnowłosa kobieta skrzywiła się z niesmakiem słysząc tak niewybredne żarty i upiła łyk kawy, która smakowała zaskakująco dobrze; z mniejszą już nieufnością zaczęła spożywać zupę pachnącą ryżem i duszonymi pomidorami. Pozornie skupiona na jedzeniu od niechcenia obserwowała parę siedzącą blisko kominka. Mężczyzna mówił coś do żony marszcząc gniewnie brwi i zaciskając wargi, ta odpowiedziała coś szeptem kręcąc przy tym przecząco głową. Rozmowa musiała być arcynieprzyjemna dla obu stron, choć z pewnością to mężczyzna był w natarciu. Kobieta dopiła kawę, odstawiła kubek i spojrzała na drzwi do kuchni. Natychmiast przy jej stole pojawił się karczmarz z usłużnym uśmiechem.
- Życzysz sobie coś jeszcze pani, czy prowadzić do pokoju?
- Prowadź. - kiwnęła głową w milczeniu, wstała od stołu i ruszyła za gospodarzem. Gdy szła przez salę odprowadzały ją zaciekawione spojrzenia, lecz żaden ze zgromadzonych tam mężczyzn nie odważył się na żart w stosunku do nieznajomej. Może powstrzymała ich duma i chłód wyzierający z jej postaci lub po prostu zasób swoich kiepskich żartow wyczerpali wobec karczmarki. Schody zaskrzypiały pod ciężarem dwóch osób, a w izbie na dole ponownie zrobiło się gwarnie i wesoło. Być może gospodyni znów pojawiła się wśród gości. Na ustach kobiety pojawił sie grymas pogardy, który tylko nieliczni mogliby uznać za uśmiech.
Pleciony chodniczek tłumił odgłos kroków gdy szli wąskim korytarzem mijając kolejne pokoje. W końcu meżczyzna stanął, otworzył drzwi i gestem zaprosił kobietę do środka.Odwracając się w drzwiach cicho wypowiedziała słowa podzięki. Karczmarz wycofał się tyłem życząc jej dobrej nocy. Od lat prowadził ten zajazd i wiedział kiedy nie należy dłużej gościowi przeszkadzać.
Gdy drzwi zamknęły się za gospodarzem, kobieta usiadła w fotelu z ulgą wyciągając nogi. Odchyliła głowę i przymknęła oczy. Dopiero teraz na jej twarzy ukazało się zmęczenie. Siedziała chwilę bezczynnie napawając się spokojem i ciepłem bijącym od kominka, potem uniosła powieki i spojrzała na szerokie łoże. Potarła dłonią czoło i niechętnie wstała z fotela. Podchodząc do okna dotknęła stojącego na stoliku dzbanka i stwierdziła z zadowoleniem, że woda jest ciepła. Z uwagą wpatrywała się w mrok, którego nie były w stanie rozproszyć dwie latarnie wiszące przy stajni.
Stała dłuższą chwilę czegoś wypatrując, na coś czekając. Zmarszczyła brwi, choć jej twarz pozostała bez wyrazu. Nagle delikatnie pochyliła się do przodu i dokładniej wpatrzyła w ciemność. Przy ogrodzeniu zamajaczył jakiś kształt, stał przez chwilę bez ruchu, a potem ukradkiem przemknął do stajni. Widocznie usatysfakcjonowana tym co zobaczyła, porzuciła swój posterunek przy oknie. Jej ciało domagało się odpoczynku, co mógł zapewnić jedynie sen. Szybko uporała się z wieczorną toaletą i zgasiła lampę. Ciało z ulgą przyjęło miękkość łóżka, choć nie była przyzwyczajona do takich wygód. Przez chwilę wpatrywała się jeszcze w mrok pokoju i zanim zasnęła usłyszała jeszcze ciche kroki na korytarzu i skrzypnięcie drzwi gdzieś obok. Jakiś kobiecy głos wymówił życzenia dobrej nocy. Wszystko to dobiegło do niej już jak z oddali. Po raz pierwszy od wielu dni nie chciała słuchać co dzieje się wokół niej, ani tym bardziej zaprzątać sobie tym głowy. Zasnęła.
Drgnęła gwałtownie i całkowicie rozbudzona otworzyła oczy. Starała się wyłowić z ciemności dźwięk, który ją zaniepokoił, ale wszędzie panowała cisza. Pomyślała, że powinna ponownie zasnąć, ale instynkt nie pozwalał jej ulec namowom zmęczonego ciała. Cicho wysunęła się z łóżka i podeszła do okna. Wiatr ucichł, ale noc pozostała ciemna. Wpatrywała się w nią szukając niebezpieczeństwa, jednocześnie wsłuchując w dźwięki , szukając tego, który ją zaniepokoił. W końcu go wyłowiła. Ktoś szedł po schodach i były to kroki człowieka, któremu bardzo zależy, aby nie odkryto jego obecności. Jednocześnie spostrzegła w mroku ruch za ogrodzeniem. Jej nozdrza poruszyły się jakby chciała uchwycić zapach, by wiedzieć z kim ma do czynienia. Ostatni raz rozejrzała się czujnie. Na zewnątrz było kilku ludzi i paru znalazło się wewnątrz budynku. Ktoś szedł już korytarzem między pokojami, słyszała jego delikatne kroki, które tłumił chodnik. Nie było czasu na myślenie więc szybko nałożyła ubranie. Bezradnie przesunęła dłonią po udzie szukając miecza, który został razem z kuszą przy siodle. Mamrotała przekleństwa dziwiąc się swojej bezmyślności. Miała tylko dwa noże, które zawsze trzymała w cholewach butów. Trzymała je teraz w dłoniach zdając sobie sprawę, że jest to niewiele jeśli dojdzie do starcia z dobrze uzbrojonym przeciwnikiem. Gdzieś obok rozległ się hałas wyważanych drzwi. Po chwili oprócz krzyków dał się słyszeć szczęk broni, jednak zaskoczeni we śnie mężczyźni niewielkie mieli szanse na skuteczną obronę. Stanęła przy drzwiach gotowa zadać cios gdy otworzone potężnym kopniakiem z hałasem odbiły się od ściany.
Napastnik stanął w progu z obnażonym mieczem licząc na pełne zaskoczenie i łatwe zwycięstwo. Bezszelestnie wyłoniła się z mroku i zręcznie unikając ciosu jednym ruchem noża podcięła mu gardło a drugie ostrze zatopiła w sercu. Wytarła i schowała noże, a potem pochyliła się nad zwłokami i podniosła miecz, który w tamtej dłoni był już całkowicie bezużyteczny. Nim wyszła z pokoju usłyszała jak gdzieś w głębi domu rozległ się przeraźliwy krzyk kobiety i ucichł równie nagle jak sie rozpoczął. . W pokojach obok szamotanina ciagle trwała więc z mieczem w dłoni wyszła na korytarz zręcznie omijając trupa. Tuż za drzwiami natknęła się na następnego przeciwnika lecz starcie trwało krótko, padł na kolana a z ust buchnęła mu krew. Z pokoju po prawej wyszło dwóch mężczyzn ciągnąc za sobą dziewczynę, która stawiała zaciekły opór. Nie spodziewali się ataku a mając zajęte ręce nie byli w stanie bronić się skutecznie. Jeden padł z rozpłataną głową,drugi puścił dziewczynę, przerzucił miecz do prawej ręki, lecz zanim zdążył go użyć zablokowała go w przysiadzie jednocześnie sięgając po miecz jego zmarłego przed chwilą towarzysza i z lewej ręki wyprowadziła cios w brzuch. Gdy padał odskoczyła i to ją uratowało przed ciosem, który miał spaść na jej kark. Miecz ze świstem przeciął powietrze i ciężko stuknął o podłoge. Zdezorientowany takim obrotem sytuacji napastnik przez ułamek sekundy stał całkowicie odsłonięty. Wykorzystała ten moment. Uderzyła z półobrotu prawie odcinając mu głowę. Jeszcze przez chwilę, zanim ciało osunęło się na podłogę, widziała jak z groteskowo przekrzywionej głowy patrzą na nią oczy, w których maluje się zdziwienie . Trupy przeplatały się z połamanymi drzwiami zaścielając korytarz. Woń śmierci i krwi przytłumiły jej zmysły na tyle, że w pierwszej chwili nie zwróciła na nie uwagi pomimo, że je poczuła. Dym. Jego cienkie smużki zaczęły snuć się pod ścianami, lecz ona patrzyła jak jeden z napastników zatapia miecz w plecach rannego meżczyzny, który wyczołgał się z pokoju. Napastnik uniósł głowę i spojrzał na nią, a jego zeszpeconą bliznami twarz wykrzywił grymas triumfu. Widział przed sobą kolejną ofiarę .Stała w bezruchu czekając aż się zbliży i jednocześnie nasłuchując odgłosów walki z sąsiednich pokoi. Jeśli walka tam się zakończy jej życie będzie zależało od tego czy stamtąd wyjdzie sojusznik czy wróg. Przyjęła pozycję obronną gdy napastnik był od niej o krok. Pewny swej siły i umiejętności niedbale wyprowadził cios, który z łatwością odparła przechodząc do ataku. Nie miała czasu na zabawę, jej cięcia były szybkie i zaczęła niepostrzeżenie przypierać go do ściany. Wyraz triumfu znikł z jego twarzy gdy zdał sobie sprawę, że teraz już walczy o życie. Kolejne uderzenie i bandyta oparł się o ścianę. Zatopiła miecz w jego szyi i na chwilę ujrzała błysk w jego oczach gdy spojrzał na coś lub na kogoś ponad jej ramieniem. Wyszarpnęła miecz, siegnęła do cholewy buta i kierując się jego spojrzeniem wykonała lekki obrót w lewą stronę jednocześnie rzucając nożem. Prostując się patrzyła jak kompan napastnika osuwa się po ścianie z ostrzem wbitym w czoło. Podeszła do niego aby odzyskać swój nóż. Zanim schowała go do cholewy starannie wytarła jego ostrze o spodnie trupa. Ktoś jeszcze walczył jednak nie poszła w kierunku skąd dochodził do niej szczęk broni tylko wróciła do pokoju, z którego bandyci próbowali wyprowadzić dziewczynę. Tuż za drzwiami natknęła się na zwłoki, przelotnie spojrzała w szklane oczy męża popielatowłosej dziewczyny. Rozejrzała się po pokoju i najpierw ujrzała połamane sprzęty, które zaścielały podłogę. Było widoczne, że mężczyzna stoczył zaciekłą walkę w obronie życia swego i swej młodej małżonki. Na fotelu przy oknie, skulona,siedziała niedoszła ofiara napastników. Już miała wyjść zostawiając dziewczynę samej sobie gdy ta uniosła twarz i spojrzała jej w oczy mówiąc
- Nigdy go nie kochałam, chyba nawet nigdy go nie szanowałam, za to często nienawidziłam. Był zapalczywy, żądny władzy i mściwy, ale nie życzyłam mu śmierci. Nikomu jej nie życzyłam, nawet jemu. - choć szeptem, wymawiała słowa wyraźnie jakby chcąc jakoś ułożyć w swojej głowie to co nie tak dawno widziały jej oczy. W tej chwili nie przypominała osoby, która tak zaciekle walczyła z napastnikami starającymi się siłą wywlec ją z pokoju. Kobieta podeszła do niej nie spuszcząjac z niej wzroku.
- Nie czas teraz na żale pani, jeśli chcesz żyć ruszaj za mną.
Dziewczyna słysząc te słowa zamrugała oczami jakby budziła się ze snu, a na jej twarzy odbiło się zaciekawienie.
- Kim jesteś? - spytała patrząc na nią uważnie i po chwili dodała - Widziałam cię wczoraj, prawda?
- Kurtuazyjne rozmowy zostawmy na później.- odparła zniecierpliwiona - powinnyśmy natychmiast wynosić się z tej gospody.
Dym nie był już tylko delikatną wonią lecz zaczął wyraźnie pełznąć po pokoju wgryzając się do oczu.
- A więc miła pani uciekamy z tego miejsca. - mówiąc to pociągnęła ją za rękę i zmusiła aby ta pobiegła za nią. Gdy znalazły się na korytarzu z jednego z pokoi wynurzył sie uzbrojony mężczyzna.Uniosła miecz by po chwili go opuścić.
- To Kelton, dowódca straży mego męża - mówiąc to dziewczyna delikatnie ścisnęła rękę nieznajomej a ta odparła cynicznie
- Nie popisała się ta straż.
Mężczyzna podbiegł do nich i zdyszany prawie wykrzyczał pytanie
- Co z księciem pani?
- Nie żyje, walczył dzielnie, i może miałby szanse na przeżycie gdyby jego żołnierze mieli lżejszy sen.
Odpowiedź padła z innych ust niż się spodziewał, więc spojrzał nieufnie na nieznajomą kobietę nieznacznie unosząc miecz.
- Nie szukaj wrogów tam gdzie ich nie ma. Gdybym mogła, pewnie ocaliłabym również jego życie choć szczerze mówiąc nie wzbudzał mojej sympatii. - przechyliła lekko głowę i spojrzała na niego z politowaniem - A teraz tracimy czas na bezsensowne rozmowy zamiast uciekać z tego miejsca.
Popatrzył na kobietę wypowiadającą te słowa, a potem przeniósł wzrok na stojącą obok dziewczynę, jakby szukał u niej potwierdzenia tych słów. Ta skinęła głową i mężczyzna opuścił miecz.
- Na bandytów już raczej się tutaj nie natkniemy, ale gospoda płonie i musimy się stąd jak najszybciej wydostać - ostatnie słowa wymówił biegnąc już w kierunku schodów. Gdy do nich dotarli wyjrzał zza balustrady a potem machnął ręką dając znak, że droga wolna. Zbiegli po schodach zanurzając się w gryzący dym i wszechobecny żar płomieni. Gdzieś z zewnątrz dobiegały krzyki i nawoływania przerywane rżeniem koni. Starała się jak najmniej oddychać lecz dym był coraz bardziej gęsty i łzy popłynęły jej z oczu. Prawie nic nie widziała i kierując się tylko odgłosem kroków biegnącego przed nią człowieka po omacku szukała wyjścia na tyły gospody. Przebiegła przez kuchnię zakrywając nos połą płaszcza i próbując ograniczyć oddychanie do minimum. Dziewczyna ciążyła jej niemiłosiernie i pomyślała, że za chwilę będzie musiała ją nieść do wyjścia. Trzask trawionego ogniem drewna dobiegał już ze wszystkich stron, a żar wzmagał się z każdą chwilą. Przyśpieszyła kroku i wbiegła do prywatnych pokoi gospodarzy, tuż za progiem potknęła się o zwłoki leżące na podłodze. Choć dym bardzo ograniczał widoczność wiedziała kogo ujrzy zanim jeszcze spojrzala na zwłoki. Karczmarka leżała na podłodze sciskając kikut odciętej dłoni, krzyk zamarł jej na ustach gdy ostrze miecza przeszyło jej pierś. Mężczyzna miał więcej szczęścia, jego śmierć zaskoczyła we śnie. Mocniej szarpnęła dziewczynę chcąc ją zmusić do szybszego kroku i odwrócić jej uwagę od trupów. Ogień był już prawie wszechobecny, a żar stawał się nie do zniesienia. Przed sobą, wśród dymu zobaczyła niewyraźny zarys męskiej postaci, zanim do niego dobiegła zdążył już kopniakiem wyważyć drzwi, które ciężko upadły na ziemię. Mocniej szarpnęła wyraźnie słabnącą dziewczynę i wybiegła za mężczyzną na podwórze na tyłach oberży. Gdzieś za sobą usłyszała huk spadających desek i walącego się stropu.
Dziewczyna upadła na ziemię zanosząc się ciężkim kaszlem. Kobieta przez moment próbowała ją podtrzymać, jednak słysząc tętent kopyt porzuciła ten zamiar i zwróciła się w kierunku skąd nadjeżdżali jeźdźcy. Było ich sześciu, wszyscy z obnażonymi mieczami, zdecydowani zadać śmierć.
Z tęsknotą spojrzała na stajnie oddalone od nich jakieś 100 metrów. Mężczyzna myśląc o tym samym spojrzał na nią kręcąc głową. Zanim jeźdźcy ich okrążyli, zwrócili się do nich twarzami biorąc miedzy siebie dziewczynę. Kobieta uderzyła pierwsza, metal uderzył o metal i choć jeździec spodziewał się ataku przez moment zachwiał się w siodle. Wciąż była w natarciu gdy z boku nastapił atak drugiego rzezimieszka. Zręcznie uskoczyła przed ciosem i mocniej natarła na przeciwnika. Nie zdążył się osłonić i jej miecz bezgłośnie zagłębił się w jego ciele. Z tyłu dochodziły do niej odgłosy walki jej przypadkowego sojusznika. Ranny bandyta cofnął się robiąc miejsce swojemu koledze, który natarł na nią z wściekłością. Odpierała ciosy z zaciekłością, jednak kolejny jeździec dojeżdżając z boku zmusił ja do odwrotu. Napastnicy biorąc ją między dwa konie bardzo ograniczyli jej możliwości obrony. I wtedy jeden z jeźdźców całkowicie stracił panowanie nad wierzchowcem. Zwierzę kwicząc przeraźliwie zaczęło wierzgać i stawać dęba, całkowicie ignorując wysiłki właściciela, który starał się je uspokoić. Po chwili koń drugiego napastnika rownież oddał sie podrygom szaleństwa. Kobieta wykorzystując nieuwagę napastnika zajętego uspokajaniem oszalałego zwierzęcia, zadała błyskawiczny cios mieczem i odskoczyła by nie zostać przygniacioną przez upadające ciało. Odwróciła się gwałtownie słysząc stłumiony krzyk dziewczyny. Zobaczyła jak mężczyzna, z którym wydostała się z gospody bezskutecznie próbuje ściągnąć swoją panią z konia, na którego wciągnął ją jeden z bandytów. Całkowicie zaabsorbowany odebraniem napastnikowi zdobyczy nie zauważył atakującego go od tyłu rzezimieszka. Nie namyślając się długo rzuciła mieczem, trafiła napastnika lecz spóźniła się o ułamek sekundy. Dowódca straży zabitego księcia osunął się na ziemię niemal przecięty w pół.
Syknęła wciekle gdy wyczuła za sobą jeźdźca. Odwróciła się w ostatniej chwili by zobaczyć jak miecz unosi się by spaść na jej głowę. Odskoczyła, lecz ostrze drasnęło ją w ramię. Bandyta po raz drugi uniósł broń, odskoczyła ponownie chcąc po raz kolejny uniknąć ciosu, jednak potknęła się o leżącego na ziemi trupa. W ostatniej chwili wybroniła się przed upadkiem lecz nie miała szansy uciec przed ciosem. Ostrze już miało opaść na jej ramię gdy wielkie, rude zwierzę zawisło całym ciężarem swego potężnego cielska na ramieniu napastnika, a z jego gardła wydobywał się wściekły warkot. Miecz upadł na ziemię, a kobieta uchwyciła jego rękojeść. Nie mając czasu do stracenia ruszyła biegiem na pomoc dziewczynie, pozostawiając bandytę rozwścieczonemu psu. Uciekajacego rzezimieszka dogoniła gdy próbował sforsować ogrodzenie. Koń zdegustowany podwójnym ciężarem odmówił pokonania przeszkody i tylko dzięki temu zdążyła do nich dobiec na czas. Odrzuciła miecz i lekko odbijając się od ziemi wylądowała na końskim zadzie tuż za mężczyzną. Zanim zdążył zareagować na jej obecność, sięgnęła do cholewy buta i wyciągniętym stamtąd nożem podcięła mu gardło i zrzuciła z konia. Przytrzymała dziewczynę, aby mogła bezpiecznie zsunąć się na ziemię po czym nawróciła konia by stawić czoło ostatniemu bandycie. Zdążyła tylko zauważyć jak jeździec niknie w mroku gdzie nie docierał blask płonącej gospody. Za nim jak cień pomknął rudy pies. Zacisnęła gniewnie usta po czym zsiadła z konia i podeszła do dziewczyny.
- Nic ci nie jest pani? - spytała ujmując ją pod ramię
Dziewczyna podniosła głowę odgarniając z twarzy włosy i zatrzymała na niej spojrzenie szarych oczu.
- Nie, chyba tylko trochę się poobijałam.
Stała skulona w podartej i okopconej koszuli nocnej a jej bose stopy ginęły w mokrej trawie. Wyglądała jak mała, zagubiona dziewczynka.
- Wszyscy nie żyją, prawda? - spytała szeptem
- Tak, zabili wszystkich najwyraźniej tylko ciebie chcieli mieć żywą. Wiesz może z jakiego powodu jesteś dla kogoś tak cenna? - gdy wymawiała te słowa jej głos był zimny i beznamiętny.
- Nic nie przychodzi mi do głowy. Po co ktoś miałby mnie porywać? To absurd.- z niedowierzaniem pokręciła głową.
- Później się nad tym zastanowimy, teraz trzeba uciekać. To były tylko psy puszczone w pogoń za ofiarą, tego co wydał rozkaz z pewnością nie było wśród nich. Możemy mieć kłopoty.
Szybkim krokiem ruszyła ku stajniom nawet nie zwracając uwagi czy dziewczyna idzie za nią. Konie parskały, niespokojnie drepcząc w swoich boksach. Kasztanowaty ogier zarżał radośnie gdy jasnowłosa kobieta cicho wsunęła się do boksu przemawiając do niego szeptem. Szybko założyła mu ogłowie potem derkę i siodło z przypiętą doń kuszą i mieczem. Dziewczyna w boksie obok wykonywała te same czynności przy gniadej klaczy. Zanim wyszły ze stajni, kobieta wypuściła wszystkie konie z pozostałych boksów. Gdy znalazły się na dworze, na wschodzie nad linią drzew różowiało niebo. Wstawał świt.
Wsiadła na konia, spojrzała na dopalające się zgliszcza i przeniosła wzrok na dziewczynę. Jej niesamowicie niebieskie oczy były zimne i nieprzniknione, taki sam chłód dzwięczał w jej głosie gdy zadała pytanie
- I co ja mam teraz z tobą zrobić?
- Zawieź mnie do króla Arontela pani - odparła nieśmiało dziewczyna
Przez chwilę panowała cisza, a niebieskie oczy nieznajomej nadal były nieprzeniknione
- Nigdy nie łączę swojej drogi z drogą innych - odparła
- Ale przecież pomogłaś mi, uratowałaś życie - w głosie dziewczyny zabrzmiało zdziwienie
- Czasem podejmuję dziwne decyzje - odrzekła - których niekiedy przychodzi mi żałować
- I pozwolisz mi teraz zginąć!? Tak po prostu bo moje życie jest dla ciebie sprawą nieistotną, niegodną uwagi?
Nieznajoma na chwilę gniewnie zmarszczyła brwi, a koń zaczął dreptać w miejscu jakby udzieliło mu się jej zniecierpliwienie. Pochyliła się lekko w siodle i odparła swym melodyjnym głosem w którym dźwięczał gniew.
- Kim jesteś aby mowić mi co jest słuszne, a co nie i wymagać odemnie zachowań, które mogą nas obie przywieść do zguby.
Dziewczyna spuściła głowę mówiąc
- Jestem przestraszoną szesnastolatką więc nie dziw się, że proszę o pomoc pani i wybacz jeśli cię uraziłam - jej drobna twarz skurczyła się z bólu gdy zagryzła skaleczoną wargę powstrzymując napływajace do oczu łzy.
Spojrzenie kobiety na chwilę złagodniało na widok takiej bezradności, zawahała się na moment a potem odrzekła twardo
- Dobrze. Pomogę ci, dotrzesz do króla Arontela żywa i lepiej dla ciebie abym nie żałowała tej decyzji. A teraz w drogę, nie mamy czasu do stracenia. - ściągnęła cugle i koń ruszył kłusem, a potem przeszedł w galop. Dziewczyna pospiesznie dosiadła klaczy i ruszyła za wybawicielką. Ominęły drogę i zanurzyły się w lasie jadąc prosto na wschód. Gdy zniknęły wśród drzew, ich śladem pobiegł wielki rudy pies i tak jak one zagłębił się w mrokach lasu.
Kluczyły cały dzień w plątaninie wąwozów starając się zatrzeć swój ślad tak, by jak najbardziej utrudnić pogoń i ich wytropienie; i choć każda część ciała wołała o odpoczynek jasnowłosa kobieta niestrudzenie parła do przodu, jakby miała swój własny cel do osiągnięcia. Słońce chyliło się już ku zachodowi gdy stanęły na wzgórzu, a przed nimi rozpostarł się widok na dolinę. Ich oczom ukazały się pozostałości opustoszałej ludzkiej osady. Kilka domków z pustymi oczodołami okien, resztki murów, zawaliska budynków gospodarczych. Patrząc na te ruiny doznawało się uczucia dojmującego smutku i opuszczenia. Z zarośli wynurzył się rudy pies i stanął obok koni . Kobieta patrzyła z uwagą na osadę, a potem zasygła w bezruchu i przechylając delikatnie twarz wsłuchała się w panującą w dolinie ciszę. Ciszę martwą, nienaturalną, złowrogą. Ciałem koni wstrząsnął dreszcz, parskając gniewnie położyły uszy po sobie niespokojnie drepcząc w miejscu. Kobieta uniosła głowę i spojrzała przed siebie czujnie, badawczo, starając się sięgnąć wzrokiem w najdalsze zakamarki wymarłej osady. Jej nozdrza poruszyły się lekko gdy delikatnie wciągnęła w płuca powietrze. A potem spojrzała na słońce i ciągle na nie patrząc, jakby chciała ocenić kiedy ostatecznie skryje się za drzewami powiedziała
- Pogoń z pewnością idzie za nami, a niedługo zapadnie zmrok. W tych warunkach nie możemy dalej jechać. Musimy znależć bezpieczne schronienie przed nocą.- W jej głosie dzwięczał niepokój, jednak zeskoczyła z konia i sięgnęła do juków. Wyjęła z nich pakunek starannie owinięty białą chustą a z niego zwykłą srebrną czarkę bez żadnych ornamentów i nalała do niej wody z bukłaka. Ponownie sięgnęła do sakwy i w jej dłoniach ukazał się mały, skórzany woreczek. Gdy go otworzyła w powietrzu rozszedł się zapach ziół. Ujęła z niego szczyptę i wsypując ją do czarki, bezgłośnie szeptała słowa, których nie sposób było zrozumieć. Zapach stał się jeszcze bardziej intensywny gdy z małej amfory wlała do czarki kilka kropel szkarłatnego płynu. Mikstura zagotowała się wściekle, a z wnętrza naczynia zaczął się unosić dym. Lekkim krokiem obeszła konie i poruszając bezgłośnie ustami narysowała kilka znaków na głowie i bokach zwierząt za każdym razem maczając palec wskazujący w przygotowanym wywarze.
- Pochyl się na chwilę - rzekła, i gdy jej rozkaz został posłusznie wykonany, wyrysowała kilka skomplikowanych wzorów na czole, brodzie i policzkach zdziwionej dziewczyny. Po chwili tę samą czynność powtórzyła na sobie, po czym starannie wytarła czarkę, owinęła w chustę i schowała w jukach. Szybko dosiadła konia i z niepokojem patrząc na znikające za drzewami słońce powiedziała
- Bądź cały czas przy mnie, a gdy dotrzemy do starego traktu, pędź jak najszybciej potrafisz i choćby nie wiem co się działo nie wolno ci obejrzeć się za siebie. -oderwała spojrzenie od słońca i skierowała je na dziewczynę - Zrozumiałaś?
Na twarzy młodej kobiety malowało się zdziwienie
- Ale po co to wszystko pani? - spytała nieufnie i zakreśliła niewielki łuk ręką chcąc nadać większy sens swoim słowom
Kobieta ponownie spojrzała na słońce, a potem na szybko pogrążającą się w mroku dolinę i odwracając twarz do dziewczyny zapytała gniewnie po raz drugi, a dźwięk jaki wydobył się z jej gardła bardziej przypominał warknięcie zwierzęcia niż ludzką mowę
- Zrozumiałaś?
Dziewczyna posłysznie kiwnęła głową speszona gniewną reakcją swej towarzyszki
- Tak pani, zrozumiałam
- Dobrze więc, ruszajmy w drogę bo czas nagli
Spięła konia i zaczęła szybko zjeżdżać w dolinę. Pies posłusznie biegł obok dotrzymując kroku koniowi. Gdy dojeżdżały do miasteczka wśród wysokiej trawy ukazały się pozostałości brukowanej drogi, kobieta spojrzała przelotnie na dziewczynę
- Pamiętaj co ci powiedziałam i pod żadnym pozorem nie oglądaj się za siebie.A teraz ruszaj! -ostatnie słowa wymówiła nagląco, tonem nie znoszący sprzeciwu.
Kopyta koni zadzwoniły o kamienie gdy wbiegły na wybrukowany trakt zmuszone wolą jeźdźców. W szalonym pędzie jechały przez osadę mijając opustoszałe budynki, z których wyzierał chłód. A potem coś się zmieniło. Wszechobecną ciszę zmąconą tylko tętentem galopujących koni wypełnił niewyraźny dzwięk podobny do szeptu. Wydawało się, że wnętrza domostw ożyły, a cienie czające się wśród ruin przestały być tylko cieniami. Coś ukrywało się w chłodnych mrokach opuszczonych domostw, a teraz rozbudzone najazdem intruzów próbowało opuścić swoją kryjówkę. Przerażone zwierzęta błyskając białkami oczu pędziły przed siebie w panice nie ponaglane przez jeźdźców. Dziewczyna wpatrzona w plecy swej przewodniczki pędziła nie oglądając się za siebie, choć nie mogła pozbyć się uczucia, że coś niezmiernie ważnego dzieje się za nią. W cwale minęły osadę i zjechały z traktu, a umęczone całodzienną jazdą i szaleńczym galopem konie z trudem pokonywały stromiznę zbocza. Gdy wjechały na szczyt wzgórza zatrzymały konie i spojrzały w dolinę. Miasteczko znów sprawiało wrażenie spokoju, smutku i opuszczenia.
- Czy coś tam było pani? - spytała głosem w którym brzmiał niepokój
- Nic o czym warto teraz mówić. Jedźmy, musimy znaleźć bezpieczne miejsce na obóz.
Popędziła konia i kłusem ruszyła przed siebie uważnie rozglądając się dookoła. W niewielkiej odległości zobaczyła małe zagłębienie terenu otoczone z trzech stron głazami. Podjechała i lekko zeskoczyła z konia jakby całodzienna, pełna trudów podróż była tylko krótką, nic nie znaczącą przejażdżką. Dziewczyna z trudem zsunęła się z klaczy niepewnie stając na nogach. Kobieta nie zwracając na nią uwagi rozkulbaczyła konia i zaczęła wycierać trawą jego spocone boki, potem puściła go luźno i spojrzała zamyślona na wzgórze za doliną. Dziewczyna oporządzając swoją klacz patrzyła jak jej towarzyszka zbiera gałązki chrustu i rozpala niewielkie ognisko. Zdziwiona zapytała
- Czemu to robisz pani? Mówiłaś, że pogoń idzie naszym tropem, czy nie boisz się, że ogień wskarze im miejsce naszego pobytu?
Jasnowłosa nieznajoma spojrzała na nią przelotnie beznamiętnym wzrokiem
- Możesz mi wierzyć, jesteśmy tu bezpieczne. - odparła, po czym wróciła do przerwanego zajęcia.
Po chwili niewielki ogień rozjaśnił przestrzeń między głazami, a w ustawionej na nim manierce zaparowała woda. Kobieta z podróżnej sakwy wyjęła chleb i suszone mięso wręczając je siedzącej przy ognisku dziewczynie. Sama usiadła na zwalonym konarze po drugiej stronie, dzieląc się swoją porcją jedzenia z psem, który z cichym westchnieniem ułożył się przy jej nogach. Ciemność zapadła szybko i niepostrzeżenie otulając swym chłodem ziemię. Gdy woda w manierce zabulgotała nieznajoma wstała i wsypała do niej garść ziół, a po chwili rozlała napar do kubków. Siadając na swoim miejscu podała jeden kubek swej towarzyszce.
Napój rozgrzewał zmarznięte dłonie i rozpływał się przyjemnym ciepłem po ciele.
Dziewczyna przyglądała sie swej towarzyszce i zachęcona przedłużającą się ciszą powiedziała
- Mam na imię Daire, a ty? Kim jesteś pani? - przez chwilę myślała, że nieznajoma nie usłyszała pytania bo w jej postaci nic się nie zmieniło, następnie podniosła głowę i spojrzała na nią dziwnym wzrokiem
- Nikim - odparła spokojnie, a jej spojrzenie ponownie powędrowało w mrok rozciągający się nad doliną, w której powoli, cienkimi smugami zaczęła snuć się mgła. Pies również patrzył w tamtą stronę czujnie nadstawiając uszu. Czas płynął powoli i chłód był coraz bardziej dotkliwy, widząc drżenie jakie opanowało ciało dziewczyny, kobieta odwiązała od siodła koc i podała go towarzyszce.
- Otul się tym i spróbuj zasnąć, jutro przed nami długa droga więc musisz być wypoczęta.
- A ty pani? Przecież też musisz odpocząć? - odparła
- Położę się, tylko później. Czuwanie pozostawię Forrestowi - mówiąc to spojrzała wymownie na psa, a ten słysząc swoje imię lekko pomachał ogonem.
Dziewczyna otuliła się szczelnie kocem i ułożyła przy ognisku kładąc głowę na siodle. Sen ogarnął ją szybko, ale był lekki i męczący. W pewnej chwili usiadła prawie całkowicie rozbudzona i spojrzała na swą towarzyszkę nadal siedzącą przy dopalającym się ognisku i z widoczną uwagą wpatrującą się w zamgloną kotlinę. Dziewczyna również spojrzała w tamtą stronę i wydało jej się, że do jej uszu dobiegł odgłos jaki może wydawać oddział zbrojnych jadący po kamiennym trakcie. Popatrzyła z niepokojem na swą towarzyszkę i spytała z nutką paniki w głosie.
- Czy tam w dolinie są ludzie, którzy nas ścigają?
-Tak, to właśnie są ludzie, którzy cały dzień jadą naszym tropem.
Słysząc taką odpowiedź już miała zerwać się z ziemi gdy nagle gdzieś w dolinie rozległo się parskanie wielu przerażonych koni, które przeszeło w pełne bólu rżenie. A potem ponad kwik oszalałych zwierząt wybił się ludzki krzyk. Krzyk rozpaczy, strachu i potwornego cierpienia ponad wszelką wytrzymałość. Krzyk człowieka, który w potwornej męczarni nie tylko tracił życie, ale i duszę. Dźwięk niósł się ponad wzgórza wypełniając przestrzeń i zdawało sie, że cały świat zamarł przerażony słysząc odgłosy tak potwornej zbrodni jaka rozgrywała sie w dolinie. Konie drżąc na całym ciele w panice tuliły się do siebie, a z gardła psa wydobył się pomruk podobny do cichego grzmotu. Dziewczyna zamarła wpół ruchu i z przerażeniem wpatrywała się w mgłę, która mlecznym całunem litościwie skrywała przed ludzkim okiem rzeź panującą w dolinie, potem spojrzała na swą towarzyszkę, która z nieprzeniknionym wyrazem twarzy wpatrywała się w dogasające ognisko całkowicie obojętna na to co działo się tak blisko. Na twarzy dziewczyny odbiło się zdziwienie, a potem łamiącym się histerycznie głosem wykrzyknęła
- Ci ludzie, oni tam giną w potworny sposób!!! Wiedziałaś o tym prawda? Wiedziałaś co się stanie jeśli po zmroku wjadą do doliny i specjalnie ich tam zwabiłaś!!!
Kobieta spojrzała na dziewczynę lecz zachowała milczenie, a potem spuściła wzrok i ponownie beznamiętnie wpatrzyła sie w żar ogniska.
Dziewczyna chcąc oddalić od siebie tę potworność jaka ciągle jeszcze rozgrywała się w dolinie zasłoniła dłońmi uszy, a po jej policzkach zaczęły spływać łzy gdy wykrzykiwała słowa
- Jak mogłaś?! Nikt nie zasługuje na taką śmierć, rozumiesz?! Nikt!!! Jak mogłaś zrobić coś takiego?!!!! Kim ty jesteś?!!! Jakim człowiekiem?!!
Na te słowa nieznajoma odwróciła wzrok od ognia, a jej twarz wykrzywiła wściekłość
- Chcesz wiedzieć kim jestem? - syknęła przez zęby z mocą wymawiając każde słowo - Jestem gniewem...czasem nienawiścią... Bardzo, bardzo rzadko obojętnością, lecz człowiekiem nie... Człowiekiem nie jestem...
Kobieta skończyła mówić lecz na jej twarzy wciąż malowała się wściekłość i dziewczyna w tym momencie zdała sobie sprawę, że patrzy w oczy oszalałego, żądnego krwi drapieżnika. "Tak -pomyślała -Człowiekiem to ty nie jesteś"
Stała tak chwilę oniemiała, a w tym czasie hałas w dolinie ucichł tak nagle jak się rozpoczął. Zapanowała cisza, która boleśnie dzwoniła w uszach. Kobieta nadal patrzyła na dziewczynę, a potem zmęczonym, spokojnym już głosem odrzekła
- Nie martw się pani Daire, wina za śmierć tych ludzi spadnie na moją, nie twoją głowę. To była moja decyzja i mój wybór, wybrałam ich śmierć i nasze życie... Jeśli chcesz możesz mnie za to winić - a potem owijając się w płaszcz i układając do snu dodała - Połóż się spać pani, jutro ruszamy w dalszą drogę, musisz przecież żywa dotrzeć do króla.
Gdy kobieta wypowiadała ostanie zdanie w jej głosie można było wyczuć drwinę. Dziewczyna zarumieniła się zawstydzona i przygryzła wargę.
Zimne, błękitne oczy przez chwilę jeszcze spoglądały na nią z uwagą; zamknęła powieki i zapadła cisza, dziewczyna drgnęła więc niespokojnie gdy w pewnym momencie usłyszała słowa wypowiadane beznamiętnym tonem
- Na imię mam Evenareth.
W milczeniu patrzyła na spokojną twarz swej towarzyszki, a potem przeniosła wzrok na zasnutą mgłą dolinę. Czekała na jakis dźwięk, ruch, cokolwiek co mogłoby świadczyć, że ludzie, którzy jechali przez miasteczko żyją. Jednak wszędzie wokół panowała niczym niezmącona cisza i nawet przyszło jej do głowy, że wszystko to czego nie tak dawno stała się świadkiem było tylko wytworem jej zmęczonego umysłu. Spojrzała na spokojnie pasące się nieopodal konie. Przeniosła wzrok na uśpioną kobietę. Wszędzie wokół panował spokój i jej ciało powoli zaczęło się odprężać, a powieki zrobiły się ciężkie jak ołów. Ostatnim obrazem jaki zapamiętała był pies, który czujnie wpatrywał się w ciemność. Po jakimś czasie z ciężkim westchnieniem ułożył swoją dużą, graniastą, pomarszczoną głowę na łapach i również zapadł w sen. Noc wciąż jeszcze królowała nad światem.
Evenareth drgnęła i otworzyła oczy. Jeszcze przez chwilę starała się uchwycić sen, który znikał z jej pamięci zbyt szybko by mogła zatrzymać i zrozumieć obrazy. Zirytowana daremnym wysiłkiem potarła czoło chcąc rozbudzić się całkowicie. Popatrzyła na konie spokojnie pasące się nieopodal i rzuciła przeciągłe spojrzenie w kierunku doliny. Na jej dnie niczym mleczna kurtyna rozpościerała się nieprzenikniona mgła ukrywając przed jej wzrokiem upiorne miasteczko. Wstała i delikatnie dotknęła ramienia swej towarzyszki, ta zerwała się pospiesznie rozglądając się w popłochu. Evenareth poczuła jak irytacja w niej wzrasta, jednak powstrzymała się od rzucenia jakiejkolwiek uwagi. Pośpiesznie zaczęła siodłać konia nie oglądając się na dziewczynę. Gdy dosiadała wierzchowca odwróciła się by zobaczyć jak jej młoda towarzyszka wzdryga się patrząc na zasnutą mgłą dolinę.
- Masz ochotę pani odwiedzic to miejsce ? - spytała mrużąc oczy
Dziewczyna wzdrygnęła się nerwowo i przecząco potrząsnęła głową
- Szkoda, bo mogłoby być ciekawie - mówiąc to uśmiechnęła się drwiąco i popędziła konia. Dziewczyna w milczeniu ruszyła za nią w górę zbocza.
Cały dzień spędziły w siodłach nie zatrzymując się nawet na krótki popas, posiłek na który składały się suchary zjadły nie zsiadając z końskich grzbietów. Rudy pies niestrudzenie biegł przed nimi jakby nadawał ich wędrówce odpowiedni kierunek. Czasem znikał wśród gęstego poszycia lasu, by za chwilę wyłonić się z zarośli niczym rudy duch w całkowicie innym miejscu. Wszędzie wokół panowała cisza, nie było słychać nic więcej poza parskaniem koni i cichym odgłosem kopyt uderzających o mokrą ziemię. Były chwile gdy Daire miała ochotę zaprotestować przeciwko tej męczącej jeździe, powstrzymywało ją przed tym zimne spojrzenie towarzyszki, która zdawała się czytać w jej myślach.
Pod wieczór niebo zaczęły zasnuwać gęste chmury i zmierzch zapadał wyjątkowo szybko zatrzymały się więc na odpoczynek nieco wcześniej niż przewidywała Evenareth. Nie była pewna czy nowa grupa jeźdźców nie ruszyła ich tropem. Daire zsiadając z konia ledwo mogła ukryć grymas bólu. Przytupywała lekko w miejscu próbując rozprostować zdrętwiałe nogi. Tego wieczoru jej wybawicielka nie rozpaliła ogniska. Ponownie na ich posiłek złożyły się suchary, które popiły zimną wodą. Daire była tak zmęczona, że nawet jej to nie przeszkadzało, marzyła tylko o tym by w końcu móc się położyć i zamknąć oczy. Nie była przyzwyczajona do tak forsownych podróży i jej ciało zdecydowanie domagało się odpoczynku. Zasnęła momentalnie gdy tylko otuliła się kocem.
Następny dzień podróży wygladałyby podobnie gdyby nie drobna różnica. Pojawił się deszcz, nie był zbyt ulewny lecz padał bez przerwy i to wystarczyło by już po godzinie obie zostały przemoczone do suchej nitki. Krople spływały im po twarzach i nie pomagał nawet kaptur płaszcza głęboko naciągnięty na oczy. To sprawiło, że podróż stała się jeszcze bardziej męcząca. Evenareth z uwagą wybierała drogę by nie utrudniać marszu koniom. Nie mogły sobie pozwolić na stratę wierzchowca. Noc spędziły skulone pod wielkim drzewem, które dawało niewielką osłonę i Daire bezskutecznie próbowała powstrzymać szczękanie zębami.
Rankiem, ledwo świt posrebrzył wierzchołki drzew, ruszyły w dalszą drogę. Deszcz szeleścił cicho w koronach drzew, żłobił ścieżki wśród liści, by opaść na ziemię ciężkimi kroplami. Las był ciemny i posępny. Wjechały na wąską ścieżkę, która wiła się wśród wysokich paproci, by po chwili zniknąć wśród trawy i mchu. Gdzieś niedaleko słychać było szum rzeki.
Evenareth nie zatrzymując się nawet na chwilę wjechała między drzewa delikatnie chyląc głowę przed nisko zwieszonymi, ciężkimi od deszczu gałęziami. Kaptur płaszcza opadł jej na ramiona, odsłaniając związane w węzeł jasne włosy. Kilka zimnych kropel wpadło jej za kołnierz i cienką strużką spłynęło po kręgosłupie. Wzdrygnęła się i potarła dłonią zesztywniały kark. Las przed nią przerzedzał się, a paprocie zanikały powoli ustępując miejsca trawie. Szum rzeki narastał i po chwili wyjechały z pomiędzy drzew na trawiasty brzeg.
Poczucie czyhającego gdzieś niedaleko niebezpieczeństwa pojawiło się tak nagle, że odruchowo szarpnęła wodze osadzając konia w miejscu. Uczucie było tak silne, że jej ciało przebiegł dreszcz, a dłonie kurczowo zacisnęły się na wodzach.
Zmarszczyła delikatnie brwi i wytężyła wszystkie swoje zmysły. Wiedziała, że gdzieś niedaleko, czai się zło. Zło, które żywi się śmiercią. Odwróciła się szybko, czujnie wpatrując w wilgotny mrok lasu. Z szelestem liści, wyłonił się z pomiędzy krzewów i paproci potężny, rudy pies i wbił płonące spojrzenie w twarz swojej właścicielki. Jego ciało było napięte a sierść jeżyła się na grzbiecie i karku. On również wyczuwał czające się gdzieś blisko niebezpieczeństwo.
Delikatnie poklepała konia po szyi, zachęcając go do dalszej drogi. Musiały stąd odjechać jak najszybciej. Evenareth ściągnęła wodze i już miała zawrócić konia aby oddalić sie z tego miejsca, gdy jakieś stworzenie o długiej, wężowej szyi na chwilę wyłoniło się z wody. Koń pod nią zatańczył i zarżał ostrzegwaczo, jednak na odwrót było już za późno, przynajmniej dla jednej z nich. Stwór zacisnął uzbrojoną w zęby szczękę na głowie klaczy Daire i szybkim szarpnięciem wciągnął ją pod wodę razem z siedzącą w siodle właścicielką. Evenareth na sekundę zamarła, a potem wysyczała przez zaciśnięte zęby
- Szlag.... Szlag by to jasny trafił...- zrzuciła szybko płaszcz i zeskoczyła z konia. Klępnęła zwierzę w zad by oddaliło się od brzegu, a sama wskoczyła do wody w miejscu gdzie zniknęła Daire wraz z klaczą.
Rzeka pochłonęła ją całkowicie zamykając nad nią swoje wody, na szczęście prąd nie był w tym miejscu zbyt silny, a to zwiększało jej szanse na odnalezienie w głębinach rzeki Daire. Woda była mętna i intensywnie pachniała mułem, co sprawiły padające od kilku dni deszcze. Przedzierała się przez nurt rzeki próbując dostrzec cokolwiek poprzez muł, piach i kawałki gnijących szczątków roślin niesionych z prądem. Ignorując dotkliwe zimno przebijała się przez kolejne pokłady wody intensywnie wypatrując choćby śladu dziewczyny i stwora, który porwał ją z brzegu wraz z koniem. Przez moment zdawało jej się, że coś zakotłowało się pod nią więc zanurkowała głębiej mocno odpychając się ramionami. Poczuła muśnięcie na dłoni, a potem uderzenie w udo. Odwróciła się w tamtą stronę intensywnie pracując rękami i nogami by nie zniósł jej prąd. Nierozsądnie, na oślep wyciągnęła dłoń i natrafiła na śliski grzbiet stworzenia. Zanurkowała głębiej starając się nie myśleć o zębach zwierzęcia i o tym co będzie gdy stwór dojdzie do wniosku, że jako obiad będzie smakowała lepiej niż koń. Gdy zamajaczył przed nią jakiś kształt, wyciągnęła dłonie natrafiając na tkaninę płaszcza. Sięgnęła dalej i mocno pociągnęła uchwycony kawałek przyciągając ku sobie dziewczynę. Objęła ją ramionami i mocno odpychając się nogami zaczęła płynąć ku górze.
Gdy wynużyła się na powierzchnię z ulgą zaczerpnęła powietrza. Obok pojawiła się głowa Daire, która krztusiła się i pluła wodą próbując złapać oddech. Evenareth popłynęła do brzegu ciągnąc za sobą dziewczynę. W miejscu do którego dopłynęły, brzeg był dość wysoki, a mokra ziemia obsuwała się spod palców Daire przy każdej próbie znalezienia oparcia dla rąk. Kobieta uchwyciła się zwisającej trawy i pomogła niedoszłej topielicy wyjść z wody mocno ją popychając. Dziewczyna ślizgając się po skarpie odczołgała się od rzeki i padła bez sił na ziemię.
Kobieta mocniej uchwyciła się trawy, choć była to bardzo krucha i niepewna pomoc; jednocześnie próbowała znaleźć oparcie dla stóp lecz ziemia obsuwała się pod jej cieżarem, a ona ponownie wpadała do wody. Była świadoma, że każda kolejna nieudana próba wydostania się z rzeki zwiększa ryzyko, że stwór zainteresuje się nią jako swoją kolejną ofiarą.
- Cholera, po co mi to wszystko było - wymruczała do siebie i po raz niewiadomo który spróbowała mocniej oprzeć stopy o grząski brzeg lecz zanim się podciągnęła poczuła jak coś śliskiego owija się wokół jej talii i mocnym szarpnięciem ściąga w dół. Instynktownie wciągnęła głęboki chaust powietrza zanim mętna woda zamknęła się nad jej głową. To coś bardzo szybko ciągnęło ją w głębinę. Ogon stworzenia zaciskał się na jej żebrach i coraz trudniej było jej utrzymać powietrze w płucach. Zacisnęła palce na splotach próbując zmusić zwierzę do zwolnienia uścisku, jednak nie odniosło to żadnego skutku. Spojrzała w górę i widziała jak coraz mniej światła dociera do miejsca, w którym się znajduje, a pogłębiający się z każdą chwilą mrok sprawił, że zdała sobie sprawę iż jej sznase na uwolnienie się i przeżycie maleją z każdą chwilą. Pomyślała, że umrze w sposób najgłupszy z możliwych i wtedy gdziś głęboko w niej zakiełkował bunt, który przerodził się w gniew. Gniew wzmagający w niej instynkt przetrwania i pierwotna część jej osobowości, której nie akceptowała zaczęła dochodzić do głosu. Tym razem nawet nie próbowała z nią walczyć i ból jaki towarzyszył przeobrażeniu przyjęła z rozkoszą. Spojrzała na swoje dłonie desperacko szarpiące zaciśnięte wokół niej zwoje. Nie, to nie były już dłonie tylko łapy porośnięte białym, krótkim futrem uzbrojone w ostre jak brzytwa pazury. Szarpała nimi ciało zwierza, a krew i kawałki poszarpanego ciała zabarwiły wodę na czerwono. Gdy zwierzę zwolniło uścisk, wysunęła się z jego splotów. Powoli zaczęło brakować jej powietrza, jednak nie mogła popłynąć ku powierzchni wody. Miała świadomość, że stwór nie pozwoli uciec swej ofierze i popłynie za nią. Niewątpliwie spróbuje ponownie wciągnąć ją w głębinę, ale tym razem zaatakuje zębami, a wtedy jej szanse na przeżycie spadną do zera. Gdy upewniła się że ma szansę uchwycić szyję zwierza zaatakowała z furią wbijając w nią ostre kły i szarpiąc z całej siły. Poczuła pulsowanie i zdała sobie sprawę, że trafiła bezbłędnie. Zaciskała szczęki coraz mocniej, a pazury wbijała w grzbiet przeciwnika starając się za wszelką cenę tak utrzymać pomimo, że oszalałe z bólu zwierzę próbowało ze wszystkich sił pozbyć się napastnika. Woda wirowała gdy stwór w szaleńczym tańcu wił się w głębinie. Wgryzała się coraz bardziej w miękką tkankę szarpiąc ją bezlitośnie, a krew coraz obficiej barwiła wodę. Wiedziała, że przeciwnik słabnie i choć już brakowało jej powietrza, uparcie zaciskała szczęki na ofierze, czując jak dzika rządza mordu przeradza się w satysfakcję ze zwycięstwa. Kolejny raz przesunęła zęby o kilka centymetrów i mocno szarpnęła, gdy poczuła chrupnięcie i szyja stwora zwiotczała zwolniła ucisk szczęk. Była zmęczona walką pod wodą i zaczynało brakować jej powietrza, wypuściła ofiarę i zaczęła przedzierać się ku powierzchni przez czerwoną od krwi wodę. Gdy wypłynęła ponad taflę wody z ulgą napełniła płuca powietrzem. Płynąc do brzegu ostatkiem sił parskała i trzepała głową chcąc pozbyć się z uszu wody. Wczepiając pazury w miękką ziemię powoli wydostała się na brzeg. Drżące ze zmęczenia łapy nie były w stanie jej utrzymać. Zanim padła na ziemię uniosła głowę i napotkała przerażony wzrok Daire. Siedziała skamieniała ze strachu w miejscu gdzie ją zostawiła nie mogąc teraz oderwać od niej oczu. Parsknęła gniewnie kładąc uszy po sobie i odsłoniła duże żółte kły. Długi ogon zaczął uderzać o ziemię, a jej smukłe, porośnięte krótkim futrem ciało wyprężyło się jakby ponownie chciała ruszyć do ataku. Dziewczyna skuliła się jeszcze bardziej lecz nie próbowała uciekać. Nagle gdzieś wśród krzaków porastających brzeg rzeki rozległo się szczekanie psa. Evenareth oderwała gniewne spojrzenie od dziewczyny i spojrzała w stronę, z której nadbiegał rudy pies. Poczuła jak gniew zaczyna w niej opadać, a jego miejsce zajmuje obojętność i wyczerpanie. Poddała się tym uczuciom i opuściła głowę patrząc na swoje uzbrojone w pazury łapy. Powietrze zafalowało wokół niej i zobaczyła, że znów ma dłonie. Zacisnęła je na mokrej trawie, potem uniosła głowę, wbiła płonący wzrok w twarz dziewczyny i oddychając ciężko przemówiła chrapliwym, urywanym szeptem.
- Jeśli o tym co przed chwilą widziałaś powiesz komukolwiek to przysięgam, przysięgam na bogów, że znajdę cię i wyrwę ci serce. I nikt, zupełnie nikt nie będzie w stanie obronić cię przede mną.
Daire przerażona patrzyła na kobietę i nie miała wątpliwości, że ta jest w stanie spełnić swą obietnicę.
Przez ostatnie dni deszcz nieprzerwanie towarzyszył im w podróży. Przemoknięte, zziębnięte kuliły się w siodłach. Na skrzyżowaniu dróg skierowała konia na trakt prowadzący do Burgus. Nie przepadała za miastami. Wszystkie były brudne, śmierdzące, pełne ludzkich i zwierzęcych odchodów oraz błota. Ale to jedno zawsze ją przyciągało. Jakby miało ją wyzwolić niczym zbiegłego ze wsi chłopa; dać iluzję normalnego życia jakie prowadziło tu tysiące ludzi.
Burgus było olbrzymim portem, leżącym u ujścia rzeki Forad. Należało do tego rodzaju, o którym pieśniarze śpiewają, że to miasto, które nigdy nie zasypia. Jego władze próbowały utrzymać kruchą równowagę między Arontelem, a Cytiasem, ale rosnące bogactwo miasta nie mogło nie zwracać na siebie uwagi. Wszyscy sobie zdawali sprawę, że ta subtelna polityka czynienia dobrze obu stronom prędzej czy później się skończy. Naturalnie rajcy robili jak dotychczas wszystko, by nastąpiło to jak najpóźniej korumpując dworskich urzędników obu stron i wręczając Arontelowi i Cytiasowi co jakiś czas kosztowny prezent.
- Któregoś dnia to miasto będzie należeć do mego wuja – wyszeptała pożądliwie Darie. Widać było, że ta myśl towarzyszyła jej od dawna. Eve od jakiegoś czasu obserwowała jej twarz, na której odbijał się jakiś zawistny podziw dla potężnych murów i licznych świątyń, których złote dachy i kopuły widoczne już były z daleka mimo fatalnej pogody.
- Byłaś tu już wcześniej? - Nie czekając na odpowiedź kontynuowała – Zatrzymamy się tu na parę dni. Może te cholerne deszcze trochę ustaną.
Choć doskonale wiedziała, że to nie one sprawiły, że zamiast ominąć miasto w tej chwili zbliżała się do jego bram. Pogoda wprawiła je w paskudny nastrój, nie zwróciły nawet uwagi na dwóch powieszonych mężczyzn wpatrujących się w nich szklanymi oczami ze swego miejsca na podwyższeniu. Strażnicy miejscy schowani w bramie nie zainteresowali się nimi gdy wraz z paroma innymi podróżnymi ją przekroczyły. Eve nie wiedziała nawet, czy ktoś za nimi podąża. Już od paru dni przestała się nad tym zastanawiać. Czy to pogoda czy nadzieja, że pośród tłumów uda im się skryć na parę dni, przytłumiła w niej instynkt. O dziwo na razie jej to nie niepokoiło.
- Pojedziemy do dzielnicy portowej, tam zanocujemy. Niebezpieczniejsza, ale mniej będziemy się w niej rzucać w oczy. Nie chcemy by ktoś rozpoznał krewną Arontela. Mruknięcie jakie wydobyło się spod kaptura dziewczyny, potraktowała jako aprobatę swych słów.
Nastrój miasta i jego mieszkańców był taki jak pogoda. Drzwi mijanych warsztatów rzemieślniczych były otwarte; rzadkie odgłosy dobiegające z ich wnętrz ginęły w kroplach padającego deszczu. Brakowało elegantek miejskich zwykle wystających o tej porze na przedprożach swych domów. Dopiero na ulicach bliższych portowi ruch się wyraźnie ożywił. Serce miasta musiało funkcjonować idealnie niezależnie od kaprysów aury. Choć i tu było widać pewne spowolnienie. Brakowało też zwykłego smrodu nieświeżych ryb i odgłosów ptactwa, które w ładną pogodę pod względem krzykliwości konkurowało tu z portowymi dziwkami.
Toczone przez tragarzy beczki grzęzły w błocie, podobnie jak koła wózków, na których przewożono towary. Miernicy, brakarze, robotnicy, bednarze i uliczni naprawiacze poruszali się sennie. Poszukując choć odrobiny osłony przed deszczem przemieszczali się jak najbliżej ścian domów. Eve i Daire nie starały się nawet zrozumieć przekleństw, które na ulicach Burgus można było usłyszeć niemalże we wszystkich językach tego świata.
- Tu się zatrzymamy, w Rakarskiej Beczce – powiedziała Evenareth wskazując palcem budynek na końcu ulicy.
Daire szybkim spojrzeniem spod kaptura obrzuciła tabernę. Na jej twarzy odmalował się wyraz obrzydzenia. Nie wypowiedziała jednak słowa protestu. Poznała już wystarczająco dobrze dziką naturę swej towarzyszki i obrończyni. Wyrażona przez nią głośno dezaprobata mogłaby się skończyć tym, że za chwilę stałaby sama na ulicy. Choć przez moment zawahała się, czy nie jest to dobry pomysł. Arontel miał swych ludzi w mieście - szpiegów, dyplomatów, kupców. Eve odwróciła się w siodle.
- Nadal nie wiemy kto zlecił zabójstwo męża i ciebie. Samotną, młodą kobietą nie umiejącą się bronić szybko się tu ktoś zainteresuje. Raczej nie chciałbyś doświadczyć przejawów tego rodzaju zainteresowania, ale nie nalegam droga wolna. - Ostatnie słowa wypowiedziała zeskakując już z konia. Nie zwracając uwagi czy Daire idzie za nią, skierowała się do stajni, mamrocząc przy tym przekleństwa na pogodę i grzęznące w błocie nogi. Dziewczyna z niechęcią podążyła w jej ślady.
Wnętrze taberny było pełne. Na twarzy swej towarzyszki Daire, mimo panującego w środku półmroku, dostrzegła grymas zaskoczenia i niezadowolenia.
- Może jednak poszukamy czegoś innego? – nieśmiało zapytała dziewczyna.
- Nie, za późno już dziś na to, poza tym mówiłam ci, chcę się zatrzymać w Burgus parę dni, a biorąc pod uwagę stan naszej odzieży i obecny wygląd łatwiej będzie się tu ukryć – Ostatnie słowa wypowiedziała już z lekką ironią wpatrując się w brudną, drobną postać Daire w łachmanach.
- Przecież możemy kupić nowe szaty, wiem, że masz jeszcze pieniądze!
- I co dalej? Będziesz paradować w nowej kiecce ulicami? Może zanim ruszysz do najbliższego kramu po nowe fatałaszki, by skończyć chwilę później z poderżniętym gardłem w najbliższym ciemnym zaułku lub miejskiej piwnicy, poczekaj póki się nie zorientuję, co ludzie mówią na mieście o zabójstwie twojego męża i twoim zniknięciu – wycedziła ze złością prosto w twarz Daire.
- A na razie idź, usiądź tam pod ścianą – delikatnie popchnęła dziewczynę we wskazanym kierunku. Sama szybkim wzrokiem omiotła wnętrze jakby szukając miejsca dla siebie. Żadna z widocznych twarzy nie wydała jej się znajoma. Nie chciała zwracać na siebie uwagi, ruszyła więc za Daire do stołu. Młoda szlachcianka siedziała wściekła z wąsko zaciśniętymi ustami. Ściągnęła kaptur. Mimo to Eve nic nie powiedziała. Kto by rozpoznał w tej wychudzonej, brudnej z ogorzałą twarzą postaci dumną krewną Arontela. Jej rozmyślania przerwało pojawianie się dwóch kubków na stole i drobnego chłopaka z dzbankiem piwa.
- Chcecie coś do jedzenia? - zapytał jednocześnie nalewając mętne piwo. - Jest zupa rybna, a i chleb się jeszcze jakiś znajdzie; macie pieniądze? Podać?
Daire już otwierała usta chcąc zwrócić uwagę na bezceremonialne traktowanie jej osoby, ale Eve była szybsza.
- Zupa rybna będzie w sam raz, tylko żywo chłopcze, zdrożoneśmy bardzo. - powiedziała wsuwając jednocześnie w jego dłoń drobną monetę. Po chwili dwie parujące miski stanęły przed nimi. Po wielu dniach bez ciepłego posiłku nawet dziewczyna w duchu przyznała, że to królewski posiłek, ze smakiem wybierając łyżką kawałki ryby pachnącej czosnkiem i ziołami. Nasyciwszy pierwszy głód podniosła trochę głowę i z nad miski przyglądała się otoczeniu. O dziwo, mimo sporej ilości gości nie było zbyt głośno. Większość podobnie jak one siedziała i w milczeniu spożywała posiłek kontemplując nad zawartością swych naczyń. Pozorny spokój nie udzielił się jednak Eve. Daire zauważyła, że na twarzy jej towarzyszki maluje się napięcie. Od czasu do czasu wierciła się na swym miejscu jak ludzie, którzy na swych plecach czują obcy wzrok. Po skończonym posiłku machnięciem ręki przywołała chłopaka.
- Znajdzie się jakaś izba dla nas? Być może, że na parę dni.
W położnej na stole dłoni błysnęła srebrna moneta. Chwilę później obie znalazły się w niewielkim pomieszczeniu na piętrze. Nawet Daire przyznała w duchu, że jest w nim czyściej niż można się było spodziewać po takiej portowej norze. Do tego ciepły posiłek i perspektywa zmycia z siebie choć części podróżnego brudu poprawiła jej samopoczucie. Wyciągnięta na pryczy obserwowała krzątanie się przy torbach podróżnych swej towarzyszki. Od czasu pamiętnego zdarzenia nad rzeką nie potrafiła określić swych uczuć wobec niej – lęk pomieszany z podziwem, pogarda z wdzięcznością, że bądź co bądź Eve uratowała jej życie. Pomyślała o Tarensie. Pogrążając się w sennym marzeniu wyobrażała sobie jak owija wokół swych palców jego długie, proste kruczoczarne włosy, jak przesuwa dłonie po jego białych, nagich plecach...
Evenareth spojrzała na śpiącą Daire i na malujący się na jej twarzy lekko frywolny uśmiech. Była gotowa do wyjścia na miasto. Przez moment wahała się czy nie powinna obudzić dziewczyny i nie powiedzieć jej, że musi ją zostawić na parę godzin, ale uznała, że nie ma to znaczenia. Dziś czy jutro i tak musiała załatwić pewne sprawy. Sprawdziła czy drewniana zasuwa w drzwiach jest dobrze zamknięta by stanowić wystarczającą przeszkodą dla zabłąkanych, pijanych gości. Okno było dostatecznie duże by się przez nie mogła przecisnąć. Jej gatunek nie miał problemów z umiejętnością poruszania się po dachach nawet jeśli nie do końca dobrze były znane. Podniebna mapa Burgus nie była jej obca, ale jak w każdym mieście często się zmieniała. Pożary, zawalenia, wyburzanie starych domów i budowa na ich miejsce nowych, poszerzanie ulic... Miasta jak żywy organizm chorowały, regenerowały się, zmieniały, mutowały. To oczywiście stanowiło pewną trudność, ale Eve traktowała ją po prostu jako dodatkową atrakcję i sprawdzian swych umiejętności.
Najpierw wysunęła nogi na zewnątrz. Usiadła na parapecie i rozejrzała się po ścianie w poszukiwaniu wystających belek i najbliższych szpar. Po chwili była już na dachu sąsiedniego budynku. Po deszczach było ślisko, musiała bardzo uważać. Mimo zakazu wychodzenia o tej porze na ulice i deszczowej pogody, co jakiś czas dobiegał ją śmiech i pijackie śpiewy. Kto by jednak w tej części miasta przejmował się zakazami. Tym bardziej, że strażnicy nie znajdowali w sobie dość odwagi by się tu zapuszczać.
Ześlizgnęła się po dachu i miękko wylądowała w błocie. Obok przetoczyła się grupa wyrostków ze sprośną pieśnią na ustach i dzbanami piwa w dłoniach. Ruderę, której szukała nie było łatwo znaleźć pośród szeregu identycznych. Szukała w powietrzu ulotnego zapachu mieszanki ziół, który naprowadziłby ją na tą właściwą. Trochę bała się staruchy. Evenareth wydawało się, że wie ona o niej samej więcej, niż by chciała. Czuła się w jej towarzystwie niezręcznie, jakaś duchowo naga.
- Rastahuna – wyszeptała przed niedomkniętymi drzwiami.
- Wejdź Eve - jej głos brzmiał podobnie jak skrzypienie drzwi nory, w której mieszkała.
W środku panował półmrok. Ale nawet gdyby nie było tu światła w ogóle, miała przed oczyma jej twarz. Przypominała starą, zasuszoną figę z brudnymi, rzadkimi wiszącymi z głowy strąkami, które jak jakieś diabelskie pnącza miało się wrażenie, że żyły własnym życiem. Jakby szukały wokół niefrasobliwej ofiary, którą mogłyby przyciągnąć do bezzębnych ust staruchy rozwartych w złośliwym uśmiechu.
- Prowadzisz arontelowski pomiot – powiedziała nachylając się nad niewielkim ogniskiem w poszukiwaniu rozżarzonego drewna, którym mogłaby przypalić wymiętoszonego skręta wiszącego w kąciku jej ust.
- Dziewczyna jest młoda, nie zdążyli jej jeszcze zepsuć, nie mogłam jej zostawić...
- Sama nie wierzysz w to co mówisz – gwałtownie przerwała jej starucha – z lędźwi tego rodu nic dobrego nie może wyjść. Lepiej dla niej i dla ciebie by było gdybyś pozwoliła ją tam zabić. Daire jest tylko pionkiem Arontela. Uznał, że czas się go pozbyć. Przez ciebie ten pionek jest nadal w grze, to może go rozsierdzić. Nie żeby aż tak bardzo zależało mi na twoim życiu – przy ostatnich słowach w jej gardle zabulgotał jakiś odgłos, który zapewne miał być śmiechem.
- Jak zawsze najlepiej poinformowana – z przekąsem stwierdziła wojowniczka - i jak zawsze zapewne nie zechcesz się podzielić swą wiedzą. Czy jeśli zapalę z tobą to świństwo choć jej część na mnie spłynie?
- Wiedza nie, ale iluminacja z pewnością – wyrzuciła z siebie Rastahuna teraz już zanosząc się ze śmiechu jakby właśnie wypowiedziała najlepszy dowcip świata.
- Ech, stara, daj potrzebne mi zioła, lami bezoar, serca żabek przepowiadających...
- Tak, tak. Przestań Eve, bo mnie głowa rozboli, zawsze bierzesz to samo. Przygotowałam już dla ciebie paczkę. Idź już bo coś mi tu szepcze do ucha, że mała może mieć kłopoty.
Nie wiedziała jak długo spała. Jeszcze Tarens był z nią, już się nachylał nad nią by złożyć na jej ustach najcudowniejszy pocałunek gdy nagły hałas pod drzwiami przywrócił ją do rzeczywistości. Drzwi huknęły jakby ktoś próbował je wywarzyć. Drewno jęknęło wygięte. Po drugiej stronie rozległ się soczysty bluzg. Z trudem pośród tego bełkotu wyłapała słowa
- Ty zapowietrzona murwo! Znajdę cię!
Daire siedziała skulona w ciemnościach pokoju. Przerażonymi oczami wptarywała sie w drzwi oczekując, że za chwilę zostaną wywarzone. Przed oczyma stanęły jej sceny mordów, na które niedawno patrzała. Tym razem nie było wokół niej nikogo kto miałby ją uratować. Teraz doceniła towarzystwo swej przypadkowej obrończyni. Deski ponownie się wygięły. Rozległ się cichy jęk, a następnie głuchy odgłos ciała upadającego na podłogę. I cisza...
Po chwili wbrew sobie podczołgała się pod drzwi i przyłożyła do nich ucho. Jej prawa ręka natrafiła na coś lepkiego i wilgotnego. Spod drzwi do środka wlewała się krew. Nozdrza dziewczyny wypełnił jej słodkawy i obrzydliwy zapach. Przestała logicznie myśleć. Umysł Daire wypełniła paniczna myśl o wydostaniu się z pułapki zamkniętego pokoju. Opętana nią szarpnęła zasuwę i szeroko otworzyła drzwi. Ciało pozbawione oparcia upadło jej na stopy. Z brzucha mężczyzny wystawała rękojeść sztyletu. Strach sparaliżował jej struny głosowe. Wydała się z siebie tylko jakiś charkot. Przeskoczyła nad ciałem. Jej gołe pięty ślizgały się po brudnych schodach kiedy zbiegała na dół. Upadła boleśnie na pośladki i z ostatnich stopni już zjechała. To ją odrobinę przywróciło do rzeczywistości. We wspólnej sali panowała cisza. W kominku dopalały się resztki drewna i delikatną poświatą oświetlały pomieszczenie. Kątem oka zauważyła jakiś ruch. Nie czekała aż prawdziwa czy może w panice urojona postać zbliży się do niej. Biegiem ruszyła do drzwi prowadzących na zewnątrz. Nie zastanawiała się w którą stronę biegnie po błotnistych ulicach. Byle przed siebie, byle dalej od krwi, zamordowanych, wszechobecnego lęku... Do tego cały czas miała wrażnie, że ktoś za nią biegnie, że z boku słyszy pogwizdywanie. Jak zwierzę, na którego ktoś zrobił sobie nagonkę. Wybiegając zza rogu nie zauważyła stojących tam beczek. Przekoziołkowała nad nimi jednocześnie je przewracając. Wylała się z nich śmierdząca rybą maź zalewając leżącą na ziemi Daire. Strach, ohydny odór, ból wywołany upadkiem odebrały jej przytomność.
Z zaułków wynurzyło się kilka cieni jakby tylko czekając na ten moment. Zbliżały się powoli do nieprzytomnej dziewczyny jak hieny, które obawiają się, że ich ofiara jednak się podniesie i zacznie kąsać. Ostrożnie przesuwali kończyny w błocie. Przed nimi jak awatar kroczył dobywający się z nich smród zgniłego ciała. Teraz było w nim jeszcze lubieżne podniecienie możliwością zabawy z żywą, półnagą dziewczyną.
Evenareth pędziła jak szalona po dachach budynków. Kilka razy noga ześlizgnęła się jej niebezpiecznie, nie zwróciła jednak na to nawet uwagi. Słowa Rasty i wewnętrzne przeczucie mówiło jej, że Daire ma poważne kłopty. Do pasji doprowadzała ją myśl, że dziewczyna mogła opuścić pokój i to, że się w ogóle przejmowała kapryśną szlachcianką.
- Na francę murwy, już dawno trzeba było ją zostawić na pierwszym, lepszym skrzyżowaniu!
Zjechała z dachu gospody nogami celując w okno pokoju, które wynajęła. Tak jak się spodziewała pomieszczenie było puste, drzwi na oścież otwarte, w progu chłopak, który je wcześniej obslugiwał czyścił podłogę. Przynajmniej robił to jeszcze parę sekund wcześniej, bo teraz przerażony ze ścierą ociekającą zabrwioną krwią wodą wpatrywał się w Eve.
- Gdzie jest dziewczyna, która ze mną przybyła? - strała się wytłumić emocje w swoim głosie.
- Nie wiem pani. Było zmieszanie, bili się, ja schowałem się w szmatach pod schodami. Kiedy się uspokoiło gospodarz kazał mi zmyć tu krew. - wydukał. - To wszystko na Mestwa! – krzyknął widząc szybkie ruchy wojowniczki w swą stronę.
Ta jednak nie zwracała już na niego uwagi. Zbiegła szybko po schodach i znalazła się przed gospodą.
- Nie mogła daleko uciec – syknęła przez zęby. Pochyliła się nad ziemią. Jej wzrok na szczęście pozwalał jej widzieć więcej niż zwykłemu śmiertelnikowi. Wśród plątaniny śladów w błocie trudno jednak było cokolwiek rozpoznać. Rozejrzała się nerwowo po ulicy. Z jednego z przytoczonych do pasa woreczków wyciągnęła odrobinę proszku kupionego u Rasty. Wraz z klilkoma słowami prostego zaklęcia rozsypała go wokół siebie. Nieduże ślady bosych stóp zajaśniały delikatnie w błocie.
Ze swego ciemnego konta w jadalni taberny obserwował wydarzenia. Widział pijacką awanturę na schodach, szybkie wyroki wydane na przegranych i dziewczynę uciekającą w panice. O ile całość poprzedzających jej ucieczkę wydarzeń nie zrobiła na nim żadnego wrażnia, na jej widok drgnął...
- Daire! Przecież ona nie żyje! Czy to możliwe by spartolono robotę? Co za kretyni nie poradzili sobie z wyrokiem na tę głupiutką pannicę? - Szybko poderwał się ze swego miejsca w pogoń za krewną Arontela. Wydawało mu się, że biegnie za nią, jednak któryś z wybranych zaułków musiał być niewłaściwy. Zatrzymał się i nasłuchiwał przez moment. Cienie poruszały się pod ścianami, między beczkami. Z któregoś domu dobiegł go pijacki śmiech starej lampucery; chwilę później dźwięk przewracanych beczek. Pobiegł w tym kierunku. Instynktowanie chwycił za głownię miecza by sprawdzić czy broń lekko wychodzi.
Kilka metrów przed nim zamajaczyło klika postaci. Z daleka wyglądało jakby ciągnęli jakiś tłumok. Tylko, że ten rzęźił.
Ludzkie monstra ciągnące Daire usłyszały za sobą kroki; w kaprawych oczach błysnął miecz. Wściekły syk wydobył się z bezzębnych warg. Trójka w łachamanch ustawiła się przed swą ofiarą, która teraz porzucona, jęcząca próbowała odczołgać się na bok. Z tyłu pozostał czwarty. To co kiedyś było u niego dłońmi, zaczęło coś formować w powietrzu. Z otworu gębowego teraz oprócz smrodu wydobywała się jeszcze jakaś złośliwa w tonie inkantacja.
Eve podążała śladem zaklęcia. Wybiegając zza zakrętu omal nie wpadła na walczących. W pierwszym momencie nie mogła się zorientować kto właściwie z kim, do kogo powinna się przyłączyć, czy w ogóle do kogoś. Kątem oka zobaczyła Daire zwiniętą pod ścianą. Ważniejsze jednak było to co działo się przed nią. Trzech śmierdzieli w łachmanch, którzy wydawało by się, że nie powinni się w ogóle poruszać, dzięki jakiejś nadludzkiej mocy machali zaciekle jakimś żelastwem atakując tańczącego w błocie z bronią wysokiego mężyczznę. Z tyłu jak wódz nadzorujący swe zwycięskie odziały stał jeszcze jeden, między jego kikutami poruszało się coś znacznie mroczniejszego niż wszystkie cienie tego podłego zaułka.
Nie było sensu dłużej analizować. Miecz lekko wyszedł z pochwy i po chwili zatopił się w boku jednego z walcz ącycyh. Mężyzyna odskoczył od łachamaniarzy zaskoczony niespodziwanymi posiłakmi, nie do końca przekonany, czy za chwilę ten sam miecz nie zatopi się w jego boku. Śmierdziele cofnęły się i zaczęły wydobywać z siebie jakiś piskliwy bełkot.
- Co one robią, na co czekają?
- Wydaje mi się, że się wahają czy warto z nami dalej walczyć. Słyszysz zmienia się inakantacja tego z tyłu. Cofają się. - odpowiedziała Evenareth w szybkiej ocenie sytuacji.
Mrok w zaułku zaczął gęstnieć. Po chwili ciemność przed nimi była tak namaclna, że chyba musieliby ją rozcinać mieczami, by ją przekroczyć. Wojowniczka zaciągnęła się głęboko powietrzem.
- Uciekli.
Mężczyzna nie prówował kwestionować jej oświadczenia. Po prostu schował miecz i podszedł do leżącej pod ścianę Daire.
- Żyje, potrubowana, posniaczona i mocno spanikowana. Najlepiej będzie gdyby mogła parę dni pospać i wypocząć. Pytanie tylko, czy macie te parę dni...
Dziwna intonacja ostatniego zdania przywróciła na twarzy Eve czujność.
- Kim jesteś? Śledzisz nas? Chyba widziałam cię wieczorem w gospodzie? - pośpiesznie wyrzucała z siebie pytania wpatrując się w twarz mężczyzny. Niepokój wzbudziły w niej emocje temu towarzyszące. Jeszcze nie zdarzyło jej się, żeby tak intensywnie wpatrywała się w czyjąś twarz i aż samą wprowadzało ją to w zakłopotanie. Z niechęcią i jakimś nowym lękiem odciągnęła wzrok od niego i spojrzała na leżącą w błocie dziewczynę.
- Pomożesz mi ją zanieść?
- Jestem Farel – uśmiech czaił się w kącikach odrobinę ironicznie wygiętych ust.
Diuna / Sol