Mieszkam w dużym białym domu nad samym morzem i choć wilgotne powietrze nie okazuje najmniejszej litości moim starym kościom, nie zamieniłabym tego miejsca na żadne inne. Okna salonu, pokarbowane drewnianymi żaluzjami, wychodzą prosto na otwartą stalową wodę, rozświetlaną od czasu do czasu białymi rożkami żaglówek.
Zapach morza przeniknął na dobre ściany domu, myślę, że w równym stopniu moją skórę i włosy, a sól pokrywająca schody werandy taką samą warstwą oblepia moje ciało. Szum fal usypia mnie i budzi tym samym pomrukiem już od ponad piętnastu lat samotnego życia. Towarzyszył mi też przez pierwszych dwadzieścia, gdy dorastałam w miasteczku nadmorskim Seaport i przez kolejnych trzydzieści, gdy wraz z mężem wprowadziliśmy się tutaj, odremontowaliśmy rozpadającą się, drewnianą ruderę i cieszyliśmy spokojem, aż do dnia, gdy mój Tom umarł. Zostałam sama w skrzypiącym, pustym domu, w którym nigdy nie zdążyły pojawić się dzieci.
Czasem czuję ogromny żal do morza, że nie opłakuje Toma razem ze mną. Szumi i grzmi tak samo jak przed jego śmiercią, tak samo będzie śpiewać po mojej.
Piętnaście lat samotności uczyniło mnie dość twardą i samowystarczalną, by nie przejmować się narastającą powoli wokół mojej osoby legendą. Ludzie z miasteczka uznali mnie i zaakceptowali jako swoją lokalną dziwaczkę, ubarwiającą turystyczny krajobraz i w sam raz do straszenia niesfornych pociech. Faktycznie, mogłam budzić niejaki lęk i nie będę zaprzeczać, że reakcje, jakie wywoływałam w najbardziej nawet rozbrykanych tubylczych łobuzach, którzy cichli, gdy tylko pojawiałam się na horyzoncie, sprawiały mi pewną przyjemność. Cóż, jeśli dużo bardziej bolały, ale w tamtych czasach byłam zbyt zgorzkniała i dumna, by przyznać się sama przed sobą do jakiegokolwiek cierpienia.
Wczesnym świtem i wieczorami wychodziłam na długie spacery po plaży, łopocząc starym sztormiakiem po Tomie. Zupełnie białe włosy, niegdyś gęste i czarne, rozpuszczałam luźno, nigdy się nie uśmiechałam i nie zwracałam na nikogo najmniejszej uwagi. Weranda mojego domu regularnie zasypywana była czarnymi wodorostami, a poręcz schodów stała się miernikiem odwagi co śmielszych wyrostków. Ileż to razy obserwowałam z okna kuchni, jak kolejny opalony na brąz smyk w kąpielówkach dopada zziajany pierwszego stopnia, zaklepuje go z hukiem, rzuca na deski garść mokrych, oślizłych włókien i nie oglądając się, pędzi z powrotem za skałę, gdzie czekają jego nie mniej przejęci koledzy.
Właściwie nie wiem, skąd wzięły się te wszystkie brednie na mój temat. Przecież powodem nie mogło być moje prawie piętnastoletnie milczenie, to, że kontakt utrzymywałam jedynie z dostarczycielem zakupów z miasteczka, który przynosił mi również rachunki, że od piętnastu lat nie pojawiłam się w kościele, ani w banku, czy na corocznym Festiwalu Muszli. Krążyły słuchy, że utopiłam Toma w morzu i zakopałam jego zwłoki pod schodami werandy, chociaż prawie połowa Seaport była na jego pogrzebie. Mówiono, że żywię się wyłącznie gulaszem z wodorostów, od czasu do czasu zaś lubię przekąsić sobie garść kamieni, zapijając je sokiem ze ślimaków. Czy istnieje na świecie staruszka zdolna gryźć kamienie?
Nazywam się Rose Jennings, ale ta historia nie mówi wcale o mnie. Opowiem wam o Jemie, dziesięcioletnim chłopcu w niebieskich tenisówkach.
Pierwszy raz zobaczyłam Jema, gdy szedł pustą plażą, ciągnąc za sobą wyłowiony z morza korzeń. Kluczył między falami, a te zalewały i doszczętnie niszczyły rysowaną z mozołem linię i drobne punkciki po dziecięcych stopach. Szedł z opuszczoną głową, powoli, jakby w wielkim zamyśleniu i podglądając go przez kuchenne okno, uświadomiłam sobie, że jest pierwszym dzieciakiem od bardzo dawna, który nie mija mego domu w dzikim pędzie.
Oczywiście był tu nowy. Widziałam jak wprowadzał się wraz z rodzicami do jednego z tych dużych domów letniskowych za skałami, wynajmowanych przez bogaczy na czas wakacji. Być może jeszcze nie został wtajemniczony w reguły rządzące plażą z najważniejszą, dotyczącą omijania łukiem białego domu pod Skarpą Mogwana, wraz z jego nawiedzoną mieszkanką. A może chodziło o jakąś nową próbę odwagi...
Odstawiłam na stół szklankę z mrożoną herbatą, zarzuciłam na ramiona ciepły, wełniany szal i stanęłam w progu otwartych drzwi. Zazwyczaj już samo to łamało nawet najtwardszych, więc zdziwiłam się szczerze, widząc, że smarkacz ani myśli uciekać. Zobaczył mnie, to pewne, bo zatrzymał się na chwilę, obrzucił mój kawałek plaży zupełnie obojętnym spojrzeniem, pomachał do mnie i powlókł się dalej.
Na nogach miał niebieskie tenisówki i jakby na złość matce, topił je zawzięcie w słonej wodzie.
Następne nasze spotkanie odbyło się w podobnie spokojnej atmosferze. Jak co dnia, pod wieczór wyszłam na spacer brzegiem plaży. Wiało dzisiaj mocniej niż zwykle, morze szumiało gniewnie, więc założyłam sztormiak po Tomie i wysokie rybackie buty. Nigdy nie chodziłam daleko, co najwyżej do pierwszego załomu skarpy, bo dalej rozciągała się już publiczna plaża, zazwyczaj, nawet w tak chłodny dzień jak tamten, pełna turystów.
Zdjęłam gumiaki, stanęłam po kostki w wodzie i z zamkniętymi oczami wystawiłam twarz na razy wiatru. Szarpane niemiłosiernie włosy cięły mnie po szyi, a łopotanie płaszcza mieszało się z przeciągłym mruczeniem fal. Spojrzałam wzdłuż lśniącej linii zalewanego piasku i zamarłam zdumiona. Całkiem niedaleko siedział malec w niebieskich tenisówkach i bawił się przetaczaniem okrągłych kamyków. Podeszłam bliżej, pewna, że zerwie się i umknie jak spłoszony wróbel, ale dzieciak nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Kamyki ułożył w skomplikowany tor przeszkód, po którym śmigał zdezorientowany, czarny żuk. Podniosłam wzrok i napotkałam spojrzenie jasnoniebieskich oczu pod brązową grzywką. Gdy z powrotem popatrzyłam na piasek, nie było na nim nic, prócz garści kamieni.
Za trzecim razem polubiłam smarkacza.
Zbliżał się wieczór, więc po skromnej kolacji wyciągnęłam z dna szuflady pęk starych listów, które zamierzyłam sobie przejrzeć. Tom pracował na rybackim kutrze i często wypływał daleko wzdłuż wschodniego wybrzeża, a z każdego napotkanego po drodze portu wysyłał mi długie, pełne drobnych i gęstych bazgrołów listy. Czekałam na nie z utęsknieniem. Teraz w chłodne, samotne wieczory były mi wielką pociechą, bo cóż innego może robić stary człowiek, jeśli nie rozpamiętywać bez końca przeszłości?
Założyłam okulary i opatuliwszy się szczelniej szalem, rozwiązałam kremową tasiemkę. Szare prostokąty rozsypały się z szumem po stole, ale wkrótce dołączył do nich jeszcze inny szelest. Spojrzałam w górę, gdyż stamtąd dochodził, po czym westchnęłam rozdrażniona i wyszłam na zewnątrz.
Kilka miesięcy przed śmiercią Toma strzęp rybackiej sieci zerwał się z suszarni przed domem i porwany wiatrem zawisł na szczycie ganku. Tom planował go usunąć, ale zabroniłam mu wspinaczki po drabinie i nadstawiania karku. W rezultacie, kilka razy w tygodniu długim kijem zakończonym metalowym hakiem uwalniałam z pułapki zaplątane pechowo ptaki. Zazwyczaj były to mewy, potargane jak białe astry, obwieszczające swe nieszczęście skrzekliwym wrzaskiem.
Wieczór był już dość chłodny. Niebo mocno pociemniało, mieszając się z szarością morza, jednak w oddali migały jeszcze czarne przecinki spacerowiczów. Mewa nie ruszała się. Zmęczona oklapła z rozpostartymi skrzydłami, straciła na dodatek wiele piór, które wiatr przetaczał teraz po zardzewiałej dachówce i mokrym piasku. Zaczepiłam hakiem o oczko sieci i uniosłam do góry, ale uwolniony ptak wcale nie odleciał, staczając się zamiast tego po pochyłości i spadając tuż u moich stóp. Pochyliłam się nad nim z troską, oglądając połamane skrzydła.
- Za mocno się szamotała - usłyszałam nad sobą, a zobaczywszy obok parę niebieskich butów, pokiwałam tylko głową. Malec kucnął blisko, wystawiając kościste kolana i dotknął delikatnie mewiego łebka. - Chyba jest już bardzo stara, prawda? Jaki ma poharatany dziób. I ta blizna pod okiem... Wygląda jak prawdziwy mewi pirat.
Podniosłam wzrok, ale chłopiec wpatrywał się uważnie w nieruchome zwierze. Ładny dzieciak o regularnych rysach twarzy, pięknej linii brwi i poważnych oczach. Wiatr przetaczał po zaczerwienionym od słońca czole nierówno obciętą grzywkę i bawił się rękawami zielonej koszulki. Po chwili mały podniósł wzrok i uraczył mnie wesołym, szczerbatym uśmiechem. Zamrugałam zaskoczona i zareagowałam trochę wbrew sobie, parskając cicho, zaraz jednak pokryłam tę chwilę słabości udawanym kaszlem. Chłopiec przekrzywił tylko głowę i przyjrzał mi się, poważniejąc nagle.
- Musi pani pić dużo oleju - oświadczył i wyprostował się szybko. - Powinienem już wracać, bo mama czeka na mnie z kolacją. Nazywam się Jem i bardzo podoba mi się pani dom. Przyjdę jutro.
Pomachał mi i puścił się pędem przez plażę. Mokry piasek strzelał spod podeszew tenisówek, a ciemniejąca z każdą chwilą drobna figurka wkrótce rozpłynęła się zupełnie w mroku.
Coś musnęło moją dłoń. Spojrzałam na mewę, która stała teraz na obu nóżkach i zawzięcie trzepotała skrzydłami. Po chwili zrobiła do przodu kilka kroków, odbiła się lekko od ziemi i znikła za krawędzią dachu. Więc jednak musiała tylko odpocząć, choć dałabym głowę, że z jej skrzydłami było coś nie w porządku. I kto słyszał o mewie, która sprząta po sobie zgubione pióra. Na mokrym piasku nie pozostało ani jedno.
Od tamtej pory Jem przychodził do mnie codziennie. Siadywaliśmy razem na stopniach werandy i wypatrywaliśmy burzących linię horyzontu znaczków odległych łódek. Czasem pojawiał się sunący leniwie statek pasażerski lub rybacki kuter, błyskając do na zza setek mil mokrą od fal burtą.
Jemowi nawet na chwilę nie zamykała się buzia. Opowiadał mi rodzicach, którzy wcale nie byli jego prawdziwymi rodzicami. Dowiedział się o tym przypadkiem, niechcący podsłuchawszy rozmowę ojca z nauczycielką z jego starej szkoły w Baltimore. Jak sam twierdził nie była to najlepsza wiadomość. Z drugiej jednak strony nie sprawiało mu większej różnicy, kto jest jego prawdziwym mamą i tatą, skoro on znał tylko swoich, Lilly i Boba Treatwoodów. Lilly, jak mówił, dobijała go czasem swoją nadmierną troską, ale Bob był zupełnie w porządku.
Mógł przecież trafić znacznie gorzej. Mogła go adoptować rodzina sadystycznych psychopatów, którzy karmiliby go wyłącznie surową rzepą, trzymali w szafie i bili codziennie rowerowym łańcuchem. Mogli go adoptować rodzice Axela, największego wroga Jema w szkole.
Jem często dostawał wycisk. Był niewysoki, zbyt poważny jak na swój wiek, zazwyczaj trzymał się z boku, więc w szkolnej hierarchii jednoznacznie zaliczał się do dziwaków. Był mały, to fakt, nawet ja dałam się zmylić, oceniając go na jakieś siedem, osiem lat, gdy w rzeczywistości skończył już dziesięć, a słuchając jego niekończących się, bezpretensjonalnych, niekiedy zaś po dorosłemu cynicznych wywodów byłam skłonna dorzucić mu dziesięć kolejnych.
Nie miał tu przyjaciół, nie znajdując ich w wśród rozwrzeszczanej nadmorskiej dzieciarni, całymi dniami ganiającej w porcie, lub na plaży wywrzaskującej bezsensowne wyzwania falom. Nie podobały mu się też historie dotyczące białego domu i jego zwariowanej mieszkanki, w które to brednie nie wierzył ani trochę, odkąd zobaczył mnie pewnego dnia, spacerującą samotnie po piasku. Spojrzałam mu pytająco w oczy, a on w lot zrozumiał, czego chcę się dowiedzieć. Dodał więc, że na mój widok nie poczuł wcale lęku. Bardzo chciałam wiedzieć, co poczuł w takim razie, ale najwyraźniej uznał, że to wyjaśnia wszystko. W pewnym sensie tak właśnie było.
Zadziwiające, jak łatwo odgadywał moje myśli, artykułując je bez trudu za mnie, gdyż nadal nie odezwałam się ani słowem. Nie to, że nie chciałam nic powiedzieć, jednak przyzwyczajenie jest niekiedy silniejsze od woli. Milczałam prawie piętnaście lat, teraz, kiedy wreszcie poczułam coś na kształt chęci ubrania myśli w słowa, wargi nie chciały mnie słuchać, nieme i uparte jak w transie.
Czasem myślę, że Jem traktował mnie trochę jak jedno z niezliczonej ilości przygarniętych przez siebie zwierząt, okaleczonych ptaków, bezdomnych kotów i bezpańskich psów. Żadne z nich nie było specjalnie rozmowne, więc i mój przypadek nie stanowił dla niego wielkiego problemu. Byłam mewim piratem, osobliwą staruszką w sztormiaku i smutkiem w pozornie nieugiętym spojrzeniu.
Któregoś dnia wydobyłam z dna komody pleciony hamak, w którym Tom zwykł się wylegiwać w porach popołudniowej sjesty. Rozwiesiłam go na dawnym miejscu pomiędzy dwoma słupami podpierającymi dach werandy i cieszyłam się szczerym zachwytem Jema. Twierdził, że jeszcze nigdy nie leżał w hamaku i nie wyobrażał sobie nawet, jakie to przyjemne. Usnął w nim z jedną nogą przewieszoną przez krawędź, więc wyciągnęłam na zewnątrz bujany fotel, w którym zamierzałam pełnić przy chłopcu wartę. Niebieska tenisówka kołysała się lekko nad podłogą, a z wnętrza hamaku dochodziło równomierne posapywanie.
Czy gdybym miała syna, byłby podobny do Jema? Czy gdybyśmy mieli z Tomem dzieci, stałabym się tym, czym jestem teraz? Skoro tak bardzo brakuje mi dziecka, dlaczego stałam się ich postrachem? A może to jest właśnie odpowiedź...
Jem obudził się tamtego dnia z urywanym krzykiem. Mokre włosy lepiły mu się do spoconego czoła, a oczy błyszczały jak w gorączce.
- Znów tu są... - szeptał, wpatrując się we mnie z napięciem. - Idą po mnie. Kiedyś znajdą taką chwilę, kiedy nikt nie będzie patrzył i złapią mnie...
Odgarnęłam mu z czoła włosy w nadziei, że to wystarczająco pocieszający gest. Nie dla Jema. Wygramolił się z hamaka i ani się obejrzałam, a siedział mi już na kolanach, tuląc się jak przerażony królik. Trząsł się cały, więc objęłam z wahaniem szczupłe barki i zaczęłam kołysać go powoli, aż wreszcie urywany oddech wyrównał się, a zaciśnięte na moich dłoniach dziecięce palce przestały drzeć ją paznokciami. Miałam potem czerwone szramy przez wiele dni, ale były niczym w porównaniu z lękiem, jaki wywołał we mnie ten gwałtowny wybuch. Co mogło przyśnić się dziesięcioletniemu dziecku, by objawić się taką reakcją? Nigdy o tym później nie wspominał, bezwstydnie wykorzystując fakt, że przecież nie mogłam spytać.
Pewnego popołudnia wróciliśmy do domu z szczególnie długiego spaceru z kieszeniami wypchanymi dziwacznymi muszlami i kilogramami kamieni. Jem ścigał się z falami, rozpryskując kaskady kropel, ale dopiero w domu zauważyłam, że zarówno buty, jak i spodnie i koszulkę ma zupełnie suche. Ubranie mogło trochę podeschnąć w drodze przez wydmy, ale tenisówki powinny jeszcze długo stać w słońcu na poręczy schodów.
Siedzieliśmy wtedy na stopniach, podziwiając rozłożone na deskach znaleziska i popijając ze szklanek mrożoną herbatę. Ujęłam jedną z jego chudych, brązowych kostek i uniosłam do góry, ze zdumieniem przyglądając się zupełnie suchemu butowi. Jem, podobnie jak przedtem, zignorował moje nieme pytanie, ale od tej pory, ilekroć wracaliśmy znad morza, jego buty ociekały wodą, przybierając głęboki, ciemnogranatowy kolor.
Oczywiście nadal łowiliśmy niechcący mewy. Za każdym razem Jem wyciągał z komórki starą, drewnianą drabinę, opierał ją o ścianę ganku i zwinnie jak małpka ruszał nieszczęsnym ptakom na ratunek. Stałam wtedy na dole, asekurując go z troską, a on najdelikatniej jak potrafił odwijał mewę z warstw sieci, jakby obierał z liści kukurydzę. Później rozlegał się gwałtowny trzepot skrzydeł, a Jem wracał do mnie uśmiechnięty i pełen dziecięcej dumy.
Tym trudniej było mi ukoić jego smutek, gdy pewnego razu zniósł z dachu martwego ptaka, tuląc go w chudych ramionach. Mewa była już bardzo stara, szare upierzenie dawno straciło gładkość i blask, a z otwartego dzioba wysuwał się czarny już język. Widocznie była zbyt słaba, by wyjść cało z pułapki. Może nie wytrzymało ptasie serce, albo zwyczajnie udusiła się wpychając na wpół ślepą głowę w za ciasne oczko sieci.
Dla Jema jednak nie istniało wystarczająco dobre wyjaśnienie. Usiadł z mewą na schodkach, kuląc się i odsuwając za każdym razem, gdy próbowałam pogłaskać go po zmierzwionej czuprynie. Zostawiłam go więc samego z martwym ptakiem, a nie wiedząc, jak długo zamierza tak siedzieć, wyniosłam mu na ganek talerz z kolacją, a ciągle drgające plecy okryłam ciepłym kocem. Gdy zbliżała się pora, kiedy powinien wyruszyć do domu, by nie wzbudzić niepokoju rodziców, usiadłam obok i pokazałam mu zegarek. Kiwnął głową. Nie płakał już, ale policzki wciąż miał mokre, a rzęsy posklejane wodą równie słoną, co morska...
Zakopaliśmy mewę za domem w milczeniu i wielkiej powadze. Gdy później odprowadzałam go w kierunku letniskowych domków, przed samym załomem skarpy zatrzymał się nagle w miejscu. Popatrzył na mnie z dołu, przełykając spazmatycznie ślinę.
- Nie wiem, co mi się stało... - wydusił wreszcie - ...ale zrobiło mi się tak smutno. Tak strasznie smutno, Rose. Teraz myślę, że to wcale nie chodziło o mewę... Wcale nie o nią.
Pokręcił smętnie głowa i powlókł się dalej, zostawiając mnie jeszcze bardziej zdezorientowaną, niż przedtem.
Nazajutrz, usłyszawszy od strony drzwi cichutkie, nieśmiałe pukanie, podskoczyłam jak od wybuchu bomby. Rzadko kto do mnie pukał, szczerze mówiąc nikt, poza dostarczycielem paczek z Seaport, ale on walił zawsze w drzwi, jakbym była zupełnie głucha.
Otworzyłam ostrożnie i zmierzyłam stojącą na schodach kobietę wzrokiem dostatecznie nieprzyjaznym, by zniechęcić każdego nieproszonego gościa. Jednak drobna, ładna brunetka nie nabrała się wcale na moje sztuczki.
- Dzień dobry. Pani Rose, prawda? - spytała, wyciągając w moim kierunku dłoń. - Nazywam się Lilly Treatwood, jestem mamą Jema.
Potrząsnęła moją ręką, przytrzymując ją na chwilę w dłuższym uścisku
- Jem leży w łóżku z gorączką. Chyba się przeziębił. Bardzo prosił, bym powiadomiła panią, że nie będzie mógł dzisiaj przyjść.
Przez chwilę spodziewałam się, że naskoczy na mnie z wymówkami zaniepokojonego rodzica, bo przecież przyjaźń dziesięciolatka ze zwariowaną, posądzaną o utopienie własnego męża staruszką mogła budzić słuszną obawę. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Lilly Treatwood podziękowała mi za opiekę nad chłopcem i przeprosiła za jego niekiedy rozbrykane i nieprzewidywalne zachowanie. Potrząsnęłam głową, dając jej do zrozumienia, że wcale mi to nie przeszkadza, a wtedy wyciągnęła z kieszeni białą kopertę i wręczyła mi ją z uroczystą miną.
- Jem siedział nad tym całe przedpołudnie, odkąd powiedziałam mu, że nigdzie dzisiaj nie wyjdzie - przekrzywiła głowę i patrząc na mnie z uśmiechem, dodała. - Może przyszłaby pani do nas na kolację? Jem mówi tylko o pani, bardzo by się ucieszył.
Potrząsnęłam głową powtórnie, więc nie naciskała więcej. Pożegnała się uprzejmie i ruszyła do domu, a przed samą skarpą, w tym samym miejscu, gdzie wczoraj rozstałam się z jej synem, odwróciła się jeszcze i pomachała mi wesoło.
Rzeczywiście Jem mógł trafić gorzej.
List Jema był równie długi, jak on sam gadatliwy, jakby chciał zawrzeć w nim wszystkie słowa, których nie będzie mógł powiedzieć osobiście. Koślawe dziecięce pismo, nasmarowane zieloną kredką biegło po białej kartce z bloku w wesołych zygzakach. Pisał, że bardzo boli go głowa i że raczej nie jest to przeziębienie, gdyż chorował na to niedawno i czuł się wtedy zupełnie inaczej. Nie mówił nic mamie, by jej jeszcze bardziej nie martwić. Obiecywał wpaść za kilka dni i pokazać mi kawałek prawdziwego meteorytu, który ojciec przewiózł mu ostatnio z zagranicy. Dalej następowała lista czynności, które będziemy robić, gdy poczuje się lepiej. Najważniejszy był od dawna planowany remont werandy, łącznie z pokryciem jej świeżą, białą farbą. Trzeba też będzie wreszcie rozprawić się z tą nieszczęsną siecią, by nie czyhała więcej na pechowe mewy.
Dalej pojawiły się uwagi o morzu, które z okna pokoju Jema wcale nie wyglądało tak ładnie jak z mojej kuchni, o rodzicach, starej szkole, do której wróci, gdy skończą się wakacje. Wreszcie uznał, że opowie mi o swoich zwierzakach, którymi opiekował się w Baltimore.
Wspomnienia o kotach, psach, myszach, ślimakach, wróblach, nawet jednym raku, zaczęły się wkrótce mieszać z niespodziewanymi wzmiankami o dziwnych "czarnych snach". Najwyraźniej postanowił w końcu odsłonić część prawdy o dręczonych go nocami koszmarach, pełnych wysokich postaci bez twarzy, lub takich, których rysy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Czasem pochylały się nad Jemem z wielką lupą i strzykawką.
Gdy przeczytałam, że ostatnio wydaje mu się, że widzi je nawet w dzień, majaczące na krawędzi wzgórza, czasem po drugiej stronie ulicy w miasteczku, lub za półką w sklepie, zrozumiałam, że słowa te mogą być wynikiem działania gorączki na nadmiernie rozwiniętą dziecięcą wyobraźnię. Jednak czytałam je ze ściśniętym gardłem i lękiem, jakiego nie odczuwałam chyba od śmierci Toma.
Na końcu listu znalazłam rozpisane metodycznie w punktach polecenia. Zgodnie z nimi wyrzuciłam na blat stołu przeoczoną wcześniej zawartość koperty. Była to mała, niepozorna muszelka, którą dałam kiedyś Jemowi. Następne polecenie nakazywało cierpliwie czekać.
Nawet nie czekałam długo. Po pewnym czasie muszelka drgnęła, a później stanęła pionowo na karbowanej faliście krawędzi. Odsunęłam się gwałtownie do tyłu, ale nie spuszczałam jej z oczu. Wypłowiała od słońca skorupka zawirowała, przechyliła się na bok i pomachała mi jaśniejszym brzuszkiem. Później popędziła wśród rozstawionych szklanek i talerzy, zatrzymując się tuż nad krawędzią stołu. Zawróciła i pomknęła z powrotem, kręcąc się jak dziecięcy bąk.
Patrzyłam na to przedstawienie z bijącym szybko sercem, ale też z zupełnie nieświadomym, szerokim uśmiechem. Przypomniał mi się Jem siedzący na piasku i bawiący się czarnym żukiem. Podobnie jak muszelka, mały owad śmigał wśród przeszkód, ale teraz nie byłam już taka pewna, czy rzeczywiście był to żuk. Przecież później widziałam tam jedynie garść plażowych kamieni. Kamienie i muszle... Niebieskie tenisówki zawsze suche i jasne, fale cofające się przed brązowymi dziecięcymi stopami... Mewa o połamanych skrzydłach na tle szarego nieba... Druga, zbyt stara, by jej pomóc. Dziwaczka Rose śmiejąca się w głos z niezgrabnych fikołków dziecka na piasku... Muszla tańcząca na stole...
Nigdy więcej nie zobaczyłam Jema.
Świt następnego dnia przywitał mnie przeciągłym wyciem strażackiej syreny. Wybiegłam przed dom w samej koszuli, nie zważając na mroźny poranek i kłujący wiatr od morza. Znad skarpy, w miejscu, gdzie stały letniskowe domy, bił w niebo czarny słup dymu, rozświetlony od spodu obrzydliwie czerwoną łuną ognia. Jak dowiedziałam się z gazety, którą listonosz przyniósł mi nazajutrz, dom Treatwoodów spłonął doszczętnie, ale już wtedy, patrząc na smoliste kłęby, wiedziałam, że wszystko skończone.
Leżąc na piasku z głową wciśniętą w ramiona marzyłam o głuchocie. Modliłam się, by syreny przestały wreszcie jęczeć i płakałam po raz pierwszy od śmierci Toma, zaznając najgorszego z odcieni miłości matki do dziecka - bólu po jego stracie. Opamiętanie przyszło wraz z artykułem w gazecie, z którego wynikało, że wśród zgliszczy znaleziono jedynie szczątki dwójki dorosłych ludzi. Ani śladu chłopca.
W następnych dniach przypomniały sobie o mnie władze miasta. Do mojego domu zawitało dwóch policjantów w towarzystwie detektywa, który zajmował się sprawą śmierci Treatwodów i zniknięcia ich syna. Milczałam jak zwykle i nawet, jeśli byłam o cokolwiek podejrzana, śledztwo szybko umorzono z braku śladów jakiejkolwiek zbrodni. Przypuszczano, że wszystkiemu winna była stara i wadliwa instalacja elektryczna, a Jem, przestraszony pożarem uciekł w stronę morza i pewnie utopił się w jego falach. Poszukiwania przeniosły się dalej wzdłuż wschodniego wybrzeża, wkrótce cała historie straciła na aktualności, a sensacja wygasła. Jem zniknął i chyba tylko ja wiedziałam, że upomniały się o niego "czarne sny".
Od tamtej pory wiele zmieniło się w moim życiu.
Pewnego dnia, przeglądając po raz tysięczny list od Jema, zwróciłam uwagę na opisywany przez niego przypadek pewnego raka. Zwierzak wpełzł do szklanego słoja i tak zaplątał się we własne szczypce i odnóża, że nie potrafił już wyjść na zewnątrz. Jem długo głowił się nad jego uwolnieniem, tak by nie wyrządzić mu przy tym krzywdy, wreszcie zwędził mamie z kuchni butelkę oleju i polawszy nim raka, przekręcił słoik do góry dnem. Nieszczęsne zwierze wypadło na ziemię i bez znaku wdzięczności skryło pospiesznie w wysokiej trawie.
Wyobrażając sobie lśniący od oleju raczy pancerz, widziałam roześmiane oczy Jema, a potem z głębi wspomnień wypłynęły jego słowa, które wypowiedział w trakcie naszego drugiego spotkania...
Tego dnia wielu mieszkańców miasteczka wprawiłam w osłupienie, krocząc szybko główną ulicą Seaport w zgrabnym kostiumiku, którego nie miałam na sobie od pogrzebu Toma, elegancko uczesana, nawet w leciutkim makijażu. Lekarz, który kiedyś zajmował się moim umierającym mężem, został zaszczycony pierwszym zdaniem, jakie wypowiedziałam od piętnastu lat. Schrypniętym, rzężącym jak niesprawny silnik głosem poprosiłam go, by mnie zbadał.
Za drugą wizytą, siedząc na kozetce w jego gabinecie czułam wyłącznie spokój, wynikający z absolutnej pewności, co do wyników. Twarz biednego dr Lellarda była dużo mniej spokojna.
Guz rozwinął się w płucach, nie zdążył jednak osiągnąć postaci na tyle złośliwej, by nie można sobie było z nim poradzić. Czekam więc na operacje. Nie boję się już niczego. Jestem stara, ale nadal mam swój dom, werandę, która jednak nigdy nie zostanie odremontowana, pęk starych listów od męża i jeden od dziecka, które było jedynym, jakie miałam. Dołączy do nich wkrótce także ta historia, spisywana właśnie na stole w kuchni w przy świetle małej lampki. W radio czaruje rzewny głos Dona Persivala w ulubionej piosence Toma "One more kiss, dear", a w piekarniku różowieją francuskie ciastka, którymi poczęstuję jutro odwiedzającą mnie regularnie siostrę Florę.
Obok na blacie, tuż przy kartce papeterii wiruje w tańcu jasna muszelka. Kręci się tak odkąd zaczęła, od pewnego czasu podryguje nawet w rytm muzyki.
Jestem już stara, jeśli operacja się nie uda i przyjdą dni pełne bólu, postaram się umrzeć szybko. Nie przejmuję się tym, że nikt nie będzie po mnie płakał. Wystarczą mi łzy Jema, kiedy w martwej mewie widział martwą Rose. Samotna, zwariowana Rose, opłakana za życia...
Gdy umrę, znów spotkam się z Tomem. Razem jeszcze długo poczekamy na Jema, gdziekolwiek jest teraz, podobnie jak mała muszla jeszcze długo będzie żłobić drewniany blat mojego stołu.
Aha!
Dziś rano silny podmuch wiatru zerwał z dachu tę przeklętą sieć. Rzucił ją w morze i myślę, że bez niej mój dom wygląda dużo ładniej.
Julie