CZERWONY DIAMENT

(fragment: rozdział ósmy i dziewiąty)

OSIEM
Obudzili się o świcie. Słońce prześwitywało przez korony drzew pokryte poranną rosą. Było dość chłodno i wilgotno. Fauna dopiero zaczynała się budzić i tylko czasami można było dosłyszeć cykanie świerszczy czy bzykanie pszczół.
Roan tylko otworzył oczy i zapatrzył się w chmury toczące się wolno po niebie. Usłyszał stękanie Heltrigha, więc odwrócił głowę. Zobaczył Fonkina, który właśnie wstawał i ojca, który szarpał się ze swoim posłanie, które było przybite do ziemi ogromnymi gwoździami! Roan sądził, że łby miały tak duże jak zaciśnięte krasnoludzkie pięści! Najgorsze było to, że Heltrigh był zaciśnięty. Pewnie czuł się, jakby był zawinięty w dywan. Chłopiec chciał pomóc ojcu, więc postanowił podnieść się z ziemi. Jednak on także nie mógł się ruszyć. Zaczął się szarpać, jednak ręce miał uwięzione i miał także bardzo ograniczoną swobodę ruchu. Praktycznie w ogóle nie mógł się poruszyć. Zobaczył, jak kąciki ust gnoma uniosły się lekko, ale po chwili zrobił wielkie oczy i zaczął im pomagać. Jednak jego małe ręce nie mogły nic poradzić wielkim gwoździom, a w zasadzie ogromnym śledziom. Nie mógł też im pomóc w oswobodzeniu rąk, gdyż byli tak ciasno owinięci kocami, że słaby gnom nic nie mógł na to poradzić.
Nagle Heltrigh przestał się ruszać. Roan w zaciekawieniu także zaprzestał szarpaniny. Tylko Fonkin biegał między nimi, niezdarnie próbując cokolwiek zrobić. Ku wielkiemu zdziwieniu chłopca ogromne śledzie, którymi było przybite posłanie Heltrigha, zafalowały, a potem całkiem zniknęły, zastąpione grubymi belkami po obu jego stronach. Niedługo potem tak samo stało się z gwoździami Roana, po czym Heltrigh rzekł:
- Gnomie, pokonaliśmy twoją iluzję. Koniec żartów. Nie udało ci się.
Gnom przez chwilę patrzył się beznamiętnie, wodząc wzrokiem od ojca do syna, po czym nagle zaniósł się głośnym, dziecięcym śmiechem.
- Ha, ha! Ale mieliście miny! Mogłem wam tam dżdżownice wpuścić albo węża! Byłoby ciekawiej. Ha, ha! Że niby żart mi nie wyszedł powiadasz? Nie wyszedł?! Udał się jak nigdy! Mieliście miny jakby was nakryto bez portek w żeńskiej łaźni. Ha, ha! A to dobre!
Cały czas śmiejąc się, podszedł do ludzi i kopnął po jednej belce. Wstali natychmiast i popatrzyli się urażonym wzrokiem na gnoma. Konus podniósł wzrok na nich i jego oczy przybrały wyraz niewinnego dzieciątka.
- Ech, nieokrzesany dzieciuch – westchnął po chwili Heltrigh, odwracając się na pięcie.
Roan poszedł w ślad za nim i zaczął zwijać posłanie. Jego ojciec począł robić to samo, a także Fonkin chciał się do tego zabrać, więc zaczął iść do swojego posłania. Gdy przechodził obok Heltrigha ten odwrócił się błyskawicznie i wskazując na niego palcem powiedział zachrypłym głosem:
- Albo jedziesz z nami jako giermek i czyścisz nam buty albo przecinamy ci wszystkie ścięgna i wieszamy na drzewie, żeby cię kruki zjadły.
Gnom zaczął się cofać przed oskarżycielskim palcem, a Roan na te słowa odwrócił się szybko i przestraszonym wzrokiem zaczął wodzić od ojca do gnoma. Fonkin cofał się, cofał, i cofał, aż wreszcie przywalił plecami w drzewo. Zaczął szybciej oddychać, oczy rozszerzyły mu się jeszcze bardziej ze strachu, a Heltrigh nadal wbijał w niego straszny wzrok.
- Panie… - wyjąkał gnom.
Nastała chwila milczenia, którą przerwał niespodziewany śmiech. Oskarżycielski palec zachwiał się, aż w końcu opadł, a Heltrigh złapał się za brzuch, padł na ziemię i zaczął śmiać się. Roan jeszcze nie widział go w takim stanie. Śmiał się do rozpuku, ze śmiechu nawet się rozpłakał, a przy tym tarzał się po ziemi jak opętany. Chłopiec i gnom patrzyli na to zjawisko niedowierzającym wzrokiem, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Wreszcie Heltrigh podniósł się i wciąż cicho podśmiechując, powiedział do gnoma:
- Dobra, możesz z nami jechać. Ale miałeś minę! Jakby ci ktoś do portek węża wpuścił! Ha, ha! – po czym poklepał konusa po ramieniu i poszedł czynić przygotowania do podróży.
Fonkin najpierw patrzył się zdumiony i – podobnie jak Roan – nie wiedział co ze sobą począć, a potem skrzyżował ręce na piersi i zaczął coś mruczeć obrażonym tonem. Roan już się rozluźnił. Jeszcze nie miałem takiego poranka, pomyślał. Ciekawe jak zareaguje na to Ignistar. I wtem z przerażeniem zauważył, że nigdzie nie ma jego smoka! Nie wyczuwał jego myśli, zaczął się kręcić, chcąc sprawdzić, czy nie ukrywa się, gdzieś w zaroślach. Niczego nie dostrzegł. Żadnych ruchów, żadnych czerwonych łusek ani skrzydeł. Nic. Pustka. Zrobiło mu się słabo. Nie mógł nawet krzyknąć do swojego ojca, chociaż we wnętrzu wszystko mu się rwało z krzyku i rozpaczy. Przepadł, przepadł!, krzyczał sam do siebie. Poczuł, że zaraz straci przytomność.
- Ignistarze! – zawołał po raz ostatni.
I nagle oczy zasnuła mu ciemność.

Obudził go dotyk w policzek. Jednak nie dotyk ręki. To było coś innego. Lekko ostre, trochę zakrzywione. Jakby dziób, pomyślał Roan. Nie, to nie dziób. To pysk. Pysk smoka. Szybko otworzył oczy i rozejrzał się dookoła.
Leżał na długim łóżku, przykryty białą kołdrą. Pokój był nieduży, lecz przestronny i jasny. W powietrzu unosił się zapach przypraw, a z tyłu słychać było stłumione odgłosy ulicy. Naprzeciw niego stała solidna dębowa szafa. Poranne światło wpadające przez duże okno za jego plecami rzucało urokliwe cienie na jej piękne zdobienia. Po prawej stronie zobaczył drewniane drzwi z mosiężną klamką i niedużą dębową komódkę z trzema podłużnymi szufladami. Po jego lewicy, tuż przy łóżku, stała mała szafeczka, także z dębiny, a pod ścianą zobaczył spore owalne lustro. Przekręcił się na bok i spoglądnął w nie. Zobaczył siebie pod pierzyną, łóżko, szafeczkę, drzwi, komódkę i osobliwy cień malujący się na drewnianej podłodze. Roan spuścił wzrok na podłogę i uważniej przyglądnął się kształtowi.
Na pewno to jest cień, rozmyślał. Popatrzmy. Ma skrzydła – czyli, że lata, ma ogon, ma pysk, wyglądający jak dziób. Wygląda dość zgrabnie, ale silnie. Jest wielkości przeciętnego psa. Pomyślmy, czy znam takie zwierzę. Orzeł odpada, nie ten ogon. Latający kot? Nie, co ja wymyślam, zrugał sam siebie. Wiem, że znam to stworzenie. Znam je bardzo dobrze, choć od niedawna. Myśl, myśl, złapał się za głowę. To było coś na literę T. Albo nie, na S. Tak, na pewno na S. Tylko co dalej? Smok, usłyszał głos w głowie. No jasne! Smok!
Zdał sobie sprawę, że właśnie rozmyślał nad tym, co lata obok jego łóżka. Zamiast po prostu spojrzeć, zaczął myśleć. Leki jednak spowolniły trochę jego tok myślenia, więc nie wydedukował, że wystarczy podnieść głowę. Głos jednak, który mu podpowiedział, wydawał się dziwnie znajomy. Podniósł głowę i istotnie zobaczył smoka. Zdrowego, unoszącego się w powietrzu czerwonego smoka. Przyjrzał mu się, przekrzywiając przy tym lekko głowę. Smok zrobił tak samo. Przechylił głowę w drugą stronę, a smok tak samo. Zamachał nią wreszcie, aż lekko zakręciło mu się w głowie. Stworzenie zachowało się jak lustrzane odbicie. Z tym wyjątkiem, że nie jest człowiekiem, pomyślał Roan.
- Roanie? – usłyszał w swojej głowie.
- Kim jesteś?
- To ja, Ignistar, twój smok.
- Ładnie to tak stroić sobie żarty z chorego?! A właściwie to… co się stało?
- Gdy ja wybrałem się na polowanie, ty wpadłeś w panikę i straciłeś przytomność. Doktor tłumaczył to ubytkiem czegoś w składzie krwi, ale nie słuchałem go ze zbytnią uwagą. Martwiłem się o ciebie. Naprawdę jestem twoim smokiem. Tylko twoim.
Roan wyczuł w głosie smoka taką czułość, oddanie i miłość, że uwierzył. Miłość jak nic innego potrafi przekonać.
I wtem Roan przypomniał sobie wszystko. Całe dzieciństwo w miasteczku przemknęło mu jak trzask bicza, zobaczył powrót ojca, czerwony diament pośrodku czterech ciał, wędrówkę, radość z obecności Ignistara, spotkanie z gnomem i wreszcie strach i przerażenie z powodu zniknięcia jego ukochanego smoka.
Potem był już z powrotem w pokoju. Wiedział kim jest, kto jest koło niego. Pamiętał wszystko.
- Najdroższy… – szepnął do swego smoka.
Ignistar z impetem wleciał w jego ramiona, powalając chłopca na łóżko. Skubał go za ucho, a Roan śmiał się, dając upust gilgotkom. Baraszkowali tak dobry kwadrans, gdy nagle prawą stronę oblicza Roana oblały promienie słońca. Przestraszony zamarł w bezruchu i odwrócił powoli głowę w tamtą stronę. Ignistar podążył za jego wzrokiem.
W drzwiach zobaczyli gnoma, stojącego z założonymi rękoma, Heltrigha, który był jakby bardziej rozpromieniony i trzecią postać, stojącą za nim.
- My się tu o ciebie martwimy, a ty się śmiejesz w najlepsze… – rozległ się pretensjonalny głos Fonkina.
- Ale ja… – zaczął się tłumaczyć Roan.
- … beze mnie! – dokończył gnom i uśmiechając się podszedł do łóżka. – Już widzę, że ci lepiej, hę?
- Tylko czasami lekko kręci mi się w głowie.
- To dobrze. Bo jeszcze dwa dni temu wyglądałeś tak, jakby ci ktoś kosę Śmierci w portki włożył.
- Sam lepiej bym tego nie ujął – przyznał z uśmiechem Heltrigh.
- Jutro już będziesz mógł powrócić do przerwanej wędrówki, ale jeszcze musisz wziąć parę leków. Zawroty głowy ustaną do godziny – powiedział rzeczowym głosem nieznajomy. Wyglądał na pięćdziesiąt lat. Siwe włosy sięgały chudych barków, lekko zapadnięte oczy mądrze spoglądały na świat, blada skóra nosiła ślady upływu czasu – zmarszczki znaczyły gdzieniegdzie czoło oraz okalały usta i oczy. Był dość wysoki, a przez to wydawał się jeszcze chudszy. – Wybacz mój nietakt. Jeszcze nie miałeś okazji mnie widzieć. Jestem Ronald. Z zawodu medyk z zamiłowania bibliotekarz.
- Miło mi pana poznać – uśmiechnął się niepewnie Roan.
- Dobrze, zapoznaliście się, a teraz dajmy mu odpocząć. Powinieneś się porządnie wyspać – powiedział Heltrigh, wyciągając z pokoju, opierającego się gnoma.
- Śpij dobrze – rzekł na koniec Ignistar.
Roan przez chwilę rozmyślał, jak dobrze jest mieć przyjaciół. Czasami się przydają, parsknął. Potem powieki mu opadły i śnił o tym, że przyjaciele są niezastąpieni.

Roan poczuł na twarzy ciepło popołudniowych promyków słońca. Otworzył oczy i zobaczył otwarte drzwi do pokoju. Wygramolił się spod pościeli, przetarł oczy i wyszedł z pokoju. Znalazł się w długim korytarzu, który na końcu skręcał w lewo. Po lewej jego stronie pełno było drzwi, a po prawej wiele dużych okien. W pokoju gdzieś przy końcu korytarza usłyszał odgłosy kłótni. Zatrzymał się, żeby posłuchać, a przy okazji się przeciągnął. Bez wątpienia kłóciły się cztery osoby. Usłyszał dwa starsze głosy – na pewno Heltrigha i Ronalda, i jeden młodszy, który z pewnością należał do Fonkina. Ponownie zaczął iść, a jego stopy głucho mlaskały o marmurową podłogę. Po chwili zlokalizował pokój, z którego pochodziły głosy. Nagle do jego uszu dotarł dźwięk tłukącej porcelany, przewróconego krzesła i nastała cisza. Podszedł do drzwi i nacisnął klamkę. Najpierw zwrócił uwagę na zakapturzoną postać, która wyskakiwała przez okno. Na parapecie oglądnęła się i wyszczerzyła nieskazitelnie białe zęby, wśród których splamione krwią były długie kły. Wampir, pomyślał ze zgrozą Roan. Wampir zaś wyskoczył przez okno i zniknął chłopcu z pola widzenia. Dopiero teraz zauważył czym pokryta jest podłoga.
Mnóstwo krwi pokrywało zielony dywan. W ogromny regał po prawej wbite były dwa sztylety. Na ziemi leżało przewrócone krzesło i kwiaty wśród kawałków rozbitego wazonu. Na podłodze leżały również trzy ciała. Roan z przerażeniem w oczach odkrył, że zna te trzy osoby. Heltrigh, Ronald i Tonkin byli martwi. Wszyscy trzej mieli tak samo brutalnie podcięte gardła i coś jakby ukąszenia. Zęby wampira, zgadł Roan. Ich głowy otaczały kałuże krwi. Chłopiec nie mogąc dłużej patrzeć na ten obraz odwrócił się szybko i wybiegł z pokoju.
Z głośnym zaczerpnięciem tchu Roan podniósł głowę z poduszki. Twarz oświecały mu takie same promienie popołudniowego słońca. Wstał i tak samo przetarł oczy. Wyszedł w pośpiechu na korytarz i z ulgą nie usłyszał żadnych krzyków. Dla pewności jednak wszedł do tego samego pokoju. Jego wzrok momentalnie padł na podłogę, jednak nie było na niej żadnych śladów krwi. Odetchnął z ulgą. Podniósł głowę, bo dopiero teraz mógł uważnie przyjrzeć się pokojowi.
Jego uwagę natychmiast przykuł sięgający sufitu ogromny regał. Rozciągał się na całej szerokości ściany. Roan nigdy jeszcze nie widział tylu książek w jednym miejscu. Nie żeby książki były mu obce, ale jak większość ludzi potrafił tylko powoli czytać na głos. Przypomniały mu się słowa Ronalda o jego zamiłowaniu bibliotekarskim. W przeciwległym rogu pokoju stało solidne biurko, a za nim – ku jeszcze większemu zdumieniu Roana – identyczny regał książek. Roan porównał czy aby nie patrzy w lustrzane odbicie, ale prawa strona pokoju różniła się od lewej. Pod regałem nie było biurka, ale sześć okrągłych stolików, a przy każdym po cztery krzesła. Na ścianie naprzeciw Roana było osiem wielkich okien, które dawały mnóstwo światła. Na ścianie, vis-á-vis okien stały duże komody z wieloma małymi szufladami. Każda z szuflad była oznaczona inną literą. Ku – sięgającemu już granic – zdziwieniu Roana litery były w trzech językach, a każdy język miał osobne komody! Prawdziwa biblioteka, pomyślał z podziwem Roan. Teraz dopiero zobaczył Ronalda, siedzącego przy jednym ze stolików, który patrzył na niego z serdecznym uśmiechem. Jedną rękę trzymał na książce, jakby właśnie przerwał czytać.
- Dość imponujące, co? – zagadnął uprzejmie. – Czasami sam się dziwię, jak zdołałem tutaj je wszystkie upchnąć – przeleciał wzrokiem regały.
- Istotnie zadziwiające – powiedział Roan, jako że nic lepszego nie przyszło mu do głowy. Nadal był oszołomiony ogromem wiedzy, który go otaczał.
- A wyobraź sobie, że to nawet nie jest kropla w morzu całej wiedzy świata. Nie można nawet tego porównywać do łzy. Do jest praktycznie nic. Maluteńki skraweczek – powiedział Ronald, po czym zamyślił się.
- My tu gadu, gadu, a ty pewnie jesteś głodny – powiedział po chwili zadumania. Roan faktycznie odczuł domaganie się żołądka o jedzenie.
- Chętnie bym coś zjadł – wymamrotał nadal pod wielkim wrażeniem biblioteki.
- Zaprowadzę cię do kuchni – powiedział Ronald z uśmiechem. Wsadził kawałek kartki do książki, zatrzasnął ją, by po odłożeniu poprowadzić Roana tak samo wyglądającymi korytarzami do kuchni. Po drodze jednak nagle Ronald się zatrzymał i popatrzył na stopy chłopca. – Za chwilę się przeziębisz! Nie nauczyli cię, że źle jest chodzić po marmurze boso? – Wsunął głowę do otwartych drzwi. – Matyldo, podaj mi jakieś kapcie, rozmiar dziecięcy. – Po czym rzucił Roanowi pod nogi ładne skórzane obuwie.
Ruszyli w dalszą drogę, a Roan dziwił się, skąd Ronald wie, jak iść. Dla niego każdy korytarz wyglądał tak samo. Zapytany o to lekarz, odpowiedział ze śmiechem:
- Lekkim wstydem byłoby, gdybym zgubił się we własnym domu, który sam projektowałem. Aczkolwiek historia zna takie przypadki.
Im bliżej byli kuchni (czego Roan był pewien po nasilaniu się zapachu gotowanego obiadu), tym więcej mijali po drodze służących. A to sprzątaczka, a to kucharka kłaniała im się z szacunkiem. Roan czuł się trochę niezręcznie w samej piżamie i w kapciach na nogach, ale gdy tylko weszli do parniej kuchni, główną myślą było zdobycie czegoś do jedzenia.
W pomieszczeniu było duszno, pod sufitem unosiły się kłęby pary, a na półkach i blatach pełno było naczyń, garnków, warzyw, owoców, mięsa, a nawet gotowych i parujących potraw. Roan w kącie pomieszczenia zobaczył dobrze znajomą postać, wspinającą się na palcach, żeby dosięgnąć garnka stojącego na stole. Roan wskazał lekarzowi z uśmiechem gnoma i obydwoje zanieśli się śmiechem. Fonkin, gdy to usłyszał speszył się, przyjął dumną postawę i ruszył do nich. Zatrzymał się przed Roanem, zmierzył go krytycznym wzrokiem i powiedział:
- Aż taki byłeś głodny, że nie zdążyłeś się porządnie ubrać? – po czym uśmiechnął się szeroko, poklepał go po przedramieniu i wrócił do swojego garnka. Roan zdziwiony, ale z uśmiechem na ustach popatrzył na oddalającego się gnoma.
- Czuj się jak u siebie. Wybieraj, na co ci tylko przyjdzie ochota. Polecę komuś znaleźć twoje ubranie – powiedział Ronald i wyszedł z kuchni.
Gdy Roan najadł się wraz z Fonkinem do syta, porządnie się umył i ubrał, poszedł do dużego ogrodu przed domem. Usiadł na ławce pod akacją, przymknął oczy i wystawił twarz do zachodzących promieni słońca. Przypomniał sobie rozmowę z gnomem przy obiedzie, gdy ten opowiadał mu, że dom stoi na przedmieściach i każde piętro wygląda podobnie. Pochwalił się jednak tym, że zgubił się tylko pięć razy, ale za to sam potrafił się odnaleźć. Dowiedział się, że dom ma trzy piętra, które wyglądają prawie identycznie. Z tym wyjątkiem, że trzecie jest dla służby, drugie jest dla gości, a parter stanowi przychodnię, w której Ronald przyjmuje chorych. Gnom powiedział mu także, od których służących, co można zdobyć, jednak te informacje miały się nie przydać Roanowi.
Nie wiedział ile tak siedział z twarzą ogrzewaną promykami słońca, rozmyślając o pierwszych latach swojego życia, gdyż jako jeden z nielicznych ludzi pamiętaj stosunkowo dużo wydarzeń od momentu urodzin. Przypomniał mu się także jego sen, lecz nie chciał teraz o nim myśleć. Gdy słońce już przestało przyjemnie grzać, otworzył oczy i spostrzegł, że obok niego siedzi Heltrigh z uśmiechem patrząc w horyzont. Przechylił po chwili głowę i spojrzał na syna. Roan jeszcze nigdy nie widział w jego oczach takiej radości i spokoju.
- Ależ tu pięknie prawda? – odezwał się Heltrigh.
- Tak. A właściwie, to gdzie jesteśmy? Nie było mi dane pamiętać podróży…
- Jesteśmy w Palatynie. Pojutrze ruszymy do Machum, skąd popłyniemy do Kryjówki. Wtedy rozpoczniemy szkolenie – mówił z taką radością, że Roan mimowolnie się uśmiechnął.
- Kim jest dla ciebie Ronald? – zapytał po chwili.
- Nie martw się, jesteśmy u niego całkowicie bezpieczni. Ronald jest moim przyjacielem – twarz Heltrigha jeszcze bardziej się rozjaśniła. – Był głównym medykiem Dragonitów, a trzeba ci wiedzieć, że nie używał jedynie medykamentów… – powiedział z błyskiem w oczach.
- Rozumiem. Jak długo się przyjaźnicie?
- Myślę, że od zawsze. A jeśli nie, to nasza przyjaźń jest taka głęboka, że moglibyśmy się przyjaźnić od zawsze – powiedział z uśmiechem.
Roan już miał zadać następne pytanie, gdy do ogrodu wyszedł Ronald i machając ręką, zawołał do nich:
- Kolacja! Chodźcie, bo Fonkin wszystko zje!
Zjedli kolację, podczas której nie obyło się bez śmiechu z powodu gnoma i Ignistara. Roan bardzo się cieszył z powodu tego, że nic jego smokowi się nie stało. Jutro miał zamiar zapytać się o powód nagłego zniknięcia jego smoka, jednak dzisiaj nie miał do tego nastroju. Po kolacji wszyscy ze śmiechem na ustach położyli się spać i okazało się, że wszyscy mają pokoje obok siebie. Ignistar oczywiście legł na poduszce obok głowy Roana i zapadł w sen.
I tak zakończył się dzień pobytu u Ronalda. Roan z uśmiechem poszedł w objęcia snu, w którym pływał w odmętach zachodzącego słońca.

DZIEWIĘĆ

Wcale nie tak dawno i całkiem nie daleko miała miejsce ta historia. Pewien wielmożny pan jechał gościńcem do Machum. Powiadam wam, piękny wtedy był dzień. Koła powozu stukały o nierówną drogę, a pan ze znudzeniem siedział przy oknie swego powozu. Trzeba wam wiedzieć, że ów wielmoża strasznie łasy na pieniądze był i skąpy, że aż pożalcie się nad nim bogowie! Jechał więc tak powóz. Nagle wkoło zrobiło się podejrzanie cicho. Żadnego wozu, żadnej karocy. Cisza mącona tylko przez owych podróżnych. Wtem świsnęła strzała. Powóz stanął, a konie parsknęły niespokojnie. One już wiedziały co się stanie. Pan ze strachem w oczach spostrzegł woźnicę leżącego na ziemi, ze strzałą wbitą w pierś. Nie wiedząc, co robić zasłonił kotary w oknie, sięgnął po miecz pod siedzeniem i czekał. A muszę tutaj dodać, że tak jak był gruby, tak słabo władał mieczem i tak bardzo się bał. Trudno jednak mu się dziwić. Sytuacja nieciekawa to wielce. Czekając więc, usłyszał śmiechy tupot wielu stup na drodze a po chwili walenie pięścią w drzwi. Wielmożny zapytał cichutkim, przestraszonym głosikiem:
- Ktooo taam?
Odpowiedziała mu fala śmiechów, lecz potem twardy głos rzekł:
- Zbóje. Możemy wejść?
Kolejna fala śmiechów. Odrzekł im panicz:
- Nie-e. Nie pozwalam. Ja mam władze – to ostatnie powiedział już z większym przekonaniem.
Trzeba wam wiedzieć, że jego pęcherz już był blisko granicy, za którą jest wypróżnienie, więc nie zdziwi was chyba to, że jak obie drzwi zostały z hukiem wyrwane zmoczył się niemiłosiernie. Nie wiedząc, co robić, machał mieczem w kierunku jednych i drugich drzwi, a parszywe mordy zbójców pozostały niewzruszone. Na czoło nich wysunął się jeden, a wyglądał on bardziej cywilizowanie. Rzekł mu:
- Opuście miecz, panie, bo jeszcze skaleczyć się możecie. A kaleczyć możemy tutaj tylko my.
- Czego chcecie bydlaki?! – zawołał rozhisteryzowany wielmoża. Miecz jednak opuścił.
- Złota! – odpowiedzieli mu chórem.
- Nigdy! – piskliwie im odkrzyknął, a jego głos brzmiał żałośnie wśród potężnych tonów zbójników.
- Więc weźmiemy sami – odrzekł mu przywódca, a wszyscy wznieśli okrzyk. Skądś pofrunęła strzała, wielmożny padł trupem, a zbójcy rzucili się na jego kosztowności. Zabrali wszystko, co było wartościowe i wrócili do swoich dzikich wiosek w lesie.
Podobnie sprawa miała się z kupcem, który jechał na targ do Machum. Z tym wyjątkiem, że jego zaszlachtowali od razu, a towary wzięli wozem. I takie to zbójeckie bandy grasują wokół Machum, a próżno wypatrywać wojów, którzy poskromią dzikie hordy. Strach jechać, powiadam wam. Co za czasy, co za czasy… - zakończył opowieść starzec.
Fonkin i Roan siedzieli w karczmie. Wysłuchali opowieści starca i postanowili wypytać starca o całą sprawę, bo akurat w tamtą stronę mieli się udać. Dzisiaj rano bowiem ojciec zostawił Roanowi w pokoju na komódce liścik:

Musieliśmy wyjechać. Nie martwcie się o nas. Spotkamy się w Machum. Znajdziemy was. Szerokiej drogi,

Heltrigh.

Taką samą wiadomość otrzymał gnom, tyle że nadawcą był Ronald. Zaciekawiło ich, jaką to sprawę mieli lekarz i czarodziej do załatwienia. Wyszli bez pożegnania, zostawiając tylko każdemu po sakiewce.
Przyszli do karczmy sami, bo Ignistar rósł w niesamowitym tempie. Roan cieszył się, że jego czerwony smok jest zdrowy i zdrowo rośnie. Chociaż, jeśli miałby tak rosnąć do trzeciego roku życia to mógłby osiągnąć rozmiary pałacu królewskiego, a wtedy nie mogliby już się skutecznie ukrywać, przed Powietrzną Eskortą – smoczym oddziałem złego króla Zetarga.
W tawernie przebywało dużo ludzi. Było późne popołudnie, więc promienie słońca wpadały ukosem przez okna, oświecając kontuar. Starzec po skończeniu opowieści usiadł za swoim stolikiem i powoli sączył piwo z kufla. Gnom znacząco wskazał na niego, więc wraz z chłopcem wstali i podeszli do jego stolika. Nie podnosząc głowy znad kufla, zapytał z marszu:
- Co chcecie wiedzieć?
- Wiadomo ilu ludzi liczy banda? – zapytał głos zza pleców gnoma. Należał do krasnoluda. Nosił koszulkę kończą, hełm, a za pasem miał dwa duże topory. Najlepszej, krasnoludzkiej roboty, rzecz jasna. Na piersi miał dwa pasy i gdy obchodził stolik, Roan spostrzegł, że na takich samych na plecach ma zawieszone sześć toporków do rzucania. Pomyślał, że nie chciałby stanąć z nim w walce.
- Zazwyczaj od siedmiu do dwunastu.
- Wszyscy są biegli we władaniu mieczem – prowadził rozmowę krasnolud.
- Prawie. Mają czterech dobrych łuczników, którzy zazwyczaj siedzą na drzewach. Trzeba wam jednak wiedzieć, że cała ich grupa liczy znacznie więcej. Zazwyczaj jednak wysyłają takie oddziały.
- Gdzie dokładnie można ich spotkać? – zapytał Fonkin.
- Na południowym gościńcu do Machum. Mieszkają w okolicznych lasach. Chociaż sądzę, że prędzej oni znajdą was – uśmiechnął się szelmowsko.
- Przywitamy ich godnie – uśmiechnął się wojowniczo krasnolud.
- My? – zapytał go Roan.
- Widzę, że wybieracie do Machum. Nie pytajcie skąd, po prostu to wiem. Za dużo byłem w podróży, żeby nie wiedzieć takich rzeczy. Poza tym – obejrzał ich krytycznym wzrokiem. – chyba wam się przydam.
- Możecie porozmawiać sobie gdzieś indziej. Tyle tu wolnych stolików – siwe włosy starca, sięgające chudych barków zafalowały, gdy wskazał obszernym ruchem ręki wnętrze karczmy.
- Jeszcze jedno, staruszku – powiedział krasnolud. – Jak się nazywa ich przywódca?
- Nikk.
- Po spotkaniu ze mną dopiero będzie nikim – odrzekł wojownik. – Dziękujemy ci.
Wrócili do stolika wcześniej przez nich zajmowanego.
- Jestem Traubor – powiedział krasnolud. Przyjęli jego żelazny uścisk, co potwierdziło Roana przemyślenia, że nie chciałby stanąć naprzeciw niego. – Pasuje wam wyjechać jutro? – gdy pokiwali głowami, kontynuował. – Więc spotkajmy się przed północną bramą Palatinu. Dobrze znam to miasto, jednak nie wiem, czy chcecie, żebym wiedział, gdzie mieszkacie. Bądźcie parę minut po świcie. Do zobaczenia – wyszedł zanim zdążyli zapytać go o cokolwiek.
Roan i Fonkin popatrzyli po sobie ze zdziwieniem. Zapłacili za napitek i wrócili do domu lekarza. Wypytali już całą służbę, lecz nikt nie wiedział, dlaczego ich pan zniknął. Mówili jednak, że parę razy zdarzyło mu się zniknąć na kilka dni, ale zawsze ich uprzedzał. Nie martwili się jednak zbytnio, więc przyjaciele – wzmocnieni dodatkowo zapewnieniem dorosłych – także nie martwili się za nadto.
Roan pobawił się z Ignistarem, nakarmił go. Smok pokazał mu, że już potrafi stworzyć malutki strumień ognia. W istocie był to płomyczek trochę dłuższy od małego palca, jednak potrafił go utrzymać przez parę minut. Następnie przygotowali się do podróży. Roan miał nieść na plecach także Ignistara, więc musiał część swoich rzeczy wpakować do plecaka Fonkina. Wieczorem mieli wszystko gotowe do drogi. Zjedli obfitą kolację, a Roan w końcu opowiedział swój sen Ignistarowi. Smoka nie poruszyły zbytnio obrazy okrutnego morderstwa. Przyjął to raczej ze spokojem niż ze strachem. Zaciekawiła go za to tajemnicza postać w kapturze, która miała zęby jak wampir. Sądząc po śladach na szyjach ojca, lekarza i gnoma, faktycznie była wampirem.
- Coś mi się zdaje, że możemy go jeszcze kiedyś spotkać. I obawiam się, że nie tylko w snach – powiedział smok i położył głowę na poduszce. Zaczął chrapać, zmęczony dzisiejszym dniem, więc Roan nie pytał już go o nic. Słowa ukochanego przyjaciela wzmocniły obawy chłopca, jednak postanowił skupić się na teraźniejszej sytuacji.
Umył się, sprawdził jeszcze raz swój ekwipunek, po czym położył się spać. Muszę wypocząć, pomyślał, gdy zapadał w piękny sen.

Karuzela

Skomentuj na forum