Czerwone słońce powoli zachodziło za horyzont, ozdabiając karczmę o wdzięcznej nazwie „Pod Konopnym Sznurem” mdłym blaskiem kończącego się dnia. „No pięknie, karczmarz z poczuciem humoru” – pomyślał zgryźliwie Nicolas von Kamilsdorf, dwunasty syn pana na Kamilsdorfie, barona Albrechta. Karczma niewiele odbiegała od typowej gospody, jednej z wielu na szlaku do Deloran, portowego miasta na południu. Ot niewielkie podwórze, ze śpiącym, posiwiałym psem i niewielką wygódką z boku. Pośrodku tego stary zbity z dębowych bali dworek, wskazujący wyraźnie, iż jego poprzednim właścicielem był szlachcic, o czym może też świadczyć wyblakła, rdzawa plama niedaleko drzwi. „Widać pamiątka po niedawnym powstaniu chłopskim „ – pomyślał Nicolas. Przez pęcherze w oknach sączył się blask ogniska a ze środka dolatywał gwar rozmów. Biorąc pod uwagę jak potraktowano poprzedniego posesjonata Nicolas postanowił mimo wszystko zanocować. Chociaż widok uszczuplonej sakiewki ranił jego serce. „Braciszkowi będzie smutno zostać samemu” – pomyślał o jednym z dwóch pozostałych przy nim solidach z wybitymi na awersach podobiznami króla. Jednak sam fakt, że w pobliżu jest łóżko, w którym jego jedynym towarzystwem były tylko pchły i wszy wystarczył, aby Nicolas przywiązał i rozkulbaczył konia. Po czym swobodnym krokiem ruszył do środka.
Zaraz po wejściu w jego nozdrza uderzył zapach mocno rozgotowanej kapusty, potu i dymu. Lokalna fauna, bytująca na deskach podłogi szybko rozbiegła się spłoszona niespodziewanym wejściem. W ciemnym wnętrzu można było zobaczyć kilka rozstawionych stołów i siedzących przy nich gości. Dobór klientów wywołał pogardliwy grymas na twarzy młodego (bardzo biednego i dwunastego w kolejce do schedy,) szlachcica, albowiem stroje prawie wszystkich wskazywały na ich chamskie urodzenie – znoszone wełniane jopule i bure sukmany pamiętające zapewne czasy krasnoludzkich wojen. Jedynymi wyjątkami był ponuro wyglądający( jak na ludzkie standardy) ,włochaty krasnolud siedzący w kącie i zajadający udziec barani, oraz usadowiony obok niego mieszczanin w dwukolorowym dublecie i czarnym kapturze z ogonem.
Wszedłszy do środka, Nicolas mimowolnie wszedł w centrum uwagi, przyciągając rozmaite spojrzenia – od lekko zawianych do mocno pijanych. Nie stało to się jednak z powodu niego samego, bo będąc ubrany w zielone cotehardie i czarny płaszcz wyglądał bardziej na podróżnika, niż szlachcica. Jednak po zdjęciu płaszcza zdemaskował go wiszący u pasa miecz, symbol jego stanu, (aczkolwiek odzyskany z trudem z pewnego lombardu).Po rozejrzeniu się po pomieszczeniu (dużo dymu) i zrobieniu kilku kroków (dużo dymu i obfity biust dziewki karczemnej) Nicolas stwierdził, że jedynym wyjściem będzie usiąść w towarzystwie mieszczanina i jego niskiego i włochatego towarzysza. Podszedł, więc i zapytał:
- Nie obrazicie się na moje towarzystwo panowie?
Zajadający się udźcem krasnolud spojrzał niedbale na stojącego nad nim człowieka i obojętnie wzruszył ramionami. Natomiast jego towarzysz spojrzał na miecz u pasa a potem na twarz Nicolasa.
- A spocznijcie sobie panie, nam to nie wadzi –wymamrotał i zajął się obserwacją lady, przy której zwyczajowo stać powinien karczmarz. Zdziwiony tym zdawkowym przywitaniem, Nicolas rozpostarł się wygodnie na ławie i zaczął rozglądać się za karczmarzem. Ku jego zdziwieniu odnalazł jedynie służącą nalewającą piwo z beczki.
- Niesłychane, żeby karczmarza nie było – rzekł zdziwiony
- A jaką macie do niego sprawę panie? – Mieszczanin przestał kontemplować uroki stołu i zwrócił swoją twarz w stronę szlachcica, tak, że Nicolas mógł mu się przyjrzeć. Wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, aby młodzika zmieszać, albowiem towarzysz krasnoluda po za brakiem ucha odznaczał się potężną szramą wzdłuż lewego policzka. Prawy natomiast miał w kropkach niedopalonego prochu, co w połączeniu z lekko siwiejącymi włosami tworzyło zestaw dosyć..Makabryczny.
-A, jaką mam mieć? Pokój, jadło i dzban wina, tylko tego mi do szczęścia brak.Tak przy okazji, jak się zowiecie?
-Wołgo z Dragony, ale wołają na mnie Sztych, a mój towarzysz to Knir z klanu Bojowych Wideł.
- Nicolas von Kamilsdorf, dwunasty syn barona Albrechta
- To miał tatuś krzepę – mruknął krasnolud wyrzucając kości ze stołu – i pewnie jeszcze każdy z innej matki, co? - Bezczelne spojrzenie utknęło na poczerwieniałej twarzy Nicolasa.
-Wybaczcie mojemu przyjacielowi – powiedział szybko Wołgo widząc wzburzenie na twarzy młodego szlachcica – ma cięty język, ale jest w miarę w porządku, a wracając do karczmarza –zmienił szybko temat – my także na niego czekamy, ale podobno musiał wyjść zamówić nową beczkę piwa.
- Jakiego tam piwa – mruknął Knir – to kocie szczyny wymieszane z kozimi, nie piwo, no, ale wam pewnie takie smakuje….
Kłótnię szybko zażegnało pojawienie się cycatej kelnerki, która, albo zignorowała, albo nie słyszała uwagi krasnoluda.
- W czym mogę służyć? – Zapytała pochylając się lekko nad dębowym stołem
- Piwo i pokój na noc – Nicolas nie był specjalnie głodny.
- Jednego srebrnego … panie – dodała dziewka ukradkiem zerkając na miecz w jaszczurze.
Wzdychając ciężko, młody szlachcic podał kelnerce solida, zastanawiając się, kiedy ponownie będzie w stanie pozwolić sobie na taki luksus jak zawszone łóżko…
Od momentu wejścia minęło kilka godzin, które Nicolas spędził powoli sącząc piwo i rozmawiając z przygodnymi towarzyszami. Okazało się, że obydwoje pochodzą z północy, z górzystego kraju zwanego Srebrnicą. Był to kraj niewielki, rządzony przez oligarchiczną radę tanów, na którą składali się wodzowie lokalnych klanów, krasnoludzkich i ludzi.
- Lud jest tam twardy a piwo mocne – rzucił oklepanym, krasnoludzkim powiedzeniem Knir.
-Co sprowadziło was w te strony? Do królestwa Deloranu?
- Można powiedzieć, że to zwykła droga przed siebie….Podróżujemy po świecie szukając śladów dawnej chwały…- odparł Wołgo krzywiąc się niemiłosiernie.
- Dawnej chwały? – Zapytał zaintrygowany chłopak.
-Aaa stare dzieje… - zbył temat Wołgo. Nagle Knir zesztywniał i zatrzymał spojrzenie na ladzie.
- Dun harak – warknął z zaciętym wyrazem twarzy. Zdziwiony Wołgo spojrzał w tą samą stronę, po czym zbladł.
- To jest …kurwa niemożliwe…-wybełkotał.
Zdziwiony reakcją towarzyszy, Nicolas także spojrzał w tamtą stronę. Przy ladzie stał wysoki mężczyzna o brązowych, lekko posiwiałych, krótko obciętych włosach. Ubrany w lnianą koszulę i skórzany kaftan wyglądał na zwykłego, aczkolwiek chudego, karczmarza. Uwagę zwracały jednak dwie rzeczy. Pierwsza – czarna opaska na prawym oku, nadająca jego pooranej zmarszczkami twarzy dziki wygląd. Druga, czarna skórzana rękawica na prawej dłoni dziwiła równie mocno, albowiem mimo jesiennych chłodów, dzień pozostawał ciepły a w karczmie panował gorąc.
Karczmarz przystanął przy ladzie i rozejrzał się po pomieszczeniu. Kiedy jego spojrzenie spoczęło na stole w kącie, krasnolud był już pewien?
-Taak….To on – warknął, po czym sięgnął pod stół i wyciągnął skraję – obusieczny topór o skróconej rękojeści, na końcu, której zwisał łańcuch z niewielką obręczą.
- Hej, daj sobie na wstrzymanie Knir – mruknął Sztych – najpierw sobie z nim pogadamy, ale to potem, na osobności.
Nicolas nie wiedział, co powiedzieć. Ci dwaj coś planowali, może morderstwo, może rabunek?, W każdym razie prawo królestwa Deloranu surowo zabraniało napadów. Jednak z braku starosty czy jego ludzi, Nicolas, jako szlachcic czuł się zmuszony by zareagować, mimo wszystko po krótkim zastanowieniu postanowił czekać na rozwój sytuacji.
-Jak myślisz?, poznał nas? – Mruknął Knir do swego towarzysza.
-Nie, raczej nie –odparł Wołgo - w karczmie jest ciemno a on ma przecież jedno oko. Cholera, hakownicę zostawiłem w stajni, nienabitą.
-Poradzimy sobie – odparł krasnolud.
Obydwaj zachowują się tak jakbym był powietrzem – pomyślał Nicolas, kim jest ten człowiek, że tak się zachowują? Znajomy z przeszłości?
Czas powoli mijał, karczma z wolna pustoszała a Nicolas denerwował się coraz bardziej. Czy zdoła ich powstrzymać? Obydwaj wyglądają na sprawnych, a ich ponure zacięte twarze łatwo zdradzały ich zamiary. Kiedy Nicolas smętnie rozmyślał nad sytuacją, w której się znalazł (zaczął nawet myśleć czy nie schować się w pokoju, jednak odrzucił ten pomysł, jako niegodny) drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wszedł kilku ludzi?
- Oho, robi się ciekawie - rzekł Sztych, – Knir, szykuj się.
- Jasne – mruknął krasnolud, po czym przypiął zwisająca ze skraji obręcz do prawego przedramienia .Prawą ręką złapał za łańcuch, po czym wrócił do obserwowania pomieszczenia.
Uwaga wszystkich w karczmie skupiła się na nowoprzybyłych. Nicolas z pogardą i lekkim zaniepokojeniem oglądał ich zakazane gęby, znoszone skórzane kamizele i pałki wiszące przy pasach. Oczywistym było, że wkrótce wybuchnie awantura. Lider grupy, wysoki i barczysty mężczyzna, wysunął się na środek sali.
- No panienki, wypierdalać – rzekł, po czym splunął na podłogę. Wyszczerzywszy brudne resztki zębów, dodał – i zostawcie sakieweczki przy stołach, a my chłopcy – zwrócił się do reszty bandy – zabawimy się dzisiaj.
- To, co Sztych?, Idziem? – Knir spojrzał pytająco na swego towarzysza.
-Czekaj, ciekaw jestem jak zareaguje -odparł Wołgo uważnie obserwując całą sytuację.
- No, karczmarzu! – łotr zwrócił się w jego stronę – dawaj tu beczkę piwa, świniaka i dziewkę do zabawy – dodał zezując na przerażoną dziewczynę schowaną za plecami jednookiego.
Karczmarz, cały czas spokojnie obserwujący bandę, w końcu zareagował. Sięgnąwszy ręką pod ladę wyjął komplet sztućców. Rozłożył je i z namaszczeniem przyglądał się im od czasu do czasu podnosząc któryś do twarzy.
Wytracony z równowagi bandzior poczerwieniał na twarzy – ty łajzo! – Wykrzyczał odgarniając brudne włosy z twarzy, - słyszałeś, co mówiłem dziadzie?, nuże po piwo, bo jak nie..po tych słowach sięgnął do pasa, aby wyciągnąć pałkę.
Nie zdążył. W momencie, kiedy jego ręka zbliżyła się do pasa, w jego oko wbił się widelec z dwoma ząbkami. Rzucony z taką siłą, że wbił się aż po rękojeść.
- Nic się nie zmienił – mruknął Wołgo.
Kiedy ciało herszta wylądowało na podłodze jego zszokowana banda nie wiedziała jak zareagować. Po chwili jeden z nich postąpił krok do przodu.
- Nie radzę –odparł karczmarz podnosząc z lady kolejny pocisk.
Tego już było za wiele. Kiedy stojący na przedzie bandzior nagle krzyknął – chłopaki! spierdalamy! on ma łyżkę! –przerażona grupa rzuciła się w tył i biegiem wybiegła z karczmy zostawiając ciało byłego szefa.
Nastała chwila niezręcznej ciszy. Po chwili karczmarz zwrócił się do człowieka siedzącego na ławie pod ścianą:
- Bran, zabierz to ścierwo, bo mi podłogę brudzi.
-Jasne – mruknął pod nosem blondyn. Podszedł do trupa i łapiąc za nogi zaczął ciągnąć do wyjścia. Uwagi Nicolasa nie umknął fakt, iż denat został dyskretnie, aczkolwiek dokładnie przeszukany i pozbawiony wszelkich ozdób i pieniędzy.
- Gdzie wyrzucić? – zapytał Bran, stojąc przy drzwiach.
- Walnij go do gnojówki – odrzekł obojętnie jednooki mężczyzna. Następnie zwrócił się do stojącej za nim pomywaczki – zmyj podłogę, krwawe zacieki dodają uroku, ale psują apetyt gościom. Wydawszy stosowne polecenia, odwrócił się i udał do pomieszczenia za ladą.
Nicolas jeszcze przez kilka minut nie wiedział, co powiedzieć. Tu na jego oczach wydarzyło się morderstwo, może i słuszne, ale takimi sprawami powinien się zajmować starosta i miejscy pachołkowie. Zastanawiając się jak zareagować, młodzieniec przemyślał kilka opcji. Mógł udać się do miasta powiadomić straż, ale myśl, że miałby spędzić kolejną noc w siodle i stracić solida za pokój skutecznie go wstrzymywała. A walczyć w pojedynkę absolutnie by nie chciał, jeszcze skończy z widelcem w trzewiach….. Chyba, że….
Spojrzał na siedzących obok towarzyszy. Knir i Wołgo patrzyli na siebie wymieniając się porozumiewawczo. Już na pierwszy rzut oka widział ich dyskretne uśmiechy i śmiejące się oczy. Postanowił zapytać prosto z mostu:
- Wydaje się, że go znacie panowie.
- Czy go znamy? –zaśmiał się w odpowiedzi Sztych – piętnaście lat pod nim służyliśmy. I pomyśleć, że wszyscy mieli go za martwego. – pokręcił w niedowierzaniu głową. Nagle jego spojrzenie stwardniało a twarz spochmurniała.
- Uciekł, skurwiel – mruknął Knir, jednocześnie sprawdzając ostrość toporka – myśleliśmy, że zginął w bitwie pod Ross. – Ciała nigdy nie znaleźliśmy, ale nikt specjalnie nie szukał, w końcu to była rzeź.
-Walczyliście pod Ross? – niedowierzał Nicolas –czy chodzi wam o największą bitwę naszego wieku? Tej gdzie poległ kwiat rycerstwa i która zadecydowała losach tej części świata?– mruknął jeszcze bardziej zdziwiony.
- a była jakaś inna? – mruknął Knir zapatrzony w kufel.
-Przecież tych, co przeżyli traktowano jak bohaterów, nagrodzono ich złotem i zaszczytami …chyba, że…..- nagle ogarnęło go straszliwe podejrzenie
- Taa… dobrze myślisz – kiwnął Sztych – my, XIV najemny odział, służyliśmy pod królem, Myszobrodym. Z osiemdziesięciu ludzi bitwę przeżyło czternastu.
- zaiste dzień dziwów, jeszcze rano nie podejrzewałem, że będę pił piwo z dawnymi wrogami - mruknął ponuro Nicolas. Król Myszobrody, zwany też Królem Kościanych Wież, był władcą leżącego na wschodzie państwa Kherr. Znany był z srogich rządów i dużych ambicji. Po wybiciu opozycji złożonej ze szlachty i arystokracji, zbudował od podstaw militarne państwo, wprowadzając szereg zmian, min. obowiązkowy pobór do straż miejskich i oddziałów piechoty. Po wyrżnięciu niesfornego rycerstwa, (czym skupił na sobie nienawiść rządzących z sąsiednich krain) rozbudował aparat państwowy i przygotowywał się do podbojów.
- Straciłem pod Ross wuja – warknął Nicolas, nieodrodny członek swojej klasy.
- A ja sześćdziesięciu sześciu towarzyszy broni – mruknął groźnie Knir – w tym brata.
Stwierdzenie to lekko ostudziło złość szlachcica. Nagle odezwał się Sztych:
- Spokojnie panowie – mruknął pojednawczo – to było sześć lat temu. Wojna już dawno się skończyła i nie ma, co rozdrapywać starych ran – powiedziawszy to sięgnął do leżącej pod stołem sakwy i wyjął gliniany dzbanek z pieczęcią.
- Macie, na ostudzenie – mruknął rozlewając mętny trunek do kubków.
-Co to jest? –Nicolas ostrożnie wąchając zawartość. Pachniało dziwnie. Zerknął na krasnoluda, który jednym haustem opróżnił zawartość. No cóż, chyba nie jest szkodliwe skoro on to zniósł – pomyślał i wypił na raz. Po czym prawie natychmiast parsknął pod stół. Towarzysze zaśmiali się donośnie.
- Nie ma to jak spirytus – rzekł Sztych ukazując światu połamane zęby.
- Oż cholera ….wy …wy..chcieliście mnie zabić – wydukał chłopak, wciąż nie mogąc dojść do siebie. Mętny trunek palił go w gardło i dał po głowie.
- Dobra, koniec zabawy – mruknął Knir, po czym złapał za łańcuch skraji. – Wołgo, co robimy?
- Musimy z nim pogadać i wyjaśnić parę rzeczy. Czekaj, idę po hakownicę…..
Nagle na stół z hukiem upadła żelazna kula na łańcuchu, prawie rozłamując go na drzazgi. Właścicielem kuli był nikt inny jak karczmarz, który patrzył na nich groźnie trzymając w ręku drewniany uchwyt łańcucha.
- Nigdzie nie idziesz Wołgo - mruknął jednooki, kręcąc nad głową swoim korbaczem. Nagle kula uderzyła w ławę, zrzucając z niej krasnoluda, który szykował się do rzutu skrają.
- Witaj zdrajco – rzekł Wołgo powoli podnosząc się z ławy – kopę lat.
-Ta, kopę lat – mruknął karczmarz zezując na podnoszącego się z ziemi krasnoluda.
Oszołomiony Kir tym czasem powoli podnosił się z ziemi. Nagle spojrzał z nienawiścią na stojącego nad nim człowieka i wycharczał:
- Kai…Kai Hernisson….. ty chodząca padlino….
- W istocie - odrzekł Kai, biorąc szeroko zamach.
*****
Nadszedł świt, łagodnie otaczając blaskiem witraże katedry, najwyższego budynku miasta Deloran. Światło delikatnie pieściło podobizny wielkiej Trójcy, napełniając wnętrze budynku kolorowym światłem. Następnie złoty blask wstawającego słońca, otulił swoim płaszczem stojącą po drugiej stronie rzeki, Magi-Wieżę – siedzibę Bractwa Tajemnic. Do słońca dołączył delikatny wietrzyk, raźno szturchający fioletowe sztandary Bractwa. Sama wieża, będąca połączeniem sztuki budowlanej i magii, wydawała się rozpływać pod światłem, co budziło niekłamany zachwyt mieszkańców.
Bractwo Tajemnic – któż nie słyszał tym mistycznym zakonie?. Została powołana przed wiekami w celu ochrony sztuk tajemnych, do których zaliczano białą magię i wróżbiarstwo. Oczywiście sztuk magii było znacznie więcej, ale jak sama nazwa wskazuje, członkowie organizacji niechętnie dzielili się swoją wiedzą, zaciemniając wiele dziedzin wiedzy. Arcymagowie, mający na usługach wyszkolonych czarodziejów, bibliotekarzy i zabójców, dzierżyli razem z Kościołem władzę w państwie. Jeszcze przed Wielką Wojną, słabnąca władza króla umożliwiła przejęcie przez magów części państwowych urzędów. Nie żeby było ich wiele – w końcu nikt nie lubi konkurencji….
Wzrastająca potęga Bractwa umożliwiła budowę ich głównej siedziby – słynnej już na cały kontynent Magi – Wieży. Powiadano, iż z samego szczytu można dojrzeć na morzu niewielkie skaliste wyspy zwane przez uczonych Roserbech a przez tłum: Kozie Wyspy.
Słońce, opromieniawszy najwyższe budynki, zwróciło swoje oblicze na pałac królewski, który, co prawda niższy niż magi-wieża czy katedra, to swoim bogactwem i splendorem przytłumiał inne budynki. Budynek, zbudowany na podobieństwo otwartego wachlarza z białego marmuru, roztaczał pod wpływem promieni łagodny blask, rozlewający się na ogrody królewskie. Niedaleko reprezentacyjnego pałacu stał ceglany zamek z donżonem. O ile dwór promieniał złotem to stara, królewska twierdza wytwarzała aurę dostojeństwa. Zbudowany na planie kwadratu, z podwójnymi murami i donżonem z kaplicą, stawał się ostatnim punktem obrony na wypadek ataku. Załoga, wierni władcy rycerze, stanowili jego atut pozwalający utrzymywać kruchy porządek.
Delikatny blask słońca zagościł także na ulicach miasta - wszystkie dzielnice, począwszy od kupieckiej a skończywszy na bramach miejskich, zostały skąpane w słonecznej poświacie. Białe kamienice rozświetliły się, a szare kamienie na ulicach, wyślizgane od niezliczonych kopyt i drewnianych kół zalśniły niczym polerowane klejnoty.
Miasto, na podobieństwo istoty żywej, budziło się powoli do życia a pojawiający się ludzie, na podobieństwo mrówek wychodzili na ulicę, by, jak co dzień załatwiać swoje sprawy. Jednakże były dzielnice gdzie mrok zamieszkał na stale, ku utrapieniu króla i jego starostów. Takie miejsca, nadmiernie rozwinięte po ostatniej wojnie, stanowiły jednocześnie centrum intensywnego przemytu i były poniekąd przydatne w rozwoju gospodarki. Nie zmienia to faktu, że człowiek z niepowołaną gębą mógł w zatrważająco łatwy sposób stracić wszystko, nawet włosy (po pewnych przeróbkach nadawały się na szczotki), czy zęby (wielu obywateli nie było stać na złote).
Dzielnica powrozów, – bo o niej mowa – wbrew obiegowej opinii, nie była w żadnym razie obszarem nędzy. Wręcz przeciwnie – każdy zauważony beznogi dziadyga był skrzętnie łapany i sprzedawany pewnym przedsiębiorczym czeladnikom cechu rzeźników. Uliczki były starannie czyszczone, albowiem bandyci (zwłaszcza ci bogatsi) nie lubili być budzeni przez smród gnojowisk czy biegające wszędzie szczury. Chociaż te ostatnie były bardzo pożyteczne – w kryzysowych sytuacjach można było takiego szczura upiec i zjeść, czy wrzucić wrogowi do łóżka, podczas jego miłosnych zmagań z zacnymi dziewojami pochodzącymi z czerwonych zaułków.
W jednej z takich uliczek miało miejsce nietypowe zgromadzenie.Oczywiście takie ciemne uliczki były zwykłym miejscem na takie tajne spotkanie, chociaż trzeba przyznać, że członkowie zgromadzenia porzucili starodawne obyczaje wszystkich spiskowców – nie nosili obszernych, czarnych płaszczy z kapturami czy tajemniczych symboli w postaci łańcuchów i sygnetów. Ubrani byli w zwykłe miejskie stroje – od dwukolorowych dubletów po fałdziste i obszerne houppelande. Większość tajnych grup tworzyła atmosfery tajemniczości poprzez różnego rodzaju maski, w tym przypadku nie było o tym mowy – brak informacji o innych członkach organizacji skutecznie utrudniałby próbę realizacji różnych przedsięwzięć. Nie byli przecież zwykłymi rzezimieszkami o prymitywnych sposobach działania. A biorąc pod uwagę cel grupy ich metody musiały być wyszukane i najlepiej, zabójczo skuteczne.
- Nie nie nie, to absolutnie niemożliwe – zarzekał się krzepki, wąsaty jegomość w czarno-czerwonym dublecie.
- A co nam zostało? – odparł rudy młodzieniec siedzący na niskim murku – jesteśmy ostatnimi i naszym obowiązkiem jest to zrobić.
- Nie mamy szans! – najmniejszych!, bez żadnej konkretnej siły możemy, co najwyżej pokiwać palcem w bucie – odrzekł siwy starzec o haczykowatym nosie.
- Złożyliśmy przysięgę – mamrotał niski krasnolud.
- To było jeszcze przed Ross – odparł wąsaty.
- Powtarzam, to nasza szansa – rzekł rudy- trzeba sprawdzić czy pogłoski są prawdziwe, jeżeli tak, będziemy musieli się przygotować.
-Szaleństwo, szaleństwo, pójdziemy wszyscy na szubienicę – wyjęczał wąsaty.
- Ale z ciebie baba Korneliusie – wymamrotał krasnolud – i pomyśleć, że walczyliśmy razem w dolnym Nazirze….
- Od tamtych walk minęło siedem lat! Ja…
- Panowie, nie ma, co się kłócić – przerwał piąty obecny, – jeżeli pogłoski o niepokojach są prawdziwe, a tym bardziej te o jego powrocie….. no cóż chciałbym jeszcze raz przed śmiercią poczuć się jak za starych dobrych czasów…
- Głosujmy – mruknął z krzywym uśmiechem rudy, – kto jest za działaniem niech podniesie rękę.
Krasnolud rozejrzał się po zebranych. Tak jak myślał, głosy rozłożyły się po połowie. Zbyt dużo czasu minęło – pomyślał – zbyt dużo, …ale pal licho, życie mamy tylko jedno, a przysięga jest przysięgą – zdecydował po krótkim namyśle. Po czym z krzywym uśmiechem, patrząc na resztę, wolnym ruchem podniósł rękę.
- A więc jednak– jęknął siwy.
- No panowie - rzekł piąty – za krew, honor i chwałę.
- Za krew, honor i chwałę! – odparli wszyscy, jedni głośniej drudzy ciszej.
W powietrzu pojawiła się delikatna nutka oczekiwania, tak jakby świat zamarł na sekundę, zastanawiając jak potoczą się jego losy.
Mimo oporów wąsatego i siwego, po podjęciu decyzji, każdy z uczestników uśmiechnął się. Gdyby ktoś potrafił czytać z twarzy, mógłby na każdej dostrzec podniecenie i oczekiwanie, u niektórych zabarwione strachem lub niepokojem.
W końcu, po sześciu długich, nudnych latach, mieli zrobić to, co do nich należało.
*****
Miasto, przebudzone już zupełnie, zaroiło się od pracujących ludzi. Dzwony, rozbrzmiewające w całym mieście i nawołujące na mszę, przebiły się przez miejski gwar a ich melodia słyszana była na wiele, wiele mil. Dźwięk ten, czysty niczym woda z górskiego strumienia, przenikał do głębi niewielką postać stojącą przed wielką katedrą. Wpatrywała się w drzwi do przybytku a jej ręce wyraźnie drżały. Stojąca na progu ważnych decyzji istota była wyraźnie zmartwiona i strapiona. Po chwili wahania postać powolnym krokiem skierowała się do środka.
Jak zawsze, gdy wchodziła, stawała na progu by w zadumie podziwiać wnętrze największego przybytku Świętej Trójcy w królestwie Deloranu. Okazały budynek, efekt wieloletnich starań cechu budowniczych, prezentował się równie godnie wewnątrz jak i na zewnątrz. Zbudowany na planie krzyża, dzięki strzelistym wieżom sprawiał, iż każdy wchodzący czuł się maleńki. I o to Kościołowi chodziło.
Stojące w niszach marmurowe nagrobki, miejsce pochówku wielu królów z dynastii Mandomerów, nadawały całości aurę dostojeństwa i powagi. Dzięki kolorowym witrażom, budynek został skąpany delikatnym blaskiem, a katedrę wypełniła aura ciszy, która dopełniała reszty. Centrum przybytku stanowił ołtarz z statuami Trzech Bogów. Na środku, między nawami stał posąg Yuna – boga, który, stworzywszy rodzaj ludzki, zasiadł na niebiesiech by w skupieniu obserwować swoich podopiecznych. Złośliwi twierdzili, że Stwórca, podczas tworzenia ludzi musiał być zdrowo pijany inaczej na pewno zastanowiłby się dwa razy nad takim zadaniem. Bóg przedstawiony został w dosyć powszechnym stylu, – jako starca w długiej szacie, z długą brodą i pasterską laską. Jednak uwagę przyciągała twarz posągu, albowiem zamiast zwykłego wyrazu nabożnego skupienia, jego twarz wykrzywiona była w sardonicznym uśmiechu. Różnie interpretowano ten uśmiech, jednakże ostatnio dużą popularność zdobywała teoria pt „ bawcie się dobrze” wysunięta przez kapitana statku „Żelazna Dziewica”, podobno bardzo pobożnego człowieka. Sam biskup pytany o posąg po prostu wzruszał ramionami i wracał do swoich obowiązków.
Po prawej stronie stał posąg Yumenii – małżonki Stwórcy, która widząc efekty mężowskiej pracy, postanowiła powtórzyć jego dzieło i stworzyć świat roślin oraz zwierząt. Wielu teologów twierdziło, iż jako istoty stworzone przez żonę Yuna, musiały ulegnąć dominacji człowieka, tak jak każda żona musiała być posłuszna swojemu małżonkowi. Jednak przypadkowy niedźwiedź zapytany o słuszność takiej teorii, po prostu urwał pytającemu głowę.
Po lewej stronie stał posąg Yogo – zwany także Boskim Podpalaczem. Młodszy brat Yuna, pan Słońca i Księżyca. Niestety sprawowanie władzy nad dwoma przeciwstawnymi siłami spowodowało u niego trwałe rozdwojenie jaźni, co zdecydowanie popsuło jego kontakty z bratem i jego żoną. Tak, więc ludzie i natura, z jednej strony korzystali z mocy Słońca i Księżyca, z drugiej uważali na ich niebezpieczną stronę.
Przed posągami Bogów stał niewielki marmurowy stół, na którym położona była złota misa służąca do odprawiania obrzędów, a po mszy na zbieranie datków. Właśnie przed nią ustawiła się zakapturzona postać. Po obejrzeniu, –którym to już?- posągów i chwili kontemplacji, rzuciła do misy kilka solidów. Kiedy miała się odwrócić i wyjść, w miejscu osadził ją głos wydobywający się z bocznej nawy.
-Już idziesz, Kanae?
Pytającym był mnich o siwej głowie, oszczędnych gestach i sprężystych ruchach, zdradzających obycie z bronią.
Zapytana postać odwróciła się w kierunku nawy. Po krótkiej chwil zdjęła kaptur, odsłaniając długie, kasztanowe włosy i dziewczęcą twarz o zdumiewających srebrnych oczach. Reszta twarzy nie była już tak wyjątkowa, zwłaszcza długa, cienka blizna na krawędzi policzka.
Kanae uśmiechnęła się.
Witaj, wielebny Leodzie – rzekła – jak twoja podróż z Cardaru?
- Cóż…. ujdzie – mruknął mnich gestem zbywając temat, – co się z tobą dzieje? słyszałem kilka plotek na twój temat – powiedział zatroskany – czy to prawda, że pokłóciłaś się z własną matką?
Leod był jedyną osobą, którą od biedy mogła nazywać przyjacielem, tak, więc po chwili namysłu Kanae zaczęła opowiadać.
- wszystko stało się na chwilę po twoim wyjeździe. Jak zresztą wiesz, pani matka nigdy nie tolerowała mojego zachowania. Jest typową przedstawicielką swojego stanu i jak każda szlachetnie urodzona, chciała bym wyszła za mąż, najlepiej za kogoś bogatego, nie narzekającego w sprawie posagu – jej twarz wykrzywiła się w lekkim grymasie – i tak zwlekała bardzo długo z moim zamążpójściem.
Fakt, przecież siedemnastoletnia panna to rzadkość – mruknął Leod, dziewczyna w odpowiedzi mrugnęła figlarnie. Nagle jej twarz stężała
– Myślę, że gdyby ojciec żył wszystko było by inaczej – posmutniała.
- Oj tak ,trzymałby cię żelazną ręką , łobuzico - mruknął Leod tak aby usłyszała. Ona jednak się nie przejęła i kontynuowała .
- Zawsze wolałam polowania niż bale, szermierkę przekładałam nad wyszywanie a jazdę nad wiersze – rzekła – a gniew nie mogącej tego zrozumieć pani matki rósł coraz bardziej, z czego nie zdawałam sobie sprawy . Koniec końców wyrzuciła mnie z zamku – pokręciła z niedowierzaniem.
- Canarotte wyrzuciła cię z domu? – rzekł ze zgrozą Leod – toż to obraza boska… -nagle tknięty przeczuciem spojrzał podejrzliwie na dziewczynę.
- Co ty zrobiłaś?
- Takie tam, drobne sztuczki….- mruknęła zmieszana.
Oczy starego niemal wyszły z orbit. Dawno nie słyszał o czymś takim.
- Ty, szlachcianka, użyłaś magii!? – czyś ty rozum straciła dziewczyno? Kto to widział? Czy zdajesz sobie sprawę, jakie kary grożą za używanie magii bez wiedzy Bractwa? Nie mówiąc już o tym, ze to grzech śmiertelny!?
- Oj tam, zwykła iluzja – mruknęła speszona dziewczyna- pani matka wydała ucztę na cześć mojego nowego zalotnika – hrabiego Nausewitz, wiesz tego grubasa z czterema podbródkami i trzema synami.
Hrabia Nausewitz, niedobrze – pomyślał mnich – może stary i gruby, ale jego hrabstwo należy do najbogatszych, a sam hrabia mimo złotego serca i rubasznego humoru, miał skłonności do alkoholu i zdecydowanie nie potrafił śmiać się z samego siebie.
Tymczasem Kanae mówiła dalej:
- Całą ucztę musiałam go znosić, jego i jego synów, którzy są kilka lat starsi ode mnie. Znosiłam ich przechwałki na temat ubitej zwierzyny czy pokonanych wrogów. Udawałam głuchą, kiedy po pijaku wynosili swoje cnoty nad powałę. Jednak, kiedy jeden stwierdził, że należałoby wytłuc wszystkich magów, nie zdzierżyłam – na chwile przerwałaby zaczerpnąć oddech, oczy jej błyszczały.
Leod niedostrzegalnie westchnął. Problem jak zwykle tkwił w zadawnionych urazach rycerstwa do „magicznej menażerii” jak nazywano pogardliwie magów (za ich plecami oczywiście). Szlachetnie urodzeni, wściekli na odebranie im części przywilejów, jawnie oskarżali o to Bractwo Tajemnic. Do tego należałoby dodać, pogardę dla magii, którą uważano za coś pośledniego, podobnego do pałek czy motyk używanych przez chłopstwo.
Ale to nie wszystko – pomyślał stary – w Kherr magowie poparli Myszobrodego. Nieważne, że Delorańscy czarodzieje walczyli po stronie prawowitego władcy. Dla rozwścieczonego rycerstwa wszyscy użytkownicy magii byli tacy sami.
Co mu zrobiłaś, dziecko? – mruknął zrezygnowany – co go podkusiło, żeby nauczyć ją kilku sztuczek?
Może i był mnichem, ale wychodził z założenia, że w życiu może się przydać wszystko. Po za tym liznął trochę magii na studiach teologicznych.
- Po co mi to było? – mruknął zrezygnowany – ani mi nie przyniosło żadnych pożytków, ani jej. Chociaż trzeba przyznać, nieźle jej szło – myśl ta pojawiła się w jego głowie, po czym szybko zniknęła pod wpływem grozy.
Co zrobiłaś hrabiemu? – wysapał, nie wierząc własnym uszom.
Zmieszana dziewczyna powtórzyła cichutko:
- Korzystając z iluzji dorobiłam hrabiemu świński nos i ośle uszy.
*****
Słoneczko kochane ,proszę nie świeć tak głośno –jęczał Nicolas ,sennie kiwając się w siodle. Kac ,wywołany spirytusem i pitą później śliwowicą , nie puszczał go od rana. Nawet sekretne receptury Kaia nie bardzo pomagały. Kai…. Przez opary alkoholu Nicolas próbował odtworzyć wydarzenia poprzedniego wieczora. Chociaż ,to na pewno było wczoraj? – zastanowił się - Tak ,chyba wczoraj. To kiedy wszystko się urwało? – zamyślił się głęboko.
Po kilku minutach grzebania w zakamarkach pamięci i wyciągania siłą ,spitych wspomnień odtworzył całą wczorajszą historię. Wcale, ale to wcale mu się nie spodobała.
Dziesięć godzin wcześniej
Kula z głośnym łomotem wbiła się w drewniane bale stanowiące ściany karczmy. Kiedy powoli do każdego docierało co się stało ,karczmarz obdarzył nielicznych gapiów specyficznym uśmiechem ,uzmysłowiając każdego o ważnych ,zapomnianych obowiązkach.
- No panowie ,teraz będziemy mogli porozmawiać w spokoju – rzekł Kai .Jego spojrzenie utkwiło na leżącym z otwartą gębą Knirze.
- Zawsze lubiłeś leżeć na podłodze –mruknął – ale zwykle miałeś pod pachą flaszkę gorzały ,chociaż śmierdzi ci z gęby tak jak wtedy ,w Pętelce.
- Co teraz zrobisz ,tchórzu? , zabijesz i wrzucisz do gnojówki? – zapytał Wołgo.
Jak mogłem dać się tak podejść ? – myślał sfrustrowany Nicolas – ten człowiek nie jest normalny – myślał gorączkowo - ,ale walka z nim to szaleństwo – pomyślał obserwując karczmarza. Ustawiony w pozycji bojowej ,mimo stoickiego spokoju na twarzy, uważnie obserwował siedzącą (i leżącą) trójkę. Chwyt na korbaczu był krzepki i pewny, a chłopak nie ufał wbitej w bale żelaznej kuli.
- Ale bagno – mruknął zrezygnowany.
Na twarzy Kaia pojawił się uśmiech, odsłaniający białe, zdrowe zęby.
- Zabić was mogę potem, teraz, skoro tu jesteście to wolałbym pogadać.
- O, jaka niespodzianka, czyżbyś chciał się tłumaczyć – warknął Sztych.
Kiedy wyrzekł te słowa, twarz Kaia natychmiast spochmurniała. Z ponurym wyrazem twarzy wyrwał kulę ze ściany, po czym wyrzucił korbacz za siebie, pod przeciwległą ścianę. Podniósł do twarzy dłoń w rękawicy i syknął:
- Nie zgrywaj chojraka najemniku. Nawet nie próbuj podważyć mojej decyzji ,suczy synu.
Głęboką ciszę przerwał basowy rechot Knira. Krasnolud złapał się za brzuch i rechotał ,aż łzy pojawiły się w jego piwnych oczach.
Kiedy się śmiał Nicolas zauważył dziwną zmianę u Wołga i stojącego nad nim Kaia. Najpierw wyraźnie zdziwieni ,potem jakby napłynęło zrozumienie i obaj uśmiechneli się szeroko. Młody szlachcic nie mógł tego zrozumieć.
-Co jest ? – zapytał zdziwiony.
Obydwaj spojrzeli na niego.
- A to kto ? – zapytał zdziwiony Kai
Nicolas ,uprzedzając odpowiedź Sztycha wstał i przedstawił się :
- Nicolas von Kamilsdorf ,syn pana na Kamilsdorfie ,barona Albrechta
- Albrechta? – zainteresował się Kai - byłego podczaszego króla Mandomera?
- Noo.... tak – wydukał zakłopotany Nicolas ,nie miał pojęcia ,że ktoś pamięta i kojarzy jeszcze tą przykrą sprawę przed laty.
- Jak się miewa Merkal?
- Skąd znasz mojego starszego brata? – zapytał zdumiony chłopak.
- Słabo go znam ,na pewno mniej niż twojego ojczulka – pokrętnie rzekł Kai.
Nagle na Nicolasa spłynęło olśnienie. „Unikaj południowego traktu” –rzekł miesiące temu Albrecht – „może i jesteś szurnięty, ale nie aż tak....” . Czyżby chodziło o to? Ale niby dlaczego?
- W każdym razie – rzekł by zmienić temat – co to było ? ten śmiech? – zapytał zezując na uśmiechniętego krasnoluda.
- Ach ... – westchnął Wołgo – widzisz…. Ponad dwadzieścia lat minęło od tamtej chwili….- spojrzał chłopakowi w oczy – a jednak to prawda ,że historia kołem się toczy ....
- Możesz mówić jaśniej?. Nicolas już domyślał się odpowiedzi.
- Chodzi mu o to – mruknął Kai - ,że wszyscy poznaliśmy się w takiej samej sytuacji ,tylko ,że zamiast ciebie byłem ja ,a atakującym był… no cóż…. twój ojciec.
Zdumiony chłopak spojrzał na Knira.
- Skubany ,wyczuł pismo nosem – mruknął do siebie.
Siedem godzin wcześniej i dwa dzbany później.
- Oż cholera Wołgo ,na przyszłość nie syp tyle prochu do spirytusu, jutro muszę wstać wcześnie – skrzywił się niemiłosiernie Kai.
- Jesteś pewien co robisz Kai? ,masz przecież karczmę ,i dalej nie powiedziałeś nam czemu odszedłeś – mruknął Wołgo polewając dla odmiany śliwowicy.
Kai spojrzał na pijanych towarzyszy. Wszyscy po za nim byli już zdrowo wcięci , a na ławie walały się garnce po śliwowicy .Nieprzytomny Nicolas spał na ławie a Knir zajęty był nieustannym polewaniem sobie spirytu.
- O karczmę się nie boję ,zostawię ją Bercie i jej mężowi Branowi ,zresztą srał pies karczmę.
- W dalszym ciągu nie wiem czemu odszedłeś.
Pij ,Wołgo – mruknął Kai – pijani nie martwią się o takie rzeczy…
- Mam to w dupie! – warknął Wołgo po czym wyrzucił wszystko z siebie:
- Pamiętasz nasz odział ? młodzi byliśmy ,wierzyliśmy ,że coś możemy zrobić z tym chorym światem pod wodzą Myszobrodego. Było nas szesnastu wtedy. Szesnastu wykolejeńców pozbieranych z rynsztoków i bram. Specjalnie wybrani ochotnicy ,pamiętasz? Też tam byłeś ,chociaż do tej pory nie wiem jakim cudem ,przecież byłeś studentem!.
- Wołgo golnął potężnie z garnca ,był wyraźnie pijany ,po chwili mówił dalej.
- A pamiętasz naszą pierwszą bitwę? Rzygaliśmy wtedy jak koty ,wszyscy ,ale nie ty. Ty stałeś nad grobem Dalnira i ostrzyłeś miecz. Wiedziałem już wtedy ,że coś w tobie zdechło. Do tego ta rękawica i opaska…. do cholery jasnej ,byłeś największym świrem w oddziale i dlatego zostałeś dowódcą ,dowódcą ludzi którzy przestali nimi być na własne życzenie.
Zgodziłeś się .Było nas coraz więcej ,ale stara grupa topniała ,Brokk spalony żywcem w stodole w Dolnym Nazirze ,Czarna upieczona błyskawicą jeszcze przed Ross.. Umieraliśmy dzień po dniu ,o wschodach i zachodach ,za każdym razem gdy wyczołgiwaliśmy się z barłogów. W końcu nie zostało w nas nic.
Ale ty umarłeś pierwszy ,pamiętasz? Dzięki temu sprawdziłeś się jako przywódca. Każdy lubi jak kapitan jest opoką ,zachowuje się normalnie w morzu szaleństwa. Wyzbywając się emocji ,stałeś się dla nas wzorem ,ucieczką od szaleństwa ,co z tego ,że w gruncie rzeczy byłeś bardziej szurnięty niż my. Kiedy wszyscy rzygali na widok wyrwanych trzewi młodego Byrda, ty jeden wtedy zachowałeś spokój, po prostu skróciłeś jego męki obcinając mu głowę.
Pamiętasz jak przysięgaliśmy sobie wierność? Ja pamiętam ten dzień jak dziś. Szary poranek, polana, na której walały się otoczaki i połamane drzewa. I my. Ludzie ograbieni. Pamiętasz, co wtedy powiedziałeś? O co się zapytałeś wtedy? I pamiętasz naszą odpowiedź?
- Kim jesteśmy? – mruknął Kai.
- Nikim – szepnął Wołgo.
- A skoro jesteśmy nikim, to nie mamy nic do stracenia – rzekł karczmarz z kamienną twarzą.
- Idźmy więc mordować, palmy z uśmiechem na twarzach, plądrujmy śmiejąc się, bo tylko tym możemy udowodnić, że istniejemy – odrzekł Sztych, smętnie patrząc na dębowe deski stołu.
- Dobrze, że pamiętasz – mruknął rzuciwszy spojrzenie w stronę Kaia. Ten siedział oparty o ścianę, w zadumie pijąc z glinianego kubka. Po chwili mówił dalej:
- Tydzień później dotarliśmy pod Ross. I wtedy znowu zdjąłeś rękawicę…..
Pięć godzin wcześniej.
Wołgo spał, spity niemal do granic, opierając na blacie stołu swoja głowę. Urwawszy przed godziną swój monolog, zakończył długą popijawę. Jedyną w miarę trzeźwą osobą był Kai Hernisson. Rozwalony na ławie ,wolno sączył palący spirytus i rozmyślał. Nagle ,jakby tknięty impulsem ,wstał i spokojnym krokiem udał się za ladę ,do swojego pokoju. Zabrał z okutej skrzyni miedziane lusterko. Po chwili ,niepewnie ,podniósł je do twarzy.
- Nigdy nie patrz w otchłań ,bo ona może spojrzeć na ciebie – mruknął rozbawiony trafnością tych słów. Szybkim ruchem zdjął opaskę ,odsłaniając oko. Jego twarz stężała ,a usta rozciągnęły się w upiornym uśmiechu.
Ujrzał czyste szaleństwo.
Po chwili ,nałożył opaskę z powrotem i powrócił do pijanych towarzyszy.
- Szkielet wciąż tańczy – mruknął, po czym podszedł do lady z pod której wyciągnął białą płachtę materiału. Rozwinął ją, jego spojrzenie utknęło na wyhaftowanym obrazie. Po chwili złożył ją z powrotem i schował pod kamizelką.
- Teraz broń.
Podszedł do jednej z ław ,po chwili bacznej obserwacji odnalazł niewielkie wgłębienie ,jednym ruchem odciągnął kawałek drewna. Kai spojrzał uważnie. Na podłogę upadły dwa zdobione złotem sztylety o jelcach w kształcie węży.
Trzy godziny wcześniej.