Magdzie oraz wszystkim podążającym Drogą
Znowu upadłem. Wycieram mordą bruk, krew z rozbitego nosa zalewa szczeliny między kocimi łbami, jedną ręką wylądowałem w rynsztoku, drugą w psich odchodach. Śmierdzę potem i wódą. Z okna kamienicy ktoś wylewa na mnie pomyje. Wymiotuję pod siebie.
Zamykam oczy i wstaję. Nogi mi się rozjeżdżają, nie zgadzają mi się strony. Pod powiekami tysiące kolorowych kręgów i czwarty wymiar. Chwiejnym krokiem zaczynam wędrówkę. Od początku. W górę i w górę. Do słońca, do nieba. Uparcie zdobywam kolejne metry. Tak jak zdobywa się kobiety – jest ciężko i trzeba się nieźle napocić, ale sukces daje niesamowite poczucie spełnienia. Prawie-katharis, oczyszczona strona. Jak kameleon. Wtapiam się w barwy tła, razem z sową, psem i wszystkimi innymi, którzy przytrafiają mi się po Drodze. Towarzysze doli i niedoli. Podróżnicy tacy jak ja - do słońca, do nieba. W górę ręce. Kolejny krok kosztuje niemało. Nadzieja, wiara i miłość. Pierwszą żywię, drugą mam w sobie, trzecią roztaczam wokół. Wszystko zaczyna kwitnąć. Kwitną autostrady, pomniki i dachy. Spomiędzy płyt chodnikowych wychylają nieśmiało głowy zielone roślinki, kwitną wiśnie na biało, brązowe kasztany spadają na ulice – istna kasztanowa powódź, która zabiera ze sobą samochody z parkingów i autobusy z przystanków. Tramwaje jakoś się opierają, ale chyba tylko dzięki motorniczym, którzy z pasją szarpią swoje dźwignie w szaleńczej walce o maszyny. Walkę tę przegrywają, tramwaje z oleistym mlaśnięciem odklejają się od torów i szybują ponad miastem jak wielkie ptaki ścigając się ze żelaznymi sterowcami, gdzie wielcy tego świata niestrudzenie przędą zdradliwe sieci czarnej magii. Duch w maszynie, maszyna w duchu, pokój na ziemi. Nie istnieje droga prowadząca do pokoju. Pokój jest Drogą. Spokój jest Drogą. Na Drodze spotykam ciebie. Też szamoczesz się w przestrzeni, nie możesz określić gdzie góra, a gdzie dół. Otacza cię wielki mur, czerń i biel; opętana w te kolory musisz trwać. Łapię cię za rękę i od tej pory wszędzie idziemy razem, nic nas nie rozdziela. Czarny, niemy ekran przestaje być domem. Błękit twych oczu rozświetla cyfrową pustkę, aż słońce wychodzi zza chmury, a ja ci gram na waltorni albo może trąbie. Dmę i dmę, aż wióry lecą. I wciąż trzymamy się za ręce.
Otwieram oczy.
Jest. Niebo. Ty jesteś. Ja jestem. Jesteśmy. Niebo. Ryzykuję szybkie spojrzenie w dół. Wysoko. Kiedy przeszliśmy taki kawał drogi? Do samego nieba? Białe chmury leniwie przechadzają się szlakami wytyczonymi przez białe orły. Wokół pachnie marcepanowo, a zachód ma kolor czerwonego wina. Słońce tu jest wieczne. Słońce jest nasze. My jesteśmy wieczni. ¿Qué hora es mi corazón? Tu nie ma czasu, moje serce. Czas się tu nie liczy. Tu jest niebo.
Im wyżej się jest, tym niżej i boleśniej się upada. Ktoś wciska mi do ręki tanie wino owocowe. Szczerzę zęby. Z drugiej strony, myślę (patrząc na pełną do połowy butelkę), im głębszego dna się dotknęło, tym wyższe niebo do zdobycia. Pociągam z butelki. Biorę całkiem spory łyk, słodki płyn powoli ścieka do żołądka, po którym rozlewa się przyjemne ciepło. Odstawiam butelkę na chodnik i zaczynamy nową wędrówkę. W mojej dłoni twoja – czuję każdy nerw. Wokół pachnie marcepan.
Leeds, 06.08.2009