Na początek chciałbym zaznaczyć, że jest to tylko początek nowej opowieści, którą teraz piszę, więc zakończenie tak naprawdę jest tylko końcem akapitu :) Nie wiem gdzie mnie poprowadzi pióro, nie chcę używać wielkich słów jak 'powieść', ale kto wie... Zapraszam do lektury, opowiadanie jest osadzone w przyszłości (niezbyt dalekiej), ale utrzymane - mam nadzieję - klimacie horroru/fantasy. Mam nadzieję że wyjdzie ciekawy mix. 'Obudziłem się o północy' jest tytułem roboczym, chociaż bardzo mi się podoba, możliwe że tak zostanie.

Przemysław Małacha

Obudziłem się o północy

Obudziłem się o północy. Przez chwilę nie wiedziałem gdzie jestem, ten dziwny stan pomiędzy jawą a snem, gdy wszystko wydaje się miękkie i gąbczaste, perspektywa załamuje swoje trójwymiarowe ręce i wychodzi na spacer, a struktura rzeczy rozmywa się pastelowo pomiędzy dwoma światami; ściany mają uszy, szafy mają ręce, lustra mają oczy… I dopiero po kilku sekundach wraca jasność myślenia i człowiek rozbudza się na dobre, siada na łóżku i myśli ‘Cholera, która jest godzina?’, po czym patrzy na pulsujące elektroniczną czerwienią pośród ciemności pokoju cyfry zegarka stojącego obok lampki nocnej na małej szafce przy łóżku, i zdaje sobie sprawę, ze jest równo północ, i że to bardzo dziwne obudzić się dokładnie o tej porze, i w tym momencie godzina zmienia się na minutę po i człowiek czuje pragnienie, wstaje więc z łóżka, wsuwa na nogi kapcie, które warują na dywanie i idzie powoli w stronę drzwi przecierając zaspane oczy.
Otworzyłem drzwi od sypialni (zawsze śpię z zamkniętymi drzwiami, inaczej nie potrafię zasnąć) i wyszedłem do przedpokoju, po czym skierowałem swe kroki w stronę kuchni. Nie zapalałem światła, znałem drogę. Podszedłem do zlewu I do szklanki, którą wziąłem z suszarki, nalałem wody z kranu. Wypiłem ją duszkiem i nagle zrobiło mi się zimno, a przez moje ciało przebiegł dreszcz. Odstawiłem szklankę na suszarkę i odwróciłem się z zamiarem powrotu do ciepłego łóżka. Wtedy zobaczyłem, że okno w kuchni jest otwarte na oścież. Dziwne, na pewno nie otwierałem go na noc, jest grudzień! Okno mojej kuchni wychodziło na ciemne, zagracone zardzewiałymi sprzętami kuchennymi i butwiejącymi meblami jeszcze z epoki PRL-u podwórko otoczone z każdej strony odrapanymi, wysokimi, starymi kamienicami. Mieszkałem w wynajmowanym dwupokojowym małym mieszkaniu na piątym piętrze takiej kamienicy w starej dzielnicy Miasta. Przez okno wlewała się do kuchni pomarańczowa poświata jedynej działającej na podwórzu starej elektrycznej latarni, w ciepłym świetle widziałem mnóstwo wirujących płatków śniegu leniwie spadających z nieba i przesłaniających widok – naprzemiennie lekko prószyło albo ostro sypało od kilkunastu dni, całe miasto było pod grubą warstwą śniegu, który przyjemnie wytłumiał atmosferę. Podszedłem do okna i wychyliłem się lekko, sięgając jego skrzydeł, żeby je zamknąć. I wtedy go zobaczyłem. Wisiał w powietrzu, tuż pod moim oknem. Na początku nie wiedziałem na co patrzę: duży, obły, kokonowaty kształt lekko kołyszący się w górę i w dół; dopiero po kilku sekundach zaczęły pojawiać się szczegóły: podkulone nogi, skrzyżowane na piersi ręce, tuż ponad nimi opuszczona głowa, długie, ciemne włosy opadające niemal do pasa i… duże białe skrzydła otulone wokół górnej części ciała. Anioł. Anioł unoszący się w powietrzu pod moim oknem kuchennym w zimowej nabożnej, puchatej ciszy, otoczony leniwym kundalini wirujących płatków śniegu i oświetlony ciepłym, pomarańczowym światłem latarni, w grudniu, o północy.
Stałem I gapiłem się bez ruchu, zastanawiając się czy śnię, czy postradałem zmysły, czy może ta wczorajsza gandzia od Dzika była zakropiona jakimś chemicznym świństwem. Nagle anioł (To musiał być anioł! Tylko anioły przybierają postać wysokiego mężczyzny z białymi skrzydłami!) podniósł głowę i spojrzał mi w oczy. Jego własne były bezdennymi studniami świetlistego, jasnego błękitu, który momentalnie wsysał i zabierał w otchłań. Zatoczyłem się do tylu, mój umysł zawył z rozkoszy, straciłem słuch, przed oczami zobaczyłem miliony tęczowych kręgów, przez całe moje ciało przeszedł tysiąc dreszczy, a moje lędźwie eksplodowały najwspanialszym gorącym orgazmem. Upadłem na kolana i, oszołomiony tym co się właśnie stało, zacząłem cicho łkać. Kręciło mi się w głowie.
Usłyszałem szum skrzydeł i owiał mnie podmuch mroźnego powietrza, otrzeźwiając nieco. Uniosłem głowę i zafascynowany patrzyłem jak anioł osiada lekko na stole, siadając w kucki, rozszerzając kolana i kładąc pomiędzy nimi płasko dłonie, pochylając się nieco do przodu. Przypominał bardziej zwierzę niż... Właściwie niż co? Istotę ludzką? Nie zauważyłem kiedy skrzydła znów zawinęły się wokół tułowia. Anioł uniósł głowę. Momentalnie wbiłem wzrok w podłogę, obawiając się, ze moje serce albo mozg nie wytrzyma drugi raz takiej dawki endorfiny.
- W porządku, możesz na mnie spojrzeć. – Usłyszałem glos, przypominający barwą cichy i głęboki ton narratora z nocnej jazzowej audycji radiowej – spokojny, pewny i brzmiący bardzo kojąco, niemal usypiający wibracją niskich fal. – To się juz nie stanie. Wszyscy śmiertelnicy tak reagują za pierwszym razem, kiedy nas widza. No dalej, spójrz na mnie. – Dodał rozkazująco, kiedy wciąż wbijałem wzrok w podłogę. Miedzy nogami miałem lepko i ciepło, wciąż trochę kręciło mi się w głowie, a kiedy podniosłem oczy wszystko było lekko rozmyte. Zamrugałem kilka razy i ostrość widzenia poprawiła się; Anioł był wciąż na stole w tej samej pozycji. To musi być sen, pomyślałem, musi. Wtem okno zamknęło się z trzaskiem. Podskoczyłem. Anioł ani drgnął. Cofnąłem się pod ścianę chwiejnym krokiem i oparłem plecami. Spojrzałem na anioła, prosto w te błękitne ognie płonące mu w oczach. Teraz dostrzegłem, że nie ma źrenic ani białek, cale oczy wypełnione były jaskrawym, fluorescencyjnym błękitem, który ciągle zmieniał odcień i natężenie barwy – od niemal białego jasnego błękitu chmur na letnim niebie po czarny granat bezgwiezdnego nieba zimową nocą; były w tych oczach tornada i zdradliwe wiry, była akwamarynowa toń oceanu, fioletowe wieczorne niebo, ciemne tafle jezior i meandry niebieskoszarych rzek. Człowiek mógł oszaleć patrząc w te żyjące własnym życiem oczy, wszystko tam nieustannie poruszało i zmieniało się. Można było utonąć w tej czterowymiarowej przestrzeni.
Biła od niego mdła biała poświata, tak że było go dobrze widać w ciemnej kuchni. Miał długą twarz, gładką i bez śladu zarostu, wąskie wargi, ale szerokie usta i mały nos oraz długie, proste, ciemne włosy, które jeszcze bardziej wydłużały mu twarz. Te niesamowite oczy były pięknego migdałowego kształtu i lekko skośne, trochę podobne do oczu azjatów. Po bokach głowy z włosów wystawały lekko spiczaste uszy. Wokół górnej części ciała owinięte były skrzydła, które nachodziły na siebie. Były one pokryte piórami, białymi z czerwonawymi końcówkami. Skrzydła poruszały się nieznacznie. Zaczynały się gdzieś za plecami i sięgały do samego stołu, ich końcówki kładły się miękko na blacie. Anioł miał na nogach rodzaj czerwonej zbroi, składanej na kolanach, tak ze mógł swobodnie zginać nogi. Taki sam kolor przeświecał z klatki piersiowej, pomiędzy rękami i skrzydłami. Na stopach miał długie buty na cienkiej podeszwie, wyglądały na skórzane. Były również czerwone i sięgały do połowy łydki, nachodząc na zbrojne nogawice. U jego lewego boku – dopiero teraz to zauważyłem – była przytroczona krotka czarna pochwa. Ciężko było stwierdzić czy coś w niej się znajduje, gdyż górna część ginęła pod skrzydłem.
Anioł siedział wciąż w tej samej pozycji, w kucki, z dłońmi na stole między nogami, pochylony do przodu z lekko przekrzywioną głową, jakby węszył. Trwał bez ruchu dopóki się nie napatrzyłem. W końcu powiedział tym samym głębokim basem:
- Nazywam się מלאך. – Wydał tu z siebie serię chrapliwych i świszczących dźwięków. – Co w ziemskim języku znaczy Mal’ach, Posłaniec. Takie jest moje imię. – Po czym zamilkł. Odpowiedziałem drżącym głosem:
- Na... Nazywam się Mateusz Marut. –
- Wiem jak się nazywasz, Mateuszu. – Mówiąc to anioł zachował kamienną twarz, nie odbijały się na niej żadne uczucia. Ciężko nawet powiedzieć, że patrzył na mnie, jego twarz zwrócona była w moją stronę, ale brak źrenic powodował, że nie wiadomo było, na co patrzył. Czy w ogóle widział tymi oczyma? –
- Nosisz w sobie nasienie, Mateuszu. Jesteś korzeniem. Uważaj na sny, bowiem są przesycone tym, który wyrośnie z nasienia. Spotkamy sie jeszcze. - Powiedział i nagle dziwnie zadrżał cały - jakby coś go wystraszyło albo poczuł na plecach czyjś wzrok. Na ułamek sekundy odwrócił głowę w stronę krzyża wiszącego na ścianie, po czym okręcił całe ciało w stronę okna i jednym susem rzucił sie na nie. Osłoniłem ręką oczy będąc pewien, że roztrzaska szybę w drobny mak, jednak nic takiego sie nie stało, nie usłyszałem brzęku tłuczonego szkła. Kiedy spojrzałem ponownie, stół był pusty, okno zamknięte, a za oknem miliardy drobnych płatków śniegu wirowały w leniwym kundalini, pogrążając świat w pomarańczowej ciepłej ciszy.

O_O_O

Następnego ranka obudziłem sie zlany potem. Moj mozg pracował na najwyższych obrotach od momentu kiedy otworzyłem oczy. Zerwałem się z łóżka i popędziłem do kuchni. Okno było zamknięte, stół był cały, obrus leżał równiutko, bez najmniejszej fałdki. Podłoga była czysta. Poszedłem do łazienki i sprawdziłem bieliznę – także była czysta, ani śladu po nocnej przygodzie. Musiało mi się przyśnić, pomyślałem, cholera, najdziwniejszy sen jaki kiedykolwiek miałem! Wziąłem gorący prysznic, podczas którego nie mogłem jednak przestać myśleć o całym zdarzeniu. Sen był przerażająco realny, pamiętałem dokładnie każdy najmniejszy szczegół – to jak anioł wyglądał, to co działo się za oknem, to co przeżyłem kiedy spojrzałem mu w oczy... Wydawało się to zbyt realne na sen, a jednak ślady – a raczej ich brak – świadczyły, ze był to sen. Usilnie starałem się myśleć o czymś innym, ale nie mogłem. Zakręciłem wodę i wyszedłem z kabiny ociekając woda. Powoli poszedłem do przedpokoju i drżąc z zimna stanąłem przed lustrem, po czym spojrzałem na swoje odbicie. Czujnymi, brązowymi oczyma patrzył na mnie dobrze zbudowany trzydziestolatek o mięśniach trenowanych co tydzień na pobliskiej siłowni. Czoło zasłaniała bujna czarna czupryna, z której zaczynały wyglądać na świat pierwsze siwe włosy. Moja nieco kwadratowa twarz o pełnych ustach i płaskim nosie nigdy mi się specjalnie nie podobała, ale też nie przejmowałem się nią zbytnio, szczególnie że większość przedstawicielek płci pięknej twierdziła że niezły ze mnie kąsek. Odwróciłem się i obejrzałem przez ramię. Na plecach miałem czerwono-różową świeżą bliznę, która biegła wzdłuż kręgosłupa od nasady karku aż do kości ogonowej. Blizne, której nigdy wcześniej nie widziałem i której zdecydowanie nie było tam wczoraj.
Oblał mnie zimny pot. Przez chwile stałem jak zamrożony i wpatrywałem się w bliznę, mając nadzieje ze zniknie. Blizna najwyraźniej nie miała takiego zamiaru, bo gdy spojrzałem ponownie, zamrugawszy kilka razy, wciąż tam była. Zrobiłem krok do tylu i przyjrzałem się jej. Była dość nierówna i szeroka, z poszarpanymi brzegami, jakby ktoś głęboko rozharatał moje ciało tępym nożem z ząbkami. Jej końce, na górze i na dole, były nieco węższe niż pozostała część, blizna była różowoczerwona i zdecydowanie świeża. Dotknąłem jej lekko opuszkiem palca - była wypukła i miękka, ale nie czułem żadnego bólu.
- Cholera, cholera – powtarzałem te słowa jak mantrę, stojąc nago przed lustrem i spoglądając na bliznę. – Cholera, cholera. Co to jest? – Pomyślałem, że nie mogę tak stać cały dzień gapiąc się w ta pieprzona szklana tafle. Poszedłem do pokoju i ubrałem się, szczególnie uważając przy zakładaniu koszulki, ale blizna nie bolała nawet kiedy bawełniany materiał otarł się o nią. Wygiąłem kilka razy kręgosłup w przód i w tył, ale nic nie czułem. Żadnego bólu, swędzenia, nic. Poszedłem do kuchni, zaparzyłem kawy, zrobiłem tosty i usiadłszy przy stole zacząłem się zastanawiać co to wszystko znaczy i co powinienem zrobić. Pogryzałem chrupiący chleb i popijałem gorzki napój i nic nie przychodziło mi do głowy. Gdzieś w głębi czaszki wciąż tłukło mi się ‘Cholera, cholera’, uspokajało mnie to w pewien sposób.
Po śniadaniu zadzwoniłem do firmy ze starego domowego telefonu bez wideo i powiedziałem, że mam małe kłopoty i parę spraw do załatwienia, więc nie przyjdę dziś do pracy. Nie mam większego problemu w podobnych przypadkach, gdyż jestem jednym z najlepszych fachowców w swojej dziedzinie i wiem, ze firma ceni moja prace, jednocześnie nie mogąc sobie pozwolić na zwolnienie mnie, gdyż nie ma zbyt wielu ludzi w Mieście potrafiących równie skutecznie co ja chronić systemy korporacyjne przed nanowirusami. Oczywiście nie nadużywałem zbytnio swej uprzywilejowanej pozycji, tylko w ekstremalnych przypadkach. Przypadek taki jak ten był o całą ligę wyżej niż ekstremalne, dlatego bez skrupułów powiedziałem jeszcze, że nie wiem co z tego wyniknie i że mogę nie pojawić się przez kilka dni. Jakby co łapać mnie przez comdev albo przez sieć. Szef skwitował to krótkim ‘Ok’ i ‘Mam nadzieje, ze wszystko się ułoży, Mat’ po czym życzył miłego dnia i odłożył słuchawkę. Miłego dnia, cholera. Westchnąłem.
Zacząłem zastanawiać się co teraz... Co powinienem zrobić? Do kogo się udać? Czy w ogóle do kogoś się udawać? A może wciąż śnię? Jeśli tak, to jest to najbardziej realny sen, jaki kiedykolwiek miałem! Jeśli nie śnię, to czy wczorajsze zdarzenie też nie było snem? Czy to był naprawdę anioł? I co ta różowa blizna robi na moich plecach? Zbyt wiele pytań i żadnych odpowiedzi. Nieświadomie zacząłem krążyć po mieszkaniu. Włączyłem ekran na ścianie i pogapiłem się chwilę nic nie rejestrując. Poszedłem do kuchni i otwarłem okno po czym wychyliłem się na zewnątrz. Świat pokrywała gruba warstwa śniegu, wytłumiając wszelkie odgłosy, powietrze było nieme i kłuło płuca igiełkami mrozu. Słońce schowało się gdzieś za grubą warstwą ciężkich – wydawało się, że wiszących tuż nad dachami budynków - chmur ołowianego koloru. Paskudny dzień na wyjaśnianie metafizycznych zagadek.
Rozejrzałem się wokół – ani śladu po wiszącym tu wczoraj obłym kształcie. Podwórko było puste, za to w bramie zobaczyłem jakiś cień kulący się pod ścianą. W tym momencie cos mnie tknęło, jakiś impuls kazał mi nagle wyskoczyć przez to okno, jakby ktoś inny kierował moimi ruchami. Odbiłem się mocno od podłogi, rzuciłem w przód i runąłem głową w dół. Na sekundę opanował mnie ślepy strach i szaleńcza panika, ale znowu jakby ktoś inny przejął kontrolę: wystawiłem ręce w przód, pacnąłem dłońmi mijany właśnie parapet odbijając się od niego lekko i używając nabytej siły żeby okręcić się wkoło, po czym miękko wylądowałem jak kot na czterech kończynach wpadając w zaspę śniegu. Wstałem. Nogi trzęsły mi się jak galareta. Co ja zrobiłem? Wyskoczyłem z piątego piętra i wykonując akrobacje jak jakiś pieprzony ninja spadłem bez szwanku na ziemie! Niestety nie dane mi było głębiej się nad tym zastanowić gdyż ta sama obca siła zmusiła mnie do działania. Moje ciało poruszało sie wbrew rozkazom płynącym z mózgu. Mimo woli ruszyłem wolno w stronę ciemnego prostokąta bramy, odcinającego sie czernią wnętrza od jaskrawej bieli śniegu wokół. Całkowicie straciłem władzę nad tym co robię, zaczęło mi sie lekko kręcić w głowie, straciłem ostrość widzenia i otoczenie zrobiło się rozmyte i rozedrgane, jednocześnie wszystkie barwy stały się niemożliwie nasycone i jaskrawe. W uszach słyszałem wysokotonowy pisk. Zaczął on narastać w miarę jak zbliżałem się do bramy, która teraz była rozmazaną, nieostrą plamą czerni pośród oślepiającej bieli podwórka. Poczułem również, jak blizna na plecach zaczyna jakby pulsować i poruszać się, zmieniając kształt. Dotarło do mnie, że jest również strasznie gorąca, jakby coś wzdłuż niej się gotowało albo płonęło we mnie. Nagle oślepił mnie jasny rozbłysk światła, jaśniejszy od całej jaskrawości zewnętrza, jednocześnie usłyszałem w głowie głuchy huk, podobny do przytłumionego i odległego huku gromu. Zacząłem biec. To, co widziałem straciło jakikolwiek sens, wszystko wyglądało teraz jakby w podczerwieni, pod czernią ściany widziałem przeplatające się plamy żółci, czerwieni i zieleni – to musiała być postać, którą widziałem z okna. Uniosłem górne wargi, odsłaniając zęby i momentalnie przyskoczyłem do niej, po czym zamachnąłem się ręką, zakrzywiając palce jak szpony. Przez wysoki pisk, który wciąż świdrował moje uszy usłyszałem krzyk. Uderzyłem jeszcze raz, poczułem coś ciepłego na twarzy. Coś, co zaczęło powoli ściekać po moim policzku. Uderzyłem ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze. Nagle ogarnęła mnie jakaś dziwna euforia, wszystko zaczęło wirować, czułem wielką, okrutną radość i ekstazę, czułem się, jakby moje ciało miało rozerwać się zaraz na tysiąc kawałków, blizna na plecach zdawała się płonąć żywym ogniem i pluć płatami płynnej lawy; nagle straciłem świadomość - to coś, co kierowało mną całkowicie przejęło kontrolę. Ogarnęła mnie ciemnoczerwona matowa świetlistość i odpłynąłem w bezmiar zapomnienia.

Skomentuj na forum