Proszę wziąć pod uwagę, że jest to wciąż wersja robocza - do poprawki i zapewne zawiera trochę błędów. Pierwsza część opowiadania dostępna jest na forum. Zapraszam do czytania!

Przemysław Małacha

OBUDZIŁEM SIĘ O PÓŁNOCY (cz. 2)

Świadomość wracała powoli, jakby to była gra wstępna do rzeczywistości. Jej eteryczne place najpierw delikatnie dotknęły mojego zmysłu smaku. Intensywnego, metaliczno-słonego, wdzierającego się w kubki smakowe na języku. Zanim zdążyłem się dobrze zastanowić, wrócił mi również słuch – do moich uszu zaczęły docierać ciche dźwięki pianina. Otworzyłem oczy i rozpoznałem pomarańczowożółte słońce namalowane na błękitnym tle sufitu w mojej sypialni – byłem w domu. Potwornie łupała mnie głowa i czułem wprost proporcjonalne to tego łupania pragnienie. Całkiem jak po tygodniu ostrego imprezowania. Chciałem wstać z łóżka, ale ledwo mogłem się ruszać – wszystkie mięśnie bolały mnie jakbym przebiegł sprintem maraton. Powoli usiadłem i przytrzymując się krzesła stojącego przy łóżku podniosłem się na nogi. Po podłodze porozrzucane były rzeczy, które miałem na sobie wczoraj, na kremowym dywanie było widać brunatne smugi i plamy. Nie mając siły by się nad tym zastanowić zacząłem posuwać się w stronę kuchni podpierając się o ścianę.
Otworzyłem drzwi do przedpokoju i dźwięki pianina nasiliły się, dochodziły z drugiego pokoju – musiałem włączyć hajfi zanim się położyłem. Co właściwie się stało? Nie mogłem trzeźwo myśleć, jedyne o czym myślałem to wiadro wody, które mógłbym w siebie wlać. Dowlokłem się do kuchni i wypłukałem usta. Smak zniknął, woda którą wyplułem miała ciemnoczerwony kolor. Wypiłem jeszcze duszkiem cztery szklanki. Oczyszczacz szumiał jednostajnie. Poczułem się nieco lepiej, wyciągnąłem z lodówki pojemnik z gotowym jedzeniem i nie patrząc co to jest, wrzuciłem do nanofalowki, którą nastawiłem na pięć sekund. Zapachniało kurczakiem, nieźle trafiłem.
Zostawiłem jedzenie w nanofali żeby trochę ostygło i poszedłem do pokoju wyłączyć hajfi, głowa wciąż łupała mnie niemiłosiernie i pianino zaczynało działać mi na nerwy. To chyba jeden z bluerayow z kolekcja archaicznej muzyki poważnej, pewnie Rachmaninow albo inny Szopen – nie potrafiłem rozpoznać w stanie, w jakim się znajdowałem. Lubiłem czasem posłuchać przedpotopowych kawałków, które komponowano bez użycia jakiejkolwiek elektroniki, czysty geniusz muzyków w stanie transu twórczego, rozczochrane siwe włosy, nabiegłe krwią nieobecne oczy i porozrzucane kartki zapisane drobnymi nutkami na szalonych pięcioliniach.
Przechodząc obok lustra mimowolnie odwróciłem się plecami i spojrzałem. Blizny nie było. Ani śladu, jak gdyby nigdy nie istniała. Może to jednak był cholerny sen, wszystko co się zdarzyło od... Właściwie od kiedy? Dźwięki dochodzące z pokoju nagle ucichły. Po chwili zaczął się kolejny utwór, który tym razem rozpoznałem: IX Symfonia Beethovena. Tylko tego mi teraz było trzeba, pieprzonej ody do radości! Ruszyłem do pokoju z zamiarem roztrzaskania całego zestawu hajfi w drzazgi. Łącznie z drogim hologramowym wyświetlaczem wizualizacji. Otworzyłem gwałtownie drzwi i stanąłem jak wryty.
Siedział na kanapie, miał przymknięte oczy i odchylona do tylu głowę. Skrzydła kładły się na oparciu i siedzisku, długie włosy opadały swobodnie do tylu. Tym razem anioł ubrany był w białą tunikę przewiązaną w pasie złotą szarfa. U boku miał ta samą czarną pochwę co poprzednio, wystawała z niej krótka rękojeść z prostym jelcem, ozdobiona na końcu pojedynczym kamieniem piaskowego koloru. Dłonie trzymał płasko na kolanach, obydwa palce wskazujące poruszały się w górę i w dół w rytm muzyki.
- Witaj Mateuszu. – powiedział nagle. Drgnąłem. Anioł powoli podniósł głowę i jeszcze wolniej otworzył oczy. Spojrzałem w ich otchłań. Pomarańczową, nie niebieską. – Nazywam się Fanuel – znów odezwał się anioł i zamilkł, patrząc na mnie. Wiedziałem jakoś, że patrzy mi prosto w oczy, mimo ze nie miał źrenic. Czułem jego uwagę na sobie. W sobie. Zwróciłem teraz uwagę na drobne szczegóły w budowie jego twarzy, które sprawiały że wyglądał zupełnie inaczej niż Mal’ach.
- Ty... jesteś... – tylko tyle zdołałem z siebie wydusić.
- Ja jestem Fanuel. Tak brzmi moje prawdziwe imię. Czy wiesz co ono oznacza? – pokręciłem powoli głową i oparłem się o framugę. Kolana ugięły się pode mną.
- Zapytaj Posłańca. Zapytaj Mal’acha o jego prawdziwe imię. Zapytaj, a będzie musiał ci powiedzieć. Nie wszystko jest tym czym się wydaje, Mateuszu. Pozory mylą, rzeczywistość jest ulotna, a sny się sprawdzają. Śnisz, Mateuszu. Śnisz mnie teraz, a ja rosnę w sile w tobie. Fanuel oznacza Boży Ogień. Ja jestem tym, który stoi z płonącym mieczem u bram Edenu, jam jest Uriel, jam jest Uriah, Jego Ręka, Jego Ogień, Piorun, Grzmot i Przerażenie! – Mówiąc to anioł zaczął rosnąć w oczach. Jego glos stal się tak głośny i potężny, że przestał być słyszalny, do moich uszu dochodził jedynie głuchy huk gromu, znaczenie słów docierało bezpośrednio do mojego umysłu, chociaż nie był to już znany mi język. Anioł był teraz ogromny, większy niż cały pokój, a jednak niewiadomym sposobem wciąż mieścił się w nim i był tutaj, patrzył na mnie z góry, w jego oczach płonęło piekło. Mieszkanie zaczęło się ruszać, ściany zdawały się przenikać nawzajem, rozszerzając i zwężając, jak w ruchomym gabinecie krzywych zwierciadeł rzeczywistości. Upadłem na kolana, zwinąłem się w kłębek i zacząłem się trząść jak w padaczce. Anioł wciąż wypełniał całą przestrzeń swym jestestwem i straszliwym głosem – Jam jest Nasieniem w tobie, Mateuszu Marucie! Ja jestem tym, który zsyła ci sny i kieruje twoimi czynami! Jam jest ogniem zemsty i żarem odkupienia! Obudź się teraz i podpal świat! – Zaczęło od niego bić jasne światło, poczułem je w swoim umyśle, w swoim ciele, w każdej komórce, w każdym nerwie i w każdej mojej myśli.
Nagle wszystko się urwało, jakby ktoś uciął skalpelem linie czasu. W ułamku sekundy zapadła cisza, która wypełniła jednostajnym cichym piskiem moje uszy, jasność zgasła, mój świat za zamkniętymi powiekami spowiła spokojna ciemność i straciłem przytomność.

O_O_O

Obudziłem się.
Świadomość wracała powoli, jakby to była gra wstępna do rzeczywistości. Jej eteryczne place najpierw delikatnie dotknęły mojego zmysłu smaku. Intensywnego, metaliczno-słonego, wdzierającego się w kubki smakowe na języku. Zanim zdążyłem się dobrze zastanowić, wrócił mi również słuch – do moich uszu zaczęły docierać ciche dźwięki pianina. Otworzyłem oczy i rozpoznałem pomarańczowożółte słońce namalowane na błękitnym tle sufitu w mojej sypialni – byłem w domu. Zdałem sobie sprawę, że niesamowicie śmierdzę, jakimś stęchłym zapachem, jak mięso zostawione zbyt długo w lodówce.
Zerwałem się z łóżka. Nic mnie nie bolało, głowa nie łupała. Czułem się wypoczęty i wyspany. Na podłodze obok łóżka leżały rzeczy, które miałem na sobie wczoraj. Kremowy dywan zapaćkany był brunatnymi smugami ciągnącymi się od drzwi pokoju w stronę szafy. Wyszedłem z sypialni i dźwięki pianina nasiliły się, rozpoznałem IX Symfonie. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę pokoju. Drzwi były zamknięte. Zawahałem się tylko sekundę. Zdecydowanym ruchem pchnąłem je i wszedłem do środka. Pusto. Hajfi gra, pół pokoju to psychodeliczna trójwymiarowa wizualizacja kolorowego i pędzącego z zawrotną prędkością tunelu. Wyłączyłem hajfi i projektor holograficzny. Wróciłem do przedpokoju i stanąłem przed lustrem. Odwróciłem się. Powoli. I spojrzałem przez ramie. Blizna różowiła się na całej długości kręgosłupa. Wezbrało we mnie cos dziwnego, cos pękło. Osunąłem się na podłogę i – oparty plecami o zimne szkło – zacząłem cicho łkać. Po chwili jednak pozbierałem się w sobie i postanowiłem wziąć długą i gorącą kąpiel. Wciąż czułem ohydny zapach, chciałem go z siebie zmyć jak najszybciej. I w spokoju zastanowić się nad tym wszystkim. Wróciłem do sypialni i – uważając żeby nie zadeptać brunatnych smug na dywanie – otwarłem szafę chcąc wyjąć ręcznik.
Smród niemal powalił mnie na kolana. Na ugiętych nogach cofnąłem się pod przeciwległą ścianę i ze zgrozą patrzyłem na coś, co wyglądało jak ludzkie ciało rozszarpane na strzępy, jednak nie na tyle żeby odseparować poszczególne części i kończyny. Zwymiotowałem na nagie kolana i na dywan. Wybiegłem z sypialni, zatrzaskując drzwi.
Kurwa, czy ja to zrobiłem? Przypomniałem sobie ogarniającą mnie wczoraj ekstazę i ciosy, które zadawałem gołymi rękoma czemuś małemu, co kuliło się w bramie. Znowu poczułem odruch wymiotny, jednak żołądek miałem pusty i tylko soki zmieszane ze śliną podeszły mi do gardła.
Poszedłem do łazienki, umyłem zęby i twarz. Wziąłem szybki prysznic i ubrałem się w rzeczy zabrane z kosza na pranie, który stal w łazience, po czym pootwierałem okna w kuchni i w pokoju gościnnym. Usiadłem na kanapie i gorączkowo zacząłem się zastanawiać co robić. Tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. W końcu podjąłem decyzję. Poszukałem comdeva - leżał na półce nad hajfi. Urządzenie było wielkości dłoni i właściwie cala jego powierzchnie zajmował ekran LCD. Na górnej krawędzi były dwa małe przyciski: jeden służący do włączania comdeva i drugi do wyświetlania holograficznej klawiatury. Nad ekranem w rogu znajdowało się mikroskopijne oko kamery. Communication Devices, w skrócie comdevy już dawno zastąpiły wszelkie telefony komórkowe, palmtopy i tym podobne przestarzale wynalazki.
Nałożyłem specjalną, sprytnie ukrytą w obudowie, nakładkę na opuszek palca i wyświetliłem hologram klawiatury, złapałem za jego róg i przeciągnąłem, klawiatura powiększyła się. Wystukałem numer ogólny Służb Policyjnych Miasta. Na ekranie pojawiło się duże logo Służb – trójkątna tarcza z białym, trzygłowym orłem z rozłożonymi skrzydłami. Orzeł był na tle dużego krzyża, środkowa głową sięgała pionowego słupa, a dwie pozostałe końców poprzeczki. Pod wizerunkiem ptaka widniały trzy słowa: Bóg, Honor, Miasto. Czytałem gdzieś, że dawno temu, brzmiały one Bóg, Honor, Ojczyzna, ale po tym jak Polska stała się jednym wielkim Miastem, zamieniono słowa.
Ekran zmatowiał i na tle orla pojawił się żółty napis ‘Połączenie’. Po chwili obraz zastąpiła twarz operatora, był nim młody chłopak o krótko przyciętych blond włosach. Chłopak uśmiechnął się szeroko, uczynił powitalny znak krzyża i entuzjastycznie wyskandował:
- Witamy w SPM. Służymy Miastu i Bogu z honorem! Z którym wydziałem mogę Pana połączyć, panie... – szybko zerknął na jakiś ekran z boku - panie Marut? –
- Proszę z... – Głos załamał mi się lekko. – Proszę z wydziałem zabójstw. Czwarty kościół, Konstantyn. –
- W imię Pana, łączę! – odrzekł wesoło młodzieniec, wyciągnął rękę w stronę niewidzialnej konsoli i po chwili zniknął z ekranu, na którym znów pojawiło się logo SPM, by zaraz zostać zastąpionym przez nowa twarz – tym razem szatynki wyglądającej na jakieś dwadzieścia pięć lat. Równie dobrze możesz mieć siedemdziesiąt, pomyślałem, nanochirurgia plastyczna czyni cuda.
- Witamy wespem służymy Miastujbogu zonorem. – Wyrzuciła jednych tchem, znudzonym głosem i westchnęła. – Połączył się pan z Call Center wydziału zabójstw okręgu czwartego kościoła pod wezwaniem Konstantyna. W czym mogę pomoc? -
- Dzień dobry. Chciałem zgłosić zabójstwo. Morderstwo. –
- W porządku. Wysyłam ekipę. Powinni być wkrótce. To u pana w mieszkaniu czy na zewnątrz? Potrzeba żywego spowiednika czy automat wystarczy? Wszystko, co pan powie i powiedział do tej pory zostanie bezwarunkowo użyte w autosądzie. –
- Na zewnątrz... – powiedziałem i zająknąłem się. - To znaczy zabi... stało się na zewnątrz, ale ciało... Kurwa! – Krzyknąłem nagle i moje serce przestało na chwile bić, bo poczułem ze ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Ręka następnie sięgnęła po comdeva i przewala połączenie.
- To niepotrzebne, Mateuszu. – Usłyszałem głęboki, basowy glos Mal’acha. Anioł okrążył sofę i stanął przede mną. Był ubrany w swoja czerwona zbroje. Przy pasie kołysała się krotka, czarna pochwa. – On na to nie pozwoli. Nie może pozwolić. Obudził się już i będzie cię strzegł. Jesteś mu potrzebny, żeby robić rzeczy, o których myśli, ze musza być zrobione. Wiesz, kogo tak rozszarpałeś? – Pokręciłem tylko głową zbyt zdumiony by cokolwiek powiedzieć. – Dziewięcioletniego chłopaka, syna kobiety, która mieszka w kamienicy na przeciwko. Pisane mu były wielkie rzeczy, miał zostać wybitnym lekarzem i służyć Miastu. Za kilkanaście lat. Zmieniłeś to. On to zmienił. – Oczy Posłańca płonęły błękitnie. Niebo i chmury, pomyślałem. Czas zażyć świeżego powietrza!
- Jakie jest twoje prawdziwe imię? – zapytałem. Anioł drgnął zauważalnie. Na sekundę w jego oczach wybuchło granatowe piekło. Nie otwierając ust wydal z siebie dziwny, chrapliwy dźwięk, górna warga uniosła się i na chwile odsłoniła zęby. Po chwili opadła. Piekło z powrotem zamieniło się w niebo.
- Nazywam się Marut. Takie jest moje prawdziwe imię! – Krzyknął jeszcze bardziej basowo niż zwykle i rzucił się w stronę otwartego okna. Skoczył i zniknął mi z oczu. Chwile później zobaczyłem za oknem rozmazaną czerwoną smugę pędzącą w górę, która również zniknęła w mgnieniu oka.

Skomentuj na forum