światło zgaszone... parapet... niebo jeszcze nie jest czarne... nie wstała pierwsza gwiazda... słońce dawno zaszło... cienie ukryły się w górach... z jeziora powoli wstaje mgła... gęsta... nieprzewidywalna... inna... jednocząca? nagle- ciemny kształt mignął przed szybą...! znowu! małe, trzepoczące skrzydełkami zwierzątka... czekające na ofiarę... głupia ofiarę, która niczego się nie spodziewając wyjdzie na powietrze... odetchnąć świeżym tlenem... wyjść z zatłoczonego pokoju... prosto na krwiożercze istoty... czekające na żer... TRZASK! na głupca, który już za chwilę... nic nie pamiętając, będzie leżał nieprzytomny na zimnej posadzce... jego włosy będzie lekko targał wiatr... jego kończyny rozrzucone na boki... jego twarz blada... tak blada jak nigdy dotąd... a jego oczach pozostanie strach... strach po zobaczeniu kogoś, kogo się nie spodziewał... i kogoś nawet bardziej bladego niż jego ofiara..., kogoś, kto nacinając mu skórę na tętnicy szyjnej..., wysysając mu osocze z krwi..., sam się posilił..., a ofiarę pozostawił w niemym zachwycie nad urokiem przechadzki tunelem... tunelem zmierzającemu ku światłu na końcu drogi... znowu TRZASK! ... i już nic nie ma... oprócz ofiary i latającej istoty... małego... cichego... niepozornego... nietoperza...
Natasha zapragnęła świeżego powietrza. Miała już serdecznie dość siedzenia w tym zakurzonym pokoju, było je niedobrze od oddychania papierosowym dymem. Chciała odetchnąć.
Klucząc między rozbawionymi kolegami i roztańczonymi przyjaciółkami, wzrokiem szukała Nathana. Wstał od ich stolika jakieś pół godziny temu i do tej pory nie wrócił. "Shai! Gdzie idziesz? "-wrzasnęła (lekko już podpita) Talii- najlepsza przyjaciółka Natashy. To ona wymyśliła skrót od imienia dziewczyny- "Shai" doskonale pasowało do Natashy. Była cicha, nieśmiała, lecz przyjacielska. W tej chwili jednak odburknęła zdenerwowana i wyrwała się Natalie, trzymającej ją za nogawkę spodni i wrzeszczącej coś do swojego chłopaka. "A przecież Thai poszedł tylko napić się czegoś zimnego..." myślała Shai. Zaczęła się martwić. Zawsze o wszystkim jej mówił, nie znikał bez powiedzenia gdzie idzie. Byli nierozłączni. Od wieków byli przyjaciółmi, dziewczyna czasem wierzyła, że byli także razem w poprzednich życiach. A teraz... czuła, że coś się stało... coś złego... nie potrafiła tego wytłumaczyć, sama tego nie rozumiała. Wiedziała, że Thai jest w niebezpieczeństwie.
Podeszła do zimnych drzwi prowadzących na taras, twarz przytuliła do chłodnej szyby, próbując ukoić nerwy... Patrząc w ciemność za szklaną barierą, zdała sobie sprawę, że ktoś ją obserwuje. Rozejrzała się przerażona, ale nikt z imprezowiczów nie zwracał na nią zbyt wielkiej uwagi- wszyscy bawili się w najlepsze, popijając z butelek najróżniejsze trunki. Uspokojona, powoli przekręciła klamkę, żeby przejść na dwór. Nagle, jakiś ciemny kształt przeleciał jej przed oczami. Nie przestraszyła się, lecz uśmiechnięta wyszła na drewnianą podłogę. Od dawna lubiła nietoperze... od bardzo dawna... zaczęły ją fascynować już od początku, kiedy była mała i o nich śniła. Wiedziała o nich wszystko, więc się nie bała. W pewnym sensie kochała je, czuła się ich ludzką siostrą, zamkniętą przez kogoś w tym bezużytecznym ciele, nie zdolną do bycia królową nocy...
Gdy powoli zbliżała się do barierki od balkonu, jej mały przyjaciel krążył wokół, lekko trzepocąc małymi skrzydełkami. Shai wpadła w jakiś trans... podchodząc coraz bliżej krawędzi, szeptała bezgłośnie słowa, których znaczenia nawet ona nie znała... beidi shaiami thoikari roi famiarli... ktoś z tyłu wybuchł śmiechem i Shai obudziła się. Stała na barierce, ręce miła rozłożone, jakby do skoku. I wszystko byłoby w porządku, gdyby z tej pozycji nie zobaczyła ofiary. Leżał tam blady, w oczach miał strach, a jeszcze ciepła strużka krwi spływała mu po szyi...
...krzyk... dobiegł gdzieś z bardzo daleka... nie chciał nic słyszeć... nie chciał nikogo widzieć, z nikim rozmawiać... pragnął tylko i wyłącznie ciszy... takiej, jaka była przed chwilą... ktoś nim potrząsnął, najpierw lekko, mocniej... "Thai!"- usłyszał... znał skądś ten głos... ale nie pamiętał... nie zdążył nawet o tym pomyśleć, bo znowu osunął się w ciemność...
Tak to wszystko się zaczęło. Od straty najlepszego przyjaciela. Gdy tamtego wieczoru Natasha znalazła Thai'a leżącego w ogrodzie, wiedziała już, że przepowiednia zaczyna się spełniać.
Klątwa wypowiedziana wiele lat temu przez jedną z wampirzyc klanu Ghatam. Tą istotę spotkała prababka Shai, w górach Uranu, na południu Dhalai'u. Między nimi, z niewiadomych powodów, wywiązała się walka, która wygrała Shanata, przodek Natashy. W chwili, gdy ta cieszyła się zwycięstwem i pochyliła się nad nieznaną nikomu dotąd wampirzycą, umierająca wbiła Shanatcie swoje kły w serce i wyszeptała słowa- "gdy Pluton przysłoni Ziemi Księżyc, najszczęśliwsza z twoich potomnych, stanie się najsamotniejszą, ale i najsilniejszą, bowiem ona stoczy walkę z Khiritii, a tylko jedna z nich może żyć. Oddaję hołd twojej rodzinie i pragnę śmierci twojej wnuczki..." z tymi słowami wampirzyca wyzionęła ducha. Nazywała się Thurian i była uważana za istotę z największą mocą- zabierania pamięci...
Shanata chcąc uchronić swoją córkę, później wnuczkę i prawnuczkę, zakochała się i miała dzieci z wampirem, który pokochał ją w walce i nigdy nie zrobił jej krzywdy. Wyruszyli w głębiny mórz, bo nikt w ich świecie nie przyjmował do wiadomości współżycia wampira z czarownicą. Shanata była jednym z magów, a tych rolą na świecie było zabijanie wampirów. Lecz jak sie przekonali- miłość silniejsza jest od wierzeń.
Shai słyszała o klątwie od swojej matki, która zginęła tydzień przed Thai'em. Zabili ją w jej własnym pokoju, w samo południe. Umarła z braku krwi. Natasha nie wiedziała jeszcze, jak to się mogło stać. Dopiero po kilku dniach znalazła list od rodzicielki, zaadresowany przyszedł poranną pocztą. Tam napisane było wszystko: to, że jest pół czarownicą, pół wampirem; o przeszłości jej, jej matki, babki i przodków; przepowiedni i to, że klątwa spełni się w czasie gdy ona sama żyje, że to ona będzie musiała znieść trud, żal i samotność, iż to Shai będzie musiała walczyć z Khiritii. Nie miała pojęcia co o tym myśleć, miała przecież 17 lat. Doznała szoku, później się ucieszyła, lecz po chwili uświadomiła sobie, że śmierć jej matki jest zwiastunem, że TO już się rozpoczęło.
Tego wieczoru, gdy Thai, leżąc w szpitalu, przestał już walczyć o życie, Shai przypomniała sobie słowa klątwy- "...stanie się najsamotniejszą..." Kogo jeszcze Thurian zamierzała zabrać do świata umarłych? Przecież Shai mieszkała tylko z matką, nie znała nigdy innej rodziny, nie nawiązywały z mamą kontaktów z ciotkami, Natasha nie miała nikogo. Oprócz Thai'a. Więc jeżeli jego już nie ma, kto może być następny?
Od tamtej pory minęło już parę lat. Natasha nie była już normalną nastolatką, stała się czarownicą. Należała do rodu Rashanu, nauczyła się walczyć z mordercami swej matki, swojego przyjaciela, wielu ludzi, których na swój sposób malutko darzyła żywym uczuciem. Bo każdego, z kim była bliżej, wkrótce zabierała śmierć. Nie chciała walczyć z krwiożerczymi istotami, od zawsze je kochała, była jedną z nich. Lecz musiała. Jej przeznaczeniem było zabić Khiritii, najpotężniejszą wampirzycę, a aby to zrobić zmuszona była nauczyć się tajników magii. Jako człowiek miłowała istoty zamieniające się po zmroku w nietoperze, jako czarownica chciała zemsty za wyrządzoną jej krzywdę- zabrania części człowieczeństwa, którą znało bardzo mało magicznych istot- miłości, której nauczyła ją rodzicielka, miłości podarowanej bardzo dawno temu przez Shanatę, miłości, którą Shai obdarowała Thai'a, a którą, i jemu i jej, brutalnie zabrano.
...ich ciepły blask emanował spokojem, jakiego nikt chyba nigdy jeszcze nie doświadczył... mieniły się wszystkimi ciepłymi kolorami, które potrafiły w jednej sekundzie zostać prawie pokonane przez zimno... lecz nic nie mogło ich zabić... niebieski duch był częstym gościem w ich świecie, mienił się błękitem, zieleniami... a później znowu stawały się ciepłe, nigdy nie jednostajne... bo cały czas żyły... bo przecież nie da się uśmiercić płomieni...
Klęcząc na zimnej posadzce i wpatrując się w płonące w glinianej miseczce magiczne oleje, myślał o swoim poprzednim życiu... O dziewczynie poznanej w tamtym życiu... Jak ona miała na imię...? Nie mógł sobie przypomnieć... Klnął się za to w duchu, bo przecież... uwielbiał jej uśmiech... gdy się śmiała miał niesamowitą ochotę brać ją w ramiona i krzyczeć, z radości, że jest razem z nią... ale nigdy się nie odważył... a teraz... pobierając energię z palącego się ognia... rozmyślał... ciepłe płomyczki od zawsze mu ją przypominały... teraz także... to ona po raz pierwszy nazwała go piromanem, gdy odkryła, że jedyną rzeczą, która może go uspokoić jest ogień... to ona... ale nigdy się nie dowiedziała, że gdyby nadal żył razem z nią, gdyby walczyli po jednej stronie Thiwlethu, już nie potrzebował by płomieni, nie potrzebowałby się sycić ich wolnością, której sam nie miał, nie chciałby już ich miłować, nie musiałby codzień sączyć z nich życia...
A teraz? płomień nie przynosi mu ulgi jak kiedyś... teraz, żeby na prawdę się uspokoić, aby egzystować po tej stronie świata w miarę normalnie, uwalniał swe myśli... teraz był już kimś innym... o zmierzchu wychodził ze starej wierzby, czarnymi skrzydłami ogarniał świat... jedwabną nicią szelestu ciemnych szat uwalniał się, zrzucał ciężar dnia... leniwie przeciągnął się, rozprostował lśniące w ciemności pióra, zmęczone ciągłym bezruchem... spojrzał w kierunku wschodzącego księżyca... "a więc dziś jest pełnia..." wiedział, że dziś zaczęła się noc, zwiastująca rózne wydarzenia... od teraz, przez najbliższy, nieokreślony jednak czas, nie będzie miał czasu zdrzemnąć się słodko w swej ukochanej, 200-letniej wierzbie... miał coś do zrobienia... wodząc ciemnymi oczami, szukał ofiary... jeszcze nie tej najważniejszej... lecz o niej pomyśli całkiem niedługo... kiedy ją spotka chce się trochę pobawić... bo przecież tak dawno dobrze sięnie bawił... "...a więc idę do Ciebie... przygotuj się... już wkrótce się spotkamy... nie masz pojęcia jak długo na to czekałem, Shai, bezwzględnie idealna..."
Skazia