topchips

WESOŁY CZORT

I.
-Jeśli nie chcesz to mi nie ufaj,ale komu lub czemu zaufasz? Sobie i swoim zmysłom? Wzrokowi, który można oszukać? Słuchowi, węchowi, które można wytłumić? Najpewniejszy wydaje mi się dotyk, ale kto powiedział, że nie można urżnąć ci obu łap? A może będziesz chciał zaufać myślom, które zmąci byle jarmarczany magik? Tak, tak przyjacielu ludzkie myśli to najmniej pewny punkt oparcia i zaufania, lecz jeśli chcesz to zrobić - nie przeszkadzam i mogę ci doradzić coś na koniec. Lepiej od razu połóż się w trumnie. Zaoszczędzisz tym nieszczęsnym nieumarlakom robocizny. Mam nawet jedną na zbyciu, co ty na to? - dodał na koniec wampir nie kryjąc na swej przeraźliwie bladej twarzy zadowolenia z puentującego dowcipu.
Jego facjata byłaby dla normalnego człowieka co najmniej intrygująca. Nie przez jej ogólny wygląd mówiący wręcz, że jakieś 300 lat przeleżała w grobie z dala od swojego ciała, które nie ustępowało jej teraz bladością. Najgorsze były oczy - niebieskie z czarnymi jak noc źrenicami. Właściwie nie jak noc. Były czarne jak wnętrze grobowca w północ i myśli jakie ogarniają cię gdy stoisz tam otoczony nieumarłymi. Po prostu czarne jak cholera. Dzieła dopełniały krwisto czerwone usta, orli nos i spiczaste uszy. Na głowie nosił oklapnięte , czarne włosy wystylizowane na irokeza. Kiedy żył musiał mieć niezgorsze powodzenie u dam, bo nawet po swojej śmierci nie był odrażający. Był po prostu straszny. Na szyi widniał szew czy może miejsce zrastania po kolizji z mieczem. Żmijec, bo tak na niego mówili do dziś powtarza, że dzisiejsze żelastwo nijak się ma do broni wyrabianej 300 lat temu. Ze względu na jego bagaż doświadczeń nie próbuję dyskutować. Nie wiadomo czemu wybrał okolice grodu Płockiego, grodu powszechnie uznanego za dobrego i czystego od skazy zła. Nie wiadomo również czemu został wampirem. Może dlatego, że miecz z którym spotkała się jego głowa należał do własnego ojca?
-Nie dziękuję, zachowaj sobie trumnę na wypadek gdyby znowu ucięli ci łeb - odparłem, a wyraz twarzy Żmijca wskazywał na irytację - Przekonałeś mnie, że nie warto tam wchodzić bez uprzedniego przygotowania, a jako że ty zawsze masz ekhm... głowę na karku może mógłbyś mi coś doradzić?
Wampir przymknął oczy.
- Proszę, proszę. Pan Cieniak prosi mnie o pomoc? Łaska spływa na me przeklęte ciało. - dodał sarkastycznie - Nie pierwszy to raz muszę przyznać i choć pod dowcipem próbujesz zamaskować bezradność to nie zawiodę cię, jak też nigdy zresztą nie uczyniłem. Z góry przygotowałem się na tę okoliczność. Słuchaj więc jeśli chcesz przeżyć i jeszcze na tym zarobić.

II.
-Pamiętasz jeszcze moje przemówienie o zmysłach? Nie do końca możesz mu wierzyć. Kto powiedział, że nie da się im jakoś dopomóc? - zapytał retorycznie i odwinął połę czarnego skórzanego płaszcza - Proszę, oto Wesoły Czort, mój specjał. - rzekł po czym podał mi mały czerwony flakonik owinięty do połowy chropowatą skórą, zapewne żaby. Za cholerę nie mogłem zrozumieć dlaczego akurat żaby. - Jeśli to wypijesz będziesz miał trochę większe szanse na przeżycie. Wesoły Czort daje efekt infrazji i niesamowicie wyostrzonego słuchu. Wyostrzonego tak, że do wejścia w kompleks katakumb radziłbym wsadzić ci to w uszy - wyjaśnił podając mi w lewej ręce podłużne, zakończone płaską główką gwoździki. Były miękkie i dużo grubsze od zwykłych gwoździ. Miały też jeszcze dwie cechy - były lekkie jak mgiełka i przeźroczyste jak woda. - Musisz jednak na nie uważać. Są tak lekkie i szczelne, że możesz zapomnieć, że w ogóle je masz. Po wypiciu zawartości flakonika i włożeniu zatyczek będziesz słyszał jakbyś nic nie wypił i nic nie wsadził sobie w uszy. - dokończył wsadzając sobie już rękę za pazuchę i wyciągając średniej wielkości zwój nawinięty na deseczkę.
-Zwój teleportacji tak? Nie dziękuję, nie cierpię efektów ubocznych tego badziewia - odparłem odrzucając niewdzięcznie jego prezent.
-Jak sobie chcesz, nie ja będę później żałował. Daj mi jeszcze chwilę i możemy przygotowywać cię do wyprawy - rzekł i spuścił ze mnie wzrok.
Poczułem jakby zwiększoną ulgę na sercu i rozejrzałem się po sali. Było w niej jasno do czego przyczyniały się bez wątpienia niezliczone ilości pochodni. Wielka sala wydawała się przytulna i zadbana, chociaż gdzieniegdzie walały się głowy, tudzież inne części ciała. Na ścianach rozwieszone były gęsto kobierce przedstawiające sceny polowań oraz innych mordów. Suto zastawiony stół ustawiony w centrum sali przywodził groteskowe i makabryczne sny o kanibalach. Chociaż znałem tego wampira dość długo nigdy nie mogłem przyzwyczaić się do jego jadłospisów. Na wielkim półmisku leżała opuchnięta, prawie biała łysa głowa bez oczu, języka, zębów i uszu. W miejscach ubytków różowiło się pulchne mięso świadczące o idealnym wyczuciu czasu w długości gotowania. Zaraz obok w galarecie rumieniła się dłoń bez paznokci, a nieopodal tego leżał stos kotlecików. Zapewne nie z wołowiny. Na stole znalazły miejsce jeszcze trzy puchary i dzbanek jakiegoś napoju.
- Czego się tak przyglądasz? - rzucił znów zwracając na mnie uwagę - Po tylu latach znajomości ty wciąż nie możesz przywyknąć do tego co jem. Myślisz, że świnia czy inna krowa jak patrzy na talerz z kotletów z własnej matki na twoim stole? Właśnie tak jak ty teraz na mój, a tylko mnie nazywają potworem, ech... - westchnął na koniec. - Wracając jednak do tematu... - chciałem odwrócić rozmowę w innym kierunku - czemu mam wkładać te chędożone zatyczki i męczyć się ze światłem dziennym, skoro mógłbym wypić twój napój na miejscu?
- Między innymi dlatego, że przez najbliższe dwa dni po wypiciu będziesz zachowywał się jak spity w trzy rzycie marynarz, przyjacielu. Wypiwszy to na miejscu zapewne zacząłbyś wznosić toasty z umarlakami. Myślisz, że nazwa Wesoły Czort to dla ładnej etykietki, u diabła? Lepiej pij to teraz, a ja zajmę się tobą przez te dwa dni w między czasie przygotowując ci ekwipunek. Mimo, że obudzisz się z bolącą głową to przynajmniej będziesz mógł od razu ruszyć.
- Twoje zdrowie - rzekłem, przyłożyłem buteleczkę do ust lecz zawahałem się. Wywar śmierdział jak jasna cholera i do tego zmieniał barwy. Spojrzałem na wampira jeszcze raz.
- Pij do diabła! - krzyknął, a ja wciągnąłem całość na raz.
Potem było ciemno.

III.
Obudziwszy się nie wiedziałem niczego prócz tego, że głowa boli mnie jak wciśnięta w imadło. Czułem się jakbym dzień wcześniej próbował przebić Bachusa i jego Satyrów razem wziętych.
-Ach, obudziła się księżniczka - uśmiechnął się Żmijec pokazując rząd dorodnych kłów.
Moim kolejnym spostrzeżeniem było to, że skórzane pasy krępowały moje ciało, a ja spoczywałem na leżance z drewna. Czułem się jak w sali dla obłąkanych. Było mi duszno i jak wcześniej rzekłem - głowa bolała mnie jak cholera. Coś dziwnie uwierało mnie w uszy, a moje oczy patrzyły jakby przez drobniutkie sitko.
- Rozwiąż mnie u kaduka - warknąłem.
- Tak, tak zapomniałem. Będąc w stanie wyskokowym zacząłeś tak hulać, że musiałem zdzielić cię przez łeb i przywiązać do łóżka.
- Jak miło... - westchnąłem i rozejrzałem się.Nic się nie zmieniło.
Wampir po rozwiązaniu mnie przyglądał mi się chwilę i rzekł:
- Niech ci nawet nie przyjdzie do głowy żeby zdjąć opaskę z oczu do końca dnia.
- Opaskę? Jaką opaskę? - zapytałem głupio i uświadomiłem sobie co uwiera mnie w uszy i przysłania widok.
- Wieczorem będziesz mógł patrzeć bez filtra. Na razie jednak daj swoim organom do końca się zmutować. Chyba, że chcesz nie widzieć do końca życia.
- Nie dziękuję ci za tą kolejną pomocą i jakże cenną propozycję - odpowiedziałem i zwróciłem uwagę na spory plecak leżący na stole - Mam to wszystko ze sobą zabrać? Musiałbym chyba zabrać muła jucznego.
- Głupiś. To są rzeczy ważne, masz z nich wybrać najważniejsze. Po resztę udasz się do Katedry w Płocku.
- A co z prowiantem? - zapytałem zastanawiając się jak mogłem przeoczyć tak ważny szczegół.
- Przygotowałem ci tu coś od siebie. Masz tu przyszykowane trochę ozorków i wątróbki. Oczywiście wszystko zasolone.
- To chyba jakiś niesmaczny żart - odparłem czując jak robi mi się niedobrze.
- Zaiste, niesmaczny. Przynajmniej dla ciebie. Po drodze udasz się do gospody " Pod Dzielnym Bolkiem ". Teraz bierz się za wybór ekwipunku.
Przejrzałem kupę szmelcu, która wypadła z plecaka i wybrałem najbardziej potrzebne rzeczy. Podszywany twardą skórą i ćwiekami ciemnobrązowy kaftan, miękkie, skórzane podszywane futrem ciżmy i krótki sztylet wysuwany z opaski na nadgarstek. Zabrałem też trochę eliksirów i butelkę gorzałby. Całość dopełnił krótki miecz rzymski i skórzane ćwiekowane rękawice, które pozwalały jednak na pełne kontrolowanie ruchu dłoni i zapewniały ochronę. Zabrałem też przylegającą do ciała torbę i mieszek ze złotem. Na całość założyłem ciemnoczerwoną szatę podobną do tej jaką noszą mnisi. Do ręki wziąłem długi sękowaty kij, założyłem na głowę kaptur i ruszyłem w stronę grodu.

IV.
Płock był piękny. Miasto flisaków, rybaków i rolników urzekało architekturą i ogólną werwą mieszkańców. Byli to obrotni i mądrzy ludzie. Udając ślepca dzięki swojej opasce na oczach mogłem przyglądać się każdemu i wszystkiemu z ciekawością i nie zwracało to niczyjej uwagi. Uśmiechnięci przechodnie, roześmiane dzieci i sprytni złodzieje mieszali się tutaj z wojownikami, strażnikami i kupcami, których było pełno. Gdy dotarłem do gospody szybko kupiłem trochę prowiantu, kufel piwa i trochę suszonej wołowiny do przegryzienia. Idąc przez plac targowy i klucząc między ciasnymi uliczkami dotarłem do Katedry. Obok bielił się budynek Kościoła Panteonu gdzie jakiś fanatyk próbował swoimi przemowami wcielić w życie zabobony Greckie.
Po wejściu do budynku Katedralnego pomodliłem się chwilę i szybko ruszyłem przed siebie. Sala katedry była niesamowita. Przestrzeń i mistyczność było czuć w uszach. Wielkie witraże, rzeźby i malunki przedstawiające sceny biblijne i zwycięstwa aniołów nad bałwanami zgrai potomków Kronosa. Szybko dostałem się do zakrystii i spostrzegłem modlącego się kapłana.
- Wyście to, Bracie Świętopełku? - spytałem dla upewnienia.
- Ano to ja bracie. Bije od ciebie niedawny kontakt z siłami nieczystymi synu. - rzekł zakonnik tonem namaszczonym mając najwyraźniej problemy z określeniem mego pokrewieństwa ze sobą.
- Widziałem się z naszym wspólnym znajomym i oszczędź mi proszę tych gadek. Pewnie wiesz po co tutaj przyszedłem?
-Tak, wiem bo przecież nie pomodlić się - rzekł i spojrzał na mnie krzywo - To po co przyszedłeś leży pod ołtarzem. Nie zapomnij też o ofierze.
Podszedłem do ołtarza i wyciągnąłem butelkę wody święte, mały krzyż na łańcuszku i krótką mizerykordię. Wszystko zawinięte było w czarną matową koszulę z kapturem i rozciętymi na końcu rękawami. Do przewiązania się w pasie dostałem piękny pas, do którego przytwierdziłem miecz, mizerykordię i butelkę wody święconej.
Wychodząc spojrzałem na misę ze srebra i napis grawerowany na pięknej złotej tabliczce : " Bóg zapłać, gdyż ja przybytku nie posiadam. ". Ofiarowałem całą sakiewkę.
Szybko udałem się do wyjścia, przeżegnałem się i znów ruszyłem uliczkami i placami Grodu Płockiego. Przez kwadrans dobrnąwszy do bramy wydostałem się na zboczystą drogę idącą w dół monumentalnej skarpy, w stronę rzeki. Przede mną był kawałek drogi do wsi Radzika.

V.
Zszedłem w dół skarpy i ustałem na środku ubitej drogi. W dali leniwie sunęły wozy kupieckie, a obok mnie maszerował oddział tarczowników. Niebo choć piękne i usiane błękitnymi chmurami nie budziło u mnie dobrych uczuć czy może przeczuć. Szybko zwróciłem się w stronę przystani, która składała się z paru chat i łódek przymocowanych do lichego pomostu. Na nim siedział chłop i na prowizoryczną wędkę próbował łowić ryby. Obok niego siedziało dziecko.
- Witam - zagadałem, a chłop szybko się podniósł.
- Witojcie, witojcie, nawet żem nie zauważył jakeście podeszli, panie. Lestek, leć no do chałupy sprawdź czy czego matka nie potrzebuje - powiedział, a dziecko pobiegło do jednej z chat. Chłop był uśmiechnięty. - Mój syn, moja duma. Czego wam trza, panie? Pomocy w czym może?
- Owszem mój zacny człowieku, potrzebuję dostać się na drugi brzeg w okolice wsi Radzika.
- Radzika powiodocie? Kedy tam strachy pono. Licho się w kościele czai! Na ziemii świętej! Dawno żem się tak nie dziwował, gdy żem to usłyszoł.- prawie wykrzyczał kmiotek i splunął na ziemię.
-Tak, słyszałem. Więc wieziecie mnie czy nie?
- Czemu to by nie. Płynę i tak na brzeg, tamten do wsi. Rodzinę z drugiej strony zabrać trzeba, bo strachy tam się czają. Mogę was wysadzić na brzegu panie.
Przy rozstaniu gdy dałem mu dwie złote monety prawie pocałował mnie w rękę zaklinając się, że będzie czekać mego powrotu, by mnie zawieźć z powrotem, lecz nie o tak odległej przyszłości myślałem.

Na drugim brzegu było mniej przyjemnie. Pachniało napięciem i nerwami. Udałem się w głąb, w stronę kościoła i ujrzałem grupkę chłopów.
-Co tu się dzieje? - krzyknąłem.
Z grupy wyłonił się jeden z chłopów, miał wielkie wąsy i grabie w ręku.
- Drużyna Drewka weszła do środka i już pięć godzin mija jakeśmy ich ostatnio widzieli. Ani widu, ani słychu!
- Jestem po to by wam pomóc ludzie, przepuście mnie do środka, jestem tutaj z ramienia sołtysa. - rzekłem i tłum krzyknął rozradowany.
- Nareszcie przysłali prawdziwego łowcę, a nie rozpijaczonych strażników kibli przy zamkowych! - krzyknął jakiś rozochocony chłopek, a ja wszedłem do środka kościoła.

W środku panowała duchota i przykry zapach unosił się w powietrzu. Zgnilizna i śmierć zdecydowanie dominowała w tym świętym budynku. Zwróciłem uwagę na ludzką głowę w szyszaku. W około panowała ciemność. Zdjąłem opaskę z oczu, jako że był już wieczór i wszystko się zmieniło. Przedmioty i otoczenie jakby samo z siebie dawało światło i nawet najciemniejsze cienie jaśniały biało.
- Infrazja, piękna rzecz - powiedziałem sam do siebie w wyraźnie lepszym humorze.
Wyjąwszy na wierzch koszuli krzyż i skropiwszy się świętą wodą polazłem w kierunku wejścia do katakumb. Usłyszałem skrobanie i szmer lecz było tak ciche, że ledwie dosłyszalne. Dźwięk nie ustawał, a ja nie mogłem go zidentyfikować co mnie niepokoiło. Wyjąwszy krótki miecz złapałem go ostrzem do dołu tak, że nie krępowało mi widoku i było gotowe na dolne, zabójcze cięcie. Szmer wciąż był obecny w moich uszach. Zaraz potem było słychać czyjś mamrot i ogarnęło mnie uczucie jakby za każdym elementem wnętrza kościoła czaił się nieumarły. Nagle palnąłem się lewą dłonią w czoło
i przypomniałem sobie o zatyczkach, które pewnie włożył mi Żmijec.
Uporawszy się z nimi co wcale nie było łatwe w rękawicach słyszałem już wszystko. Ktoś drapał paznokciem o drzwi i szeptał o pomoc. Straszny był to szept. Szybkim, cichym krokiem w skulonej postawie i z gotowym ostrzem posuwałem się do drzwi po lewej stronie ołtarza. Chyba to jednak było wejście do katakumb. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie wkroczyć tam i nie zarżnąć wszystkiego co się rusza, ale przypomniałem sobie o drużynie Drewka. Policzyłem do trzech i otworzyłem drzwi. Moim oczom ukazał się straszny widok. Mężczyzna bez ręki leżał przy drzwiach w kałuży własnej krwii i mruczał coś niezrozumiale. Złapałem go i uniosłem jego głowę.
- Żyjecie wy? - zapytałem cucąc go.
- Diabeł, diabeł jest w domu Bożym... - usłyszałem - Bierze co chce i o nic nie pyta. Wszyscy nie żyją - wymamrotał jeszcze i zakrztusił się własną krwią. Jego kolczuga była poszarpana.
- Czy twoja drużyna nie żyje? Odpowiedz jeszcze. - nalegałem.
- Tak... ja też już nie żyję. - westchnął i zmarł w mych rękach.

V.
Jak zawsze rzeczy się komplikują. Miało być kilka zgnilaków, a mamy 12 trupów. Ludzkich trupów. Nowe zwłoki ukazywały się to w lepszym, to w gorszym stanie i na wszystkie wchodziła już zaraza czarnej zgnilizny. Coś źle się działo we wsi Radzika. Dlaczego z Grodu Płockiego nie przysłano kapłanów i kleryków, by uzdrowili to miejsce? Najwyraźniej jednak modlitwa i czyste serce już zawiodły - odpowiedziałem sam sobie mijając dwa trupy kapłanów - Jak zawsze została brutalność i siła.
Piękna to ziemia, acz pechowa najwyraźniej. Zza zakrętu korytarza wyłonił się zgnilak. Martwa, czarna i pomarszczona skóra oraz białe poduszeczki w oczach i ustach stanowiły dowód zaawansowanego stopnia rozkładu. Miecz po skropieniu świętą wodą był dlań zabójczy. Czyżby wojowie o tym nie wiedzieli? Ciąłem szybko i równo, w podgardle. Usłyszałem jakby dźwięk zżerania przez kwas i łeb odchylił się do nienaturalnej pozycji. Z powstałej dziury wyleciały robaki, glizdy i długie nitki pasożytów. Dociąwszy łeb do końca ruszyłem dalej. Nagle przypomniałem sobie, że pod wejściem w kompleks kościelny jeden z chłopów dał mi list rzekomo od sołtysa. Szybko wyjąłem go i przeczytałem:

" Szczęść Boże

W imieniu całej naszej wsi, własności szanowanego i poważanego nam Radzika ogłaszam co następuje: Po wejściu na teren naszego kościoła konieczne jest wydostanie następujących rzeczy: Złotego Krzyż daru od Papieża, Złoconej Butelki Wody Świętej z Rzymu oraz Przenajświętszej Relikwii Świętego Wojciecha. Fakt, który bardzo ułatwia sprawę jest taki, że wszystkie te przedmioty znajdują się w jednym miejscu. Niekonieczne jest likwidowanie wszystkich nieumarlaków, gdyż kościół zostanie rychło spalony po odzyskaniu naszych skarbów parafialnych. Z życzeniami powodzenia
Sołtys Mirosław "

- O to tyle zamieszania? - powiedziałem sam do siebie wzburzony - O jakiś krzyż wątpliwej wartości, butelkę wody i kawałek ręki księdza? Ciekawe też dlaczego chcą tak prędko spalić ten kościół skoro wystarczyłoby wysiec ten cały bajzel i odprawić proces oczyszczania. Nie moja to jednak broszka.

VI.
Smród uderzył mnie w nozdrza. Pomyślałem, że tak właśnie pachnie śmierć. To zapach mdły, wykręcający trzewia. Jest ciężki i gęsty, wchodzi we wszystkie otwory ciała i uświadamia, że śmierć jest za rogiem. Po około dziesięciu minutach błądzenia po katakumbach doszedłem do podziemnej sali pogrzebowej. Chowano w niej najważniejszych członków tego kościoła i najważniejsze dokumenty. Sala była podzielona na dwie części. W pierwszej, większej stały machoniowe ławy obite czerwonym suknem oraz klęczniki z jedwabnymi poduszkami. na drugą część składał się ołtarz i wielka ława marmurowa przed nim. Była wysoka na cztery, może pięć stóp i zbryzgana posoką. Zanim tu doszedłem zabiłem około 20 martwiaków. W około panowała dziwna cisza i powietrze jakby stało się cięższe. Czyżbym pozbył się wszystkich martwiaków? Niemożliwe, tak mała ilość zgniłych nie mogła wysiec drużynników Drewka. Nie martwiłem się jednak o to. Szybko podszedłem do pięknego Tabernakulum gdzie odciąwszy szybkim uderzeniem kłódkę, dostałem się do środka. Wewnątrz znalazłem wszelkie oporządzenie potrzebne do przeprowadzenia misterium przeistoczenia chleba w ciało Zbawiciela i sporą mosiężną skrzynkę. Na niej obok wspomnianych wcześniej świętości stał piękny złoty krzyż. Zaraz przy nim spoczywała relikwia. Spory owalny pojemnik zawierał największy skarb tej świątyni. Była to prawica św. Wojciecha. Podczas pakowania wyżej wspomnianych rzeczy do torby spostrzegłem, że skrzynka jest otwarta. Zajrzałem do środka i przewertowałem papiery. Na samej górze widniał spis parafian, pod nim sług i pracowników kościoła, ale jednak papiery na dole wydawały mi się bardziej interesujące.
Był to wypis z transakcji pieniędzy parafialnych oraz opis ich przebiegu. Wynikało z niego, że wielu członków tego kościoła w tym między innymi proboszcz zostało opłaconych przez człowieka imieniem Kazimierz Grady, by namawiali parafian do głoszenia ideologii opozycyjnych dla aktualnego księcia płockiego.
- Nie ładnie - pomyślałem i począłem czytać dalej.
Opisane było tam, że około 20 parafian sprzeciwiło się Kazimierzowi i skorumpowanym kapłanom i zaczęło dochodzenie w tej sprawie. Gdy pięciu z nich weszło do katakumb by trochę powęszyć zostali zasieczeni przez strażników przysłanych przez Kazimierza. Mieli oni pilnować tej właśnie skrzynki z niebezpiecznymi informacjami. Zniknięcie towarzyszy szybko zainteresowało wieśniaków i aby ich udobruchać i stłumić bliski bunt została wymyślona bajka z nieumarłymi w roli głównej.
Tutaj notatka urywała się, ale ja chyba zaczynałem wszystko rozumieć. By oczyścić się z zarzutów władze wymyślił bajkę o nieumarłych w kościele, lecz bajka szybko stała się prawdą. Zapomniano o starej klątwie, która mówiła, że jeśli ktokolwiek zostanie zabity bez litości na Ziemii Świętej lub poświęconej wstaje jako nieumarły. Był z tym spory problem w czasie krucjat, gdyż raz po raz obrońcy i atakujący byli zasypywani fajami nie sprawiedliwie zabitych nieumarłych.
Coś nagle zmąciło ciszę i moje przemyślenia. Huk wydobył się z drugiego końca sali i fala około czterdziestu zgniłych poczęła iść w stronę ołtarza. W moją stronę. Infekcja objęła chyba wszystkie ciała w katakumbach. Zapach zgnilizny stał się nie do zniesienia. Ogarnął mnie lekki strach i pobiegłem na tyły sali. Do pomieszczenia zaczęli dostawać sie kolejni nieumarli, a ja przestałem nadążać z zabijaniem ich. Jakże teraz żałowałem, że odmówiłem Żmijcowi jego zwoju teleportacji.
Po chwili zorientowałem się, że stoję jakby w otwartej z jednej strony klatce. Przypomniało mi się nagle, że do budowy podziemnych sal używano wind napędzanych prawem ciążenia. Z jednej strony wisiał wielki głaz, a z drugiej winda. Zrozumiałem, że to moja jedyna szansa. Uciąłem linkę zabezpieczającą i począłem wjeżdżać na górę. W całym tym zamieszaniu zapomniałem, że tunel dla tej windy jest pewnie dawno nie używany i zabezpieczony deskami lub co gorsza kamieniami. Spojrzałem ponad siebie i z trwogą spostrzegłem ścianę z grubych desek około dziesięć metrów od mojej głowy. Świętości zabezpieczyłem w torbie, a dokumenty ściskałem w garści. Dalej był huk i ciemność.

VII.
- Żyjesz! To cud, dziękujmy Panu! - krzyczał kapłan - Znaleźliśmy cię pod stertą drewna obok starego tunelu windy. Byłeś w strasznym stanie, ale na szczęście moc Pana sprawiła, że żyjesz.
Głowa bolała mnie niemiłosiernie,a oczy piekły jakby ktoś wciskał mi w nie rozgrzane druty.
- Co z kościołem? - spytałem słabo.
- Spalony. Od trzech dni. Chciałem ci z góry podziękować za uratowanie naszych świętości parafialnych. Bóg zapłać.
- Jeszcze jedno ojcze - mówiąc to zmuszałem się do wielkiego wysiłku - Czy obok mnie nie znaleziono jakiś papierów lub dokumentów? Ściskałem je przez cały czas w garści.
Kapłan spojrzał się na mnie dziwnie.
- Żadnych papierów nie znaleziono. Zapłata czeka u sołtysa.
Byłem zbyt zmęczony by dyskutować.

Skomentuj na forum